Reklama

Aleksandra Lusina o odchodzącym sezonie i problemach polskiego jeżdziectwa

Aleksandra Lusina - jedna z najbardziej uzdolnionych i nagradzanych amazonek w polskiej kadrze. W lipcu tego roku, jako pierwsza kobieta w historii, zdobyła tytuł Mistrza Polski w kategorii seniorów w skokach przez przeszkody. Długo można by wymieniać sportowe sukcesy Aleksandry Lusiny. Specjalnie dla galopuje.pl Aleksandra opowiedziała o swoich startach w kończącym się sezonie, problemach polskiego jeździectwa, szansach Polaków w olimpiadzie i swoich planach na przyszłość. Zachęcamy do lektury wywiadu z Mistrzynią, którego udzieliła nam podczas zawodów CSN Poznań 2009…


- Koniec sezonu zbliża się nieubłaganie. Jak go oceniasz?

- Zdecydowanie zaliczam go do udanych, ponieważ założenia, które przyjęłam na początku zrealizowałam w 99 procentach. Bardzo miłym zaskoczeniem było dla mnie trzecie miejsce wywalczone zespołowo w Barcelonie w finałowych rozgrywkach Promotion Leage, do której należy Polska. Najprawdopodobniej po wycofaniu się Kanady awansujemy na drugie miejsce, a to oznacza, że mamy w kieszeni awans do Super Ligi. Co prawda to jeszcze nieoficjalna informacja, ale szef kanadyjskiego związku jeździeckiego poinformował nas, że faktycznie ich ekipa się wycofuje. Dobry start miałam równie na Mistrzostwach Polski, gdzie jeździłam na swoim drugim koniu. Prowadziłam tam od pierwszego dnia i nie oddałam tytułu. Poza tym poprawiłam wynik na Mistrzostwach Europy o 20 miejsc, ale powiem szczerze, że liczyłam na więcej, ponieważ błędy które mi się przytrafiły, nie powinny się zdarzyć. W pierwszym nawrocie zrobiłam cztery – zaliczyłam trzy zrzutki i jedną wodę, a to troszkę za dużo. W zawodach Rolexa miałam natomiast dwie zrzutki, ale sam parkur poszedł mi bardzo dobrze. Usłyszałam wiele pochlebnych komentarzy od naprawdę dobrych trenerów, zarówno pod swoim adresem, jak i całej ekipy. Generalnie wszystko idzie do przodu, tak jak powinno.

- Przytrafiły się jakieś niespodzianki jeśli chodzi o zawody w Poznaniu?

- Niespodzianki były, ponieważ od ponad roku nie jeździmy na parkurach Pana Hellaka, które tu się pojawiły. Nie przepadam za nimi, ponieważ ze względu na brak płynności są trudne nawet dla dobrego jeźdźca. Mam takie swoje powiedzenie, że nawet najlepszą imprezę uśmierci zły parkur majster. Niestety, prawda jest taka, jeżdżąc takie parkury nie tylko sami stoimy w miejscu, ale robimy naszym koniom wodę z mózgu. Generalnie ta hala jest trudna, konie które nie mają doświadczenia mają problem z ogarnięciem dużej ilości elementów, które wytrącają je z koncentracji, dlatego moim zdaniem nie ma co dodatkowo utrudniać parkuru. Jaki by on nie powstał i tak będzie trudny, bo koń patrzy na wszystko dookoła, a przeszkoda jest ostatnim elementem, na który zwraca uwagę. Cieszy mnie natomiast to, że organizatorzy zainwestowali w profesjonalne podłoże, bo to niesamowity komfort.

- Dlaczego nie zabrałaś do Poznania swoich koni?

- W tej chwili odpoczywają. Założenie jest takie, że w przyszłym sezonie mają jeździć w Super Lidze, więc forma jest potrzebna. Są po prostu pewne priorytety – dla nas najważniejsza kwestią jest w tej chwili start w największych imprezach. Jestem w kadrze, więc musze dostosować się do wymogów trenera. W tym czasie sprawdzam umiejętności moich młodych koni, które przyszłości zastąpią stare, choć nie wiem czy to się uda, bo koni z najwyższej półki jest w Polsce bardzo mało.

- Z tego, co wiem generalnie nie kryjesz swojego niezadowolenia z podejścia polskich organizatorów do zawodów i samych zawodników?

- Tak. Sytuacja wygląda w ten sposób, że cały czas jesteśmy zmuszeni obalać mit, że polscy jeźdźcy są kiepscy, że nie jesteśmy wyszkoleni technicznie, że się po prostu nie nadajemy. Prawda jest natomiast taka, że wśród nas jest wielu zdolnych ludzi, którzy podpatrują zagranicznych zawodników, chcą się uczyć, rozwijać, lepiej jeździć. To mało budujące, że często ludzie którzy mają małe pojęcie o tym sporcie wypisują, że powinniśmy sobie dać spokój. Takie przekonanie pojawia się czasami nawet u samych organizatorów, tymczasem okazuje się często, że zawody u nas są dużo trudniejsze, niż za granicą. Tam organizatorzy potrafią dobrze postawić parkur i sam fakt, że jak ktoś dobrze jeździ konno wystarczy do tego, aby dobrze przejechać trasę. U nas zdarzają się niestety niespodzianki, jest ich wręcz za wiele. Nie możemy walczyć o to, żeby ktoś przejechał walcem po parkurze, bo z tego świat się z nas śmieje. Oni nie zwracają na to uwagi, dla nich to jest oczywiste. Jesteśmy zacofani w stosunku do zachodu o kilka lat. Problemem jest nawet kwestia płynnego wyznaczenia trasy. My – zawodnicy śmiejemy się, że mnóstwo polskich jeźdźców jest ofiarą tego systemu, ponieważ całe życie jeździli w Polsce i efekt jest taki, że ta jazda nie jest dobra. Tu muszę zwrócić uwagę na naszych parkur majstrów, którzy powinni się jeszcze dużo uczyć, wyjeżdżać za granicę, podpatrywać pracę kolegów. W ten sposób my nie stanowimy zagrożenia dla zagranicznych ekip, ponieważ wiedzą, że my u siebie nie możemy się dogadać. Może zabrzmieć to trochę arogancko z mojej strony, ale naprawdę nie jestem do końca zwolennikiem twierdzenia, że jest to wina zawodników. Gdy stworzy się nam dobre warunki techniczno-podłożowe, będziemy jeździć zupełnie inaczej. A na dowód tej tezy dodam, że wielokrotnie, gdy wyjeżdżam na zagraniczne zawody, potrafię przejechać płynnie duże konkursy, okazuje się, że się da.

- A jakie masz plany na najbliższy czas?

- Sezon kończę zawodami w skokach przez przeszkody w Lesznie, które odbędą się w dniach 18-20 grudnia. (Aleksandra Lusina zakończyła je z sukcesem, zdobywając w kolejnych konkursach m.in. 5, 6 i 9 miejsce - przyp.red.) Potem robię sobie dwutygodniową przerwę świąteczną i do pracy.

- W nadchodzącym roku czeka nas kilka wielkich imprez, mowa m.in. o Mistrzostwach Świata i olimpiadzie w Kentucky, która odbędzie się jesienią. Jak oceniasz szanse polskiej kadry?

- Jestem do nich nastawiona optymistycznie. Najważniejsze, co musimy zrobić, to dotrwać w dobrej formie do zawodów, a to będzie bardzo trudne ze względu na liczne starty w Super Lidze, i to na dodatek na tych samych koniach. Tych rozgrywek, z tego co wiem, będzie dziesięć w krótkim odstępie czasu. Koni mamy mało, więc trzeba trzymać kciuki, żeby nie trafiły nam się żadne kontuzje, ponieważ uniemożliwi nam to praktycznie start. Ja będę robiła wszystko, żeby wziąć w nich udział, bo każdy taki występ jest dużym doświadczeniem. Kwalifikacje już mamy. Musimy oczywiście brać pod uwagę fakt, że świat jest mocny i dysponuje świetnymi końmi, ale to jest sport, tu się zdarza wiele niespodzianek. Pamiętam, jak Norwegowie przyjechali do Barcelony pewni sukcesu i się dosłownie ugotowali, ponieśli totalną porażkę. My Polacy mamy dużo problemów, z którymi oni się nie borykają, jak np. ilość dobrych koni, ale to nas paradoksalnie wzmacnia. Mamy jednak bardzo dużą motywację, więc niewykluczone, że zrobimy kibicom miłą niespodziankę.

- Nie wspomniałaś o olimpiadzie…

- Olimpiada to zupełnie inna bajka, ona rządzi się zupełnie innymi prawami. Tu jest jeden konkurs i aby wciąż w nim udział po pierwsze trzeba się zakwalifikować, a po drugie mieć dobrą formę i szczęście już w ścisłym finale. Tak naprawdę, to jest wynik dyspozycji zawodnika i konia w danym dniu. W przypadku polskich jeźdźców problem polega na tym, że nie możemy wziąć udziału w olimpiadzie, bo nie mamy prawa startu w konkursach, które umożliwiają zdobycie punktów do kwalifikacji. Wszystkie zawody wysoko dotowane, w których polska ekipa nie ma prawa startu dają punkty kwalifikacyjne do olimpiady. Wyjątek był jeden, w 2004 roku podczas olimpiady w Atenach. Grzegorz Kubiak wziął w niej udział, ponieważ Pan Gudzowaty wyłożył pewną pulę pieniędzy na jego wyjazd, dał mu szansę kilku startów. W efekcie udało mu się uzbierać tyle punktów, aby się zakwalifikować.
Podczas olimpiady w Kentucky indywidualnie będzie nam bardzo trudno, ponieważ każdy z zawodników musiałby mieć bardzo bogatego sponsora, który wyłożyłby pieniądze na jego prawo udziału w zawodach, które dają punkty kwalifikacyjne. Troszkę inaczej jest w Mistrzostwach Świata, gdzie te kwalifikacje zdobywamy w najcięższych konkursach, w pucharach narodów. Tu mamy prawo udziału, wystarczy, że przyjedziemy. Z olimpiadą jest o tyle problem, że nie mamy nawet prawa udziału w zawodach, które do niej kwalifikują.
Aby lepiej zobrazować te mechanizmy podam Wam ciekawą historię jednego z jeźdźców z Azerbejdżanu, który nawet kupił ode mnie konia. Wybrał się na olimpiadę do Pekinu, ponieważ jego tata zorganizował dwa, bardzo wysoko dotowane zawody w Stambule. Tam chłopak zdobył punkty kwalifikacyjne, tymczasem wielu zawodników z braku pieniędzy nawet tam nie dotarło. Ojciec, bodajże były minister, miał po prostu tyle środków, aby zorganizować zawody i zwiększyć szanse syna na zakwalifikowanie się. Dodam, że koń, na którym jechał podczas olimpiady, kupiło za bajeczne pieniądze ministerstwo sportu Azerbejdżanu, bo okazało się, że chłopak był jednym z nielicznych uczestników olimpiady z tego kraju.

- Za każdym razem, gdy udzielasz wywiadu mediom, niezwykle ciepło wypowiadasz się na temat swojego trenera - Rudigera Wassibauera. Podobno wielokrotnie kadra stawała w jego obronie?

- Rudiger jest z pochodzenia Austriakiem i uważam, że wykonuje on bardzo dobrą pracę na rzecz polskiego jeździectwa. Do tej pory miałam możliwość pracy z różnymi trenerami i przyznaję, że ten jest najlepszy. Przede wszystkim, to człowiek niezwykle pozytywnie do nas ustosunkowany, potrafiący oddzielić emocje od pracy o czym świadczy fakt, iż składa ekipę z ludzi, którzy stali w pierwszym szeregu, aby go wyrzucić. On o tym doskonale wie. Tymczasem okazuje się, że on z tym ludźmi rozmawia, zaprasza na kolację. Tworzy bardzo pozytywną atmosferę, co jest unikatowe. Do tej pory było tak, że wmawiano nam, że jesteśmy beznadziejni i do niczego się nie nadajemy. Dostawaliśmy baty, sami trenerzy nas negatywnie nastawiali. Rudiger traktuje jak zawodowców, ufa nam i to przynosi sukcesy – m.in. drugie miejsce Polaków w Pucharze Narodów po 27 latach! Najlepsze, że robi to Austriak, nie znam Polaka, który tak stałby za nas murem. Czasami mam nieodparte wrażenie, że takie sytuacje nie są na rękę osobom, które do tej pory mówiły nam, że do niczego się nie nadajemy. Dla większości działaczy jest niewygodną osobą, bo obnaża ich złe działanie, pokazuje jak wiele nie zrobili ci, którzy byli przed nim. Pamiętam, jak wracając z zawodów z Barcelony poinformowano nas, że właśnie usunięto nam trenera. Powiedzieliśmy, że go chcemy. Na szczęście wtedy się udało, ale boję się, że kiedyś, gdy potknie mu się noga - to jest tylko sport, albo sam machnie ręką albo go wyrzucą.
Wynika to z polityki związku. W przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lata ta dyscyplina bardzo się skomercjalizowała. Kiedyś były to instytucje państwowe, teraz w momencie gdy te instytucje upadły, okazało się, że ci słabi nie znaleźli pracy w prywatnych ośrodkach i zostali w związku. A związek daje im możliwość władzy. Nie są rozliczani, ale rozliczają innych. Trener jest ze swojej działalności rozliczany co roku, a kto oceni komisję, która rozlicza trenera?
Jeżeli nic nie zmienimy, będziemy dalej w punkcie wyjścia. Nic nam nie dadzą wyjazdy zagraniczne, które i tak ograniczą nam do minimum. Najbardziej boję się teraz o trenera. Mam nadzieję, że wytrwa i nie będzie drugim Leo Beenhakkerem…



tekst opracowała Martyna Mikulska

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama