Dnia 22.10.2011r. w ośrodku "Indeks" w Rybniku przystąpiłam do egzaminu na Brązową Odznakę Jeździecką. Temu wydarzeniu towarzyszyło wiele emocji. Strach, stres, smutek jak i radość. Pojawił się uśmiech jak i łzy. Tego dnia nigdy nie zapomnę, gdyż było to moje pierwsze wystąpienie i poddanie się czyjejś ocenie w jeździe.
O tym, że będę zdawać odznakę, dowiedziałam się niecałe 2 tygodnie przed. Przygotowywałam się nie na swoim koniu i do tego bez trenera, także było bardzo ciężko. Podczas treningów nic mi nie wychodziło. Ujeżdżenie było niedopracowane, było mi trudno przestawić się na innego konia zwłaszcza, że jest to duży i bardzo silny wałach, którego dość ciężko wysiedzieć. Pomimo tego, że skakałam przeszkody wyższe niż te, które są wymagane na egzaminie, kompletnie sobie nie radziłam.
Podczas treningów skokowych, w ciągu tygodnia spadłam 3 razy (wcześniej zaliczyłam tylko 2 upadki przez 4 lata). Ciążyła nade mną ogromna presja czasu. W pewnym momencie (mianowicie po jednym upadku, w którym naciągnęłam ścięgno w łydce i nie mogłam chodzić przez 2 dni) zwątpiłam i postanowiłam nie zdawać, bo wiedziałam że i tak nie dam sobie rady. Lecz mimo wszystko, w sobotę o 6 rano przyjechałam do stajni by przygotować konia. Powiedziałam sobie, że jeśli się nie uda to spróbuję jeszcze raz. Zaplotłam Lekterowi koreczki, ubrałam ochraniacze i wprowadziliśmy konia do przyczepy. Droga do Rybnika była długa. W powietrzu unosiła się gęsta mgła, więc musieliśmy jechać wolniej. Po dotarciu na miejsce, byliśmy już spóźnieni więc osiodłaliśmy konia i koleżanka wjechała na rozprężalnię (zdawałyśmy obie na Lekterze, a ona jechała pierwsza). Jechałam jako ostatnia. Po udanym i zaliczonym przejeździe Ani, przyszła moja kolej.
Potwornie zestresowana zaczęłam swój układ. Lekter był już pobudzony co dodatkowo utrudniło mi pracę z nim. Mój przejazd został zaliczony, jednak ja byłam z siebie bardzo niezadowolona. Wiedziałam, że mogę więcej i mimo pozytywnego rozpatrzenia, nie chciałam jechać skoków. Miałam wrażenie, że tylko nabawiłam się wstydu tym przejazdem i rozkleiłam się. Gdy na hali ustawili parkur, nadal zastanawiałam się, czy nie zrezygnować zwłaszcza, że nie mogłam przejechać próbnie jak inni, ze względu na konia. Dostałam porządny wykład od Martyny, którą zabrałam ze sobą jako kibica i wzięłam się w garść. Wjeżdżając na halę, myślałam tylko o tym, że ani razu wcześniej nie przejechałam całego parkuru na tym koniu (przejechałam go jedynie raz, na swojej klaczy).
Pierwszą i drugą przeszkodę pokonałam bezbłędnie, jednak na 3 straciłam równowagę, bo koń miał nierówny odskok, ale błąd nie raził tak bardzo po oczach. Okser również przejechany czysto, a nasze zatrzymanie było idealnie przed linią. Skoki zostały zaliczone. Największym stresem po nieudanym ujeżdżeniu, było stanięcie twarzą twarz z sędziami, podczas egzaminu ustnego. Dostałam 9 pytań, z których na 8 odpowiedziałam bezbłędnie. Został mi wręczony papier, iż egzamin na Brązową Odznakę Polskiego Związku Jeździeckiego został zaliczony :) Po łzach, przyszedł czas na szeroki uśmiech, który nie schodził mi z twarzy :)
Tutaj nie chodziło o pokazanie historii mojego beznadziejnego egzaminu, lecz o to, by mimo błędów, upadków, łez i strachu warto dążyć do postawionego sobie celu. W jeździectwie, jak i w innych życiowych decyzjach. Bo gdy nie podejmie się ryzyka, nigdy nie zdobędzie się tego, czego się chce.
świetnie!
Fajny artykuł, i gratuluję :)