Reklama

Było sobie źrebię - cz. III: ostatnia?

02/08/2010 11:33
Tak więc, gdy wiedziałam już, gdzie zamieszkuje mój były podopieczny, podjęłam starania, by pojechać w to miejsce na dłużej. Rodziców nietrudno było namówić na dwutygodniowy pobyt w SKR, tak więc zaczęłam odliczać dni do wyjazdu, w sercu żywiąc nadzieję, że dane mi będzie chociaż na chwilkę zasiąść na grzbiecie drogiego rudzielca.

Nerwowo przeczesałam wzrokiem listę jeźdźców i koni na pierwszą jazdę… Jest! Przypisano mi Ergo, jak się okazało z czystego przypadku, chociaż ja osobiście wolałabym nazwać to zrządzeniem losu… lub przeznaczeniem :)

Słyszałam wiele: Ergo to mały diabeł, uparciuch, wredny… jednak nie odstręczało mnie to, wręcz przeciwnie, moja ekscytacja wzrastała z minuty na minutę. Przy czyszczeniu stał spokojnie, trącał mnie chrapami i mrugał swymi dużymi, wyrazistymi oczami z niekłamanym znudzeniem. Każdy ruch szczotką przybliżał mnie do niego, zaczynałam czuć się jak dawniej, kiedy to czyszczenie było dla nas obojga codzienną rutyną. Już wtedy poczułam się szczęśliwa, a najlepsze miało dopiero nastąpić! Wprowadziłam go na maneż i tak, wreszcie mogłam go dosiąść! W oczach zaperliły mi się łzy szczęścia, jednak starłam je szybko i dołączyliśmy do zastępu. Jazda przebiegła bardzo pomyślnie, ku zdziwieniu wszystkich, łącznie z instruktorką. Zagalopowania i małe skoki także wychodziły, chociaż może w nienajlepszym stylu. Podobno Ergo chodził pode mną zadziwiająco dobrze. Byłam szczęśliwa i dumna z mojego kasztanka, który okazał się konikiem grzecznym i kochanym, choć rzeczywiście upartym i troszkę leniwym.

Od tamtej pory ja i Ergo każdy dzień spędzaliśmy razem. Wiele czasu spędzałam w jego boksie, czyszcząc go i pielęgnując. Wszyscy obozowicze zaczęli utożsamiać mnie z małym rudym uparciuchem, na którym jeździłam, przestało ich dziwić to, że zamiast bawić się na dyskotece, siedzę z nim w boksie, patrząc, po prostu patrząc, całą sobą chłonąc jego widok, jakby można było się nim nasycić. To były cudowne dwa tygodnie, których nigdy nie zapomnę. Każdy dzień przynosił nowe radości, takie jak wspólna kąpiel w jeziorze, udane zagalopowanie, pierwszy (jego i mój) doublebarre, mini zawody. Niestety, jak mówi stare powiedzenie – wszystko co dobre szybko się kończy.

Obóz dobiegł końca, zapisał się w mojej pamięci wyjątkowym wspomnieniami, a najbardziej wyjątkowym z nich jest możliwość pracy z Ergo. Nic nie może równać się radości, jaką daje świadomość, że marzenia czasem się spełniają. Być może nie tak, jakbyśmy chcieli, ale warto wierzyć… wierzyć i czekać. Bo małe szczęścia dopadają nas w najmniej spodziewanych momentach. Dzięki temu takie chwile są magiczne :)

Na tym mogłabym zakończyć tą historię… na razie ;) Bo przed nami całe, długie życie i myślę, że jeszcze nie raz dane mi będzie zasiąść na grzbiecie Ergo i pogalopować przed siebie. RAZEM. Bo tak właśnie powinien wyglądać happy end!
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    safara 2010-08-04 21:58:29

    Świetnie Anno, przecież można było się spodziewać że będzie ładniechodził ! Przecież to twój wychowanek ;** hehe

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Agatulec13 2010-08-04 13:59:31

    brak słów...

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    arrlena1 2010-08-03 20:24:19

    Ta opowieść !!  Nie wiem co powiedzieć ! Nigdy takiej pięknej opowieśći nie słyszałam . :) 

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama