Wyjechałyśmy 1 czerwca w dzień dziecka :) O 9 rano byłyśmy już w stajni i przygotowywałyśmy konie do wyjazdu. Ja Bursztyna, Róża Melka. Kiedy wyszłyśmy z końmi za bramę wjazdową do stajni przeszło przeze mnie dziwne uczucie, jeżdżę bardzo często w tereny czasami krótsze czasami dłuższe, ale to już była prawdziwa trasa. A mianowicie Tarnobrzeg-Buda Stalowska. Wyjechałyśmy z Tarnobrzega no i zaczęło lać, pogoda od początku nie była obiecująca, ale gdyby tylko delikatnie padało...
Na szczęście byłyśmy na to przygotowane, także nie było najgorzej. Choć były momenty kiedy chciało nam się płakać, wiatr i deszcz nam w oczy, ale my dalej na przód. Po 20 km dojechałyśmy do Cygan pod remizę, był tam przystanek autobusowy więc tam zaparkowałyśmy :) Róża poszła po coś do jedzenia i picia, a ja pilnowałam naszych dzielnych rumaków. Na początku bali się wejść pod przystanek, ale w pewnym momencie stwierdzili, że przystanek nie jest taki straszny kiedy tak leje.
Po "obiedzie" wsiadłyśmy na koń i pojechałyśmy dalej. Już byłyśmy blisko, został nam tylko las do przejechania i byłyśmy na miejscu. A gdy wjechałyśmy pod drzewa oczywiście przestało lać, no cóż mogłoby być na odwrót. Po dojechaniu do Budy, odstawiłyśmy konie do cieplutkiej stajni gdzie od razu się zadomowiły, tego dnia zrobiłyśmy 27 km. A same pojechałyśmy do domu, ale dopiero na następny dzień miała się zacząć przygoda.
Następnego ranka pojechałyśmy do naszych koni, żeby pojechać do Kędzi do naszych znajomych na rancho, bo tam miała cel nasza wyprawa. Droga do Kędzi, prowadziła obok stawów, przez las a potem wzdłuż asfaltu poboczem. Droga zajęła nam 15 km, na szczęście nie padało :D Dojechałyśmy na miejsce, rozsiodłałyśmy konie i puściłyśmy na łąkę, aby odsapnęły przed kolejną wyprawą. A my tymczasem rozgościłyśmy się w domku, zjadłyśmy coś i reszte czasu do wyjazdu w teren spędziłyśmy na gadaniu.
Nadszedł czas wyjazdu w teren, wszyscy zabrali się za czyszczenie i siodłanie. Kiedy konie i my byliśmy gotowi, wyjechaliśmy na początek drogą, aby dojechać do lasku. Organizatorzy tego rajdu załatwili pozwolenie na jeżdżenie po poligonie w lesie. A więc wjechaliśmy na poligon, droga była dość przyjemna napotykaliśmy na drodze wiele gałęzi czy kłod, które nasze dzielne konie chętnie skakały :) Były strome zjazdy i podjazdy i to dość wysokie, pierwszy raz z czegoś takiego zjeżdżałam myślałam, że Bursztyn nie da rady, ale pomyliłam się. Największe "strachadło" w naszej stajni, szło pewnie na przód nie oglądając się za przeszkodami. I tak tym lasem wjechaliśmy do sąsiedniej wioski do Burdzy, gdzie najpierw zrobiliśmy sobie przystanek pod sklepem aby się czegoś napić, a potem czekała na nas kolejna atrakcja, mianowicie: przebieganie przez Łęg! W tym miejscu rzeka była płytka, więc mogliśmy ją spokojnie przegalopować. Wszyscy dali znak gotowości no i ruszyliśmy, za pierwszym razem Bursztyn nie wiedział o co chodzi, co to za rzeka, czy się czasem nie utopi, a więc mimo moich starań przeszedł ją stępem. Ale za drugim razem ochoczo biegł za innymi końmi. Przebiegaliśmy tą wodę kilka razy, potem mojemu konikowi tak się to spodobało, że zaczął strzelać baranki radości. No w pewnym momencie było groźnie, bo prawie zleciałam do wody. Byliśmy cali mokrzy, ale jacy szczęśliwi nasze konie zresztą tak samo! Ale to nie koniec przygód na dzisiejszy dzień. Dalszą drogę jechaliśmy wzdłuż Łęgu, po jakichś krzaczorach, nie krzaczorach. Dojechaliśmy do mostu, gdzie wystarczyło przez niego przejechać i byliśmy spowrotem w "domu".
Oczywiście nie przejeżdżaliśmy przez most, lecz obok niego. Nogi na szyję koni i jedziemy. Tym razem już nie było tak płytko, woda sięgała nam dotąd jak się siodła zaczynają od dołu. Bursztyn w pewnym momencie już chciał nurkować, podobało mu się bardzo. Zresztą on lubi wodę, na terenie stajni mamy stawik gdzie latem konie się kąpią, mamy zdjęcie kiedy on jest zanurzony cały a wystaję mu tylko kawałek łebka. Znów przepływaliśmy tą wodę kilka razy, ale było superowo. W końcu byliśmy spowrotem, konie rozsiodłane, puszczone na łąke a my zorganizowaliśmy ognisko no i wielkie suszenie! Mokrych butów,skarpetek, popręgów, bryczesów, czapraków. Wieczór spędziliśmy miło przy ogniu, koniach, strasznych historiach i pysznym jedzeniu :) Koło 1 w nocy położyliśmy się spać, najmniej pocieszające było to, że rano trzeba będzie wstać i nakarmić konie.
Niedziela w końcu ładna słoneczna pogoda, z trudem podnieśliśmy się z łóżek poszliśmy nakarmić nasze sierściuchy. Po tym jak one zjadły śniadanie, my zabraliśmy się za swoje. Potem ogarnęliśmy się trochę, sprawdziliśmy czy sprzęt powysychał. I zapadła decyzja, że jeszcze przed wyjazdem do domu pojedziemy w lekki terenik po poligonie. Znów osiodłaliśmy konie i wyjechaliśmy na delikatną przejażdżkę po lesie tym razem było krócej, mniej galopu ale też było przyjemnie. Na koniec pożegnalnej przejażdżki pojechaliśmy na chwilę zanurzyć nogi w Łęgu. Bursztyn nie chciał wyjść mi z wody! :) Wróciliśmy i po odpoczynku wyjechaliśmy każdy w swoim kierunku : Ja i Róża do Tarnobrzega, reszta ekipy do Stalowej Woli.
Droga powrotna zleciała nam spokojnie, choć w lesie z Bud Stalowskich do Cygan pogubiłyśmy drogę, ale bezpiecznie dotarłyśmy na miejsce zmarnowane, zmęczone ale jakie szczęśliwe po takiej przygodzie. Nasze konie były równie zmęczone, ale ich oczy nabrały bardzo mądrego wyrazu.
Komentarze