Chciałabym dziś zmusić każdego jeźdźca do refleksji: czy na prawdę uczę się jeździć? Ja sama kiedyś zwątpiłam co do odpowiedzi na to pytanie i dla tego jestem teraz już zupełnie innym jeźdźcem, a może nawet człowiekiem. Moja historia zaczęła się 4 lata temu. Od przedszkola chodziłam na festyny, ale nie tak jak inne dzieci, dla zamków i waty cukrowej, ale dla koni. Szczegółowo wypytywałam wtedy "oprowadzacza" o różne rzeczy dotyczące grubiutkiego kucyka, a gdy tylko skończyła się moja przejażdżka, biegłam na koniec kolejki by znów wsiąść na grzbiet tego cudownego zwierzęcia. Pewnego cudownego dnia, w moje urodziny, rodzice w tajemnicy zawieźli mnie do stajni. Nigdy dotąd nie interesowali się jeździectwem, dlatego przy wyborze stajni kierowali się wyglądem koni i budynków oraz łatwością dojazdu. Po pierwszej jeździe instruktorka widywała mnie już regularnie dwa razy w tygodniu. Doszłam przez pół roku do poziomu samodzielnego stępa, kłusa i cavaletek. W stajni pojawił się nowy instruktor. Byłam święcie przekonana co do jego wyszkolenia, zaczęłam nawet płacić za jego specjalne wykłady. Poszło na to naprawdę dużo pieniędzy. Niestety, tak szybko jak rozwijałam się z poprzednią instruktorką, tak wtedy szybko stanęłam w miejscu. Po prawie 3 latach "solidnej" pracy miałam za sobą pierwsze przypadkowe galopy i krzyżaczka. Wtedy właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy tak być powinno, ale może z przyzwyczajenia, może z własnej nieświadomości zostałam. Latem wybrałam się na obóz jeździecki. Zupełnie pewna swoich umiejętności (instruktor kilka dni przed, proponował mi zdanie BOJ) wybrałam turnus dla zaawansowanych. O dziwo konie na obozie nie chodziły jeden za drugim w dziesięciokonnym zastępie i nie reagowały na głos! Było to dla mnie niemal nie do pomyślenia i stało się wielką przeszkodą. Nagle nie umiałam ruszyć z miejsca. Właśnie ta sytuacja otworzyła mi oczy- moja obecna kadra niczego mnie nie nauczyła, a utrzymywała mnie w świadomości, ze wszystko idzie w dobrym kierunku, w dodatku na duże (bardzo duże w porównaniu do innych stajni) pieniądze. Zaczęłam szukać stajni i choć w wielu usłyszałam, że "nie nadaję się" lub "nic nie umiem" w końcu znalazłam miejsce, w którym jestem do dziś. Znów jak torpeda ruszyłam do przodu, a po tamtej stajni (właściwie kadrze) zostały jedynie złe nawyki i żal straconego czasu oraz pieniędzy. A ty "uczysz się jeździć"? A może udajesz, że tak musi być, z wygody, albo... głupoty? Ja też nie zwracałam na to uwagi, ale teraz bardzo tego żałuję. Otwórzmy oczy i UCZMY SIĘ jeździć!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Niestety raczej więcej osób wybiera to co błyszczy, czyli bogate stajnie, wygody i pochlebstwa. Tam gdzie się uczę- dzięki Bogu! liczy się przygotowanie jeźdźca rekreacji jakby zaczynał karierę sportową. Niedopuszczalne są powtarzane błędy . Pochwała to wyjątek i na dodatek dotyczy jakiegoś szczegółu. Łatwo się zniechęcić i dlatego pewno nie ma chętnych. Tam poprawiają swoje błędy instruktorzy pod okiem tegoż mistrza a czasem jego żony. Nie ma jeźdźca który może sam ćwiczyć i nie nabrać jakiegoś złego przyzwyczajenia dlatego już wiem ,że nie mam co liczyć na to, że będę sama ćwiczyć kiedykolwiek. HEhehe pozastaje jedynie samotna rozprężalnia.
Ja mam podobny problem, bo po 1,5 roku zwykle cotygodniowej jazdy, nadal jeździłam tylko kłusem w siedmioosobowym zastępie. Teraz szukam nowej stadniny i mam nadzieję, że znajdę rzeczywiście takie miejsce, w którym nie liczą się tylko pieniądze, ale i miłość do koni.
To prawda. I choć w większości przypadkach aż żal zostawiać koni, to jednak, jeżeli ktoś chce poprawnie umieć jeździć i się rozwijać, niestety musi iść dalej. Też tak miałam. Na szczęście obudziłam się z tym dużo wcześniej niż moje poprzedniczki, które uczęszczały do pewnej stajni, i straciły parę lat życia, bo instruktorka nauczyła do pewnego momentu (niektórych elementów źle uczyła, aczkolwiek tam wyrobiłam sobie bdb dosiad, ale był problem ze sztywnymi rękoma).
Dziękuję, zapraszam do mojej galerii, tam także wystawiłam kilka :D
Niestety trudno jest znaleźć dobry ośrodek do nauki jazdy konnej ,spowodowane jest to wieloma przyczynami między innymi brakiem dobrze wyszkolonych i umiejących przekazać swoją wiedzę instruktorów , brakiem dobrze ułożonych koni do nauki jazdy . Konie do rekreacji i do szkółek jeździeckich powinny być spokojne , wybaczające błędy popełniane przez początkujących , a konie wycofane z sportu wyczynowego , które trafiają do szkółek , takie nie są . Są to bardzo dobre konie ale dla jeźdźców na wyższym poziomie a nie dla początkujących . Jeszcze większym problemem jest znalezienie dobrego miejsca do nauki jazdy dla 7 letnich dzieci , w Anglii oraz innych krajach Unii Europejskiej nie ma tego problemu , są Pony Kluby gdzie na dzieci czekają świetnie wyszkolone , spokojne kucyki oraz fachowi instruktorzy. W Polsce jeździ konno 1.5% populacji , w innych krajach od 3% do 5% populacji danego kraju . Tak niski procent osób jeżdżących konno w Polsce wynika z małej ilości profesjonalnych szkółek jeździeckich , kryzysu gospodarczego , braku promocji jazdy konnej .
I jak widać jesteś z tego dumna. Ciekawe kiedy zawitasz na forum z pytaniem "Mój koniś mnie zrzuca / kopie / gryzie / nie słucha / ma w zadku - co robić?"
Ja z kolei jeździłam około 2 miesiące w stajni, a później w takiej na 5 koni, rekreacyjnie. Teraz mam swojego konia, i jeżdżę bez żadnych instruktorów :)
Absolutna racja. A wiecie dlaczego się tak dzieje? My miłośnicy koni wierzymy, że każdy człowiek, który ma styczność z końmi chce dla nich i dla nas jak najlepiej. Sądzimy, że każdy jeździec musi mieć to coś. Przecież świadomie nie zrobi się krzywdy. Jeździectwo wszak polega na ciągłym doszkalaniu, szlifowaniu swoich umiejętności, ciągłej nauce. Z jazdą konna jest tak, że raz nauczona wcale nie pozostaje na niezmienionym poziomie. Dlatego ten sport/hobby jest taki wspaniały. Nie ma górnej granicy. To proces ciągłego doskonalenia. Więc dlaczego do jednego miejsca pałamy większym sentymentem niż do innego? Przecież i tu i tam są konie. Tu i tam są ludzie, którzy kochają konie. Moim zdaniem nie wszyscy potrafią podzielić się wiedzą, nie potrafią udzielić cennych, praktycznych wskazówek. Szkółkowe konie sami wiecie jak czasami reagują (a raczej nie reagują na komendy). Jest wiele przyczyn, które w konsekwencji sprawiają, że nasza pasja, zamiłowanie i chęć bycia lepszym w siodle zostaje wystawiona na próbę. Niektóre ośrodki są otwierane tylko i wyłącznie dla zysku. Bo panuje moda na konie to to przyniesie szybki zysk. Niekiedy zajmują się tym ludzie kompletnie nie przygotowani, nie mający bladego pojęcia o jeździectwie i o tym jak troszczyć się o konie. Dlatego tak ważny jest wybór miejsca nauki. Tak ważne jest reagowanie na zauważone nieprawidłowości. Życzę wszystkim tylko dobrych wspomnień.
Zuziu - bingo! Bardzo mądry i potrzebny tekst... Dziś mam 40lat i wspomnienia z tzw. "nauki", którymi nawet nie chce się dzielić. Dużo było w tym mojej głupoty i zapału, które są domeną młodości. jednak patrzymy na tych, którzy są po drugiej stronie - instruktorów jazdy. To co dziś mogę doradzić - to podpisywanie umów o świadczenie takich usług - w końcu to jest spora kasa - nawet jeżeli to nie Wy tylko Wasi Staruszkowie z niej wyskakują. Gratuluje tematu - KAŻDY powinien to przeczytać. Pozdrawiam sylwestrowo-noworocznie...
Ja chodzę do pewnej stajni, niecały rok, potem zaczęłam pracować za jazdę, wsiadłam na konia i... nie potrafiłam nim kierować. Okazało się, że tak konie chodzą na łydki, a ja nie miałam zielonego pojęcia, jak nimi skręcać. Teraz nie mogę tam jeździć, bo nie potrafię ogarnąć tych łydek. Najlepsze jest to, że tam, gdzie chodzę się uczyć, konie umieją skręcać od łydki, tylko że mi nikt w życiu o tym nie powiedział. Póki nie zrobię postępu, tak naprawdę nie mam opanowanych podstaw, chociaż doszłam już do skoków.
No to fakt , ja tez w jednej stajni przetrwalam dwa lata i nic do przodu nie ruszalam, teraz jestem w innej i zobaczymy czy beda widoczne rezultaty, a po starej zostaly tylko zle nawyki ktore teraz problem skorygowac.
Niestety raczej więcej osób wybiera to co błyszczy, czyli bogate stajnie, wygody i pochlebstwa. Tam gdzie się uczę- dzięki Bogu! liczy się przygotowanie jeźdźca rekreacji jakby zaczynał karierę sportową. Niedopuszczalne są powtarzane błędy . Pochwała to wyjątek i na dodatek dotyczy jakiegoś szczegółu. Łatwo się zniechęcić i dlatego pewno nie ma chętnych. Tam poprawiają swoje błędy instruktorzy pod okiem tegoż mistrza a czasem jego żony. Nie ma jeźdźca który może sam ćwiczyć i nie nabrać jakiegoś złego przyzwyczajenia dlatego już wiem ,że nie mam co liczyć na to, że będę sama ćwiczyć kiedykolwiek. HEhehe pozastaje jedynie samotna rozprężalnia.
Ja mam podobny problem, bo po 1,5 roku zwykle cotygodniowej jazdy, nadal jeździłam tylko kłusem w siedmioosobowym zastępie. Teraz szukam nowej stadniny i mam nadzieję, że znajdę rzeczywiście takie miejsce, w którym nie liczą się tylko pieniądze, ale i miłość do koni.
To prawda. I choć w większości przypadkach aż żal zostawiać koni, to jednak, jeżeli ktoś chce poprawnie umieć jeździć i się rozwijać, niestety musi iść dalej. Też tak miałam. Na szczęście obudziłam się z tym dużo wcześniej niż moje poprzedniczki, które uczęszczały do pewnej stajni, i straciły parę lat życia, bo instruktorka nauczyła do pewnego momentu (niektórych elementów źle uczyła, aczkolwiek tam wyrobiłam sobie bdb dosiad, ale był problem ze sztywnymi rękoma).