Dwa lata temu. Był dość ciepły, jesienny dzień. Wstałam wcześniej niż zwykle, zrobiłam wszelkie czynności, jakie wykonuje się po wstaniu z łóżka i z niecierpliwością czekałam na tatę, który miał zjawić się lada moment wraz z kolegą, który miał nam pomóc. Poszłam przygotować marchewki, jabłka i inne przysmaki, które miały osłodzić życie koniom.
W końcu się zjawił! Wsiadamy wiec wszyscy do samochodu, pojechaliśmy wziąć przyczepę i ruszamy do Stępnia, by przywitać się z jeszcze wtedy Irenką. Była niesamowicie przestraszona (tego samego dnia zabrali jej matkę), rżała zdenerwowana, nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. A działo się naprawdę dużo. 3 chłopa starało się ją wepchnąć do środka przyczepy, ja nie wiedząc, co mam zrobić, starałam się ją jakoś wciągnąć za kantar do środka, ale to nie należało do najprostszych zadań, bo nie wiedziała jeszcze wtedy o co chodzi z kantarem, uwiązem i mną obok niej. W końcu jednak się udało.
Pojechaliśmy….
Ja i Iliana mogłyśmy rozpocząć nowe życie. Nowe wspólne życie. I muszę przyznać, że na początku nie było łatwo. Jak pamiętam nasze początki? Nie umiała nic. Kompletnie nic. Zakładanie kantara – graniczyło z niemożliwym. Dawanie nogi – albo szczypała mnie po dupie, napierała całą swoją masą i kładła się na mnie albo nie chciała mi jej dać wcale. Wychodzenie z boksu – tak i owszem, ale tylko bez uwiązu i najlepiej z Rudą. Szczotkowanie – chyba jedyna czynność, którą jako tako lubiła (i lubi do dzisiaj). Przywiązywanie do czyszczenia – kręciła się i wieszała wielce spanikowana. Tak… taki był mój koń. ZIELONY!
Jednak sumienną i cierpliwą pracą dało radę dojść do wszystkiego. Do tego, że daje nogi, stoi grzecznie przy czyszczeniu, daje się prowadzić nawet w terenie, że już oduczyła się „chodzić” mi po nogach i w końcu na mnie uważa, że pięknie chodzi na lonży, dobrze spisuje się na wizytach zarówno kowala jak i weterynarza, że nauczyła się chodzić z siodłem i przyjęła mnie, jako jeźdźca. Że zachowuje się tak jak się zachowuje, że w terenie jest to koń marzenie, który idzie zawsze i wszędzie, oby ze mną. I dużo by jeszcze wymieniać. Tyle zrobiłyśmy przez te dwa lata. I to zrobiłyśmy tylko, dlatego, że obie staramy się jakoś się porozumieć ze sobą, mimo tego, że ja nie umiem po końsku, a ona po ludzku. Ale miłość, jaką ja obdarzyłam ją, a ona mnie spowodowała, że obie jesteśmy szczęśliwe z tego, że mamy siebie. Dokładnie dwa lata minęły od czasu, kiedy stwierdziłam, że to jednak będzie mój koń. Że jednak p. Andrzej miał rację, że tego konia wyhodował specjalnie po to, żeby znalazł taką właścicielkę. Przeznaczenie?
Kocham tego konia. Wspaniale mieć takiego przyjaciela.
Świetnie napisane. Zazdroszcze zaslug i życze więcej sukcesów! :)
Cudowny wpis :) Z czasem będzie coraz lepiej :D :) też bym tak chciała :)