Dziś po szkole prosto do stajni. Gdy przyszłam nikogo nie było, zdążyłam przywitać się z końmi, i przyszedł na chwilkę trener, pytając czy wsiądę na "małego trutnia" czyli Ahabka :D Więc poszłam do siodlarni przebrać jeansy na bryczesy i założyć sztyblety, po czym wzięłam się za czyszczenie diabełka. Jak to z nim, nie obyło się bez przepychanek, i niepotrzebnych nerwów. Dreptał w miejscu walił kopytami, w dodatku próbując przygniatać mnie do ściany :P Ale trochę z nim pogadałam, i stał w miarę grzecznie ;D Gdy już go osiodłałam, podpięłam popręg w stanowisku, bo wiedziałam że na zewnątrz będzie dreptał utrudniając mi cokolwiek :D Wyszłam z nim, przy wsiadaniu o dziwo po chwili stał grzecznie ;D Pojechałam na plac, i jeszcze dobrze go nie rozstępowałam, przyszła Martyna z Łukaszem, i powiedzieli że do mnie zaraz dołączą :D Gdy poszli siodłać konie, w tym czasie trochę pokłusowałam, na początku był taki narwany, do przodu ciągnął, więc pobawiłam się w wolty, ósemki aż w końcu się dogadaliśmy. Potem nagroda dla niego, postępowałam na luźnej wodzy, "pobawiłam się" w skręcanie na ciężar ciała, i tu mnie koń miło zaskoczył! ;) Z żadnym z koni mi to tak nie wychodziło, dało go się skręcić między najmniejszymi "szaparkami" między przeszkodami. Więc wyjechałam na duże koło, i nadal na luźnej wodzy dodałam łydki, i spróbowałam za kłusować, z początku wolno, po czym zaczął przyśpieszać, ale to i tak sukces, bo jeszcze rok temu nie pomyślała bym o kłusie na luźnej wodzy na nim :D Nawet z dosiadu udało go się do stępa zatrzymać. Gdy tylko wjechały inne konie, Ahabcio od razu podniósł główkę do góry i zaczął dreptać, więc złapałam wodze. Gdy zaczęłam z nimi kłusować, przeszedł na chwilę do galopu, więc go zatrzymałam, więc wyjęłam nogi z strzemion, i zaczęłam wolno kłusować, momentami przyśpieszał, ale bez problemu szło go zwolnić :D Jak włożyłam nogi w strzemiona, to znowu się rozpędzał, dlatego od początku zaczęłam prace na wolcie. W końcu w miarę się dogadaliśmy, to zagalopowałam, pierwsze zagalopowanie było spokojne, przy drugim już wiedział o co chodzi to wyrwał mnie, przegalopowałam całą ścianę zakańczając ją woltą, zmieniłam kierunek i na drugą stronę było już lepiej. Na koniec, jeszcze spróbowałam cavaletti, z lewego najazdu, za pierwszym razem trochę się poobijał, ale to i moja wina bo nie wyczułam, za drugim i trzecim razem super poszedł, a z prawego najazdu za pierwszym razem wyłamał ;o Od razu go zatrzymałam, cofnęłam go i już ładnie chodził. Potem stępowałam na luźnej, a Martyna z Łukaszem trochę jeszcze pojeździli bo zaczęli później ode mnie. Z Ahabkiem zdecydowanie lepiej można się dogadać jak na placu nie ma innych koni. Pogoda na jazdę była dziś idealna, może podłoże nie jest wymarzone, ale już czuć wiosnę w kościach :D Teraz w odwiedziny do koni dopiero w piątek.
Komentarze