Święta już za nami, a ja wreszcie zebrałam się w sobie do napisania relacji z październikowego Hubertusa. Wybaczcie mi to "drobne" opóźnienie :)
Celebracje dnia świętego Huberta odbywały się w Runowie przez cały weekend, od 22 do 24 października. W stadninie pojawili się zarówno stali bywalcy, jak i Ci, którzy mają tam niestety trochę dalej. Właściwa impreza miała miejsc w sobotę. Tego dnia emocje wzrastały już do wczesnego ranka, kiedy to powoli zaczęto przygotowania siebie i swoich wierzchowców. Plan był następujący: jesienny teren z atrakcją w formie crossu oraz gonitwa. Konie, wypieszczone, przystrojone i wypielęgnowane, z zaplecionymi grzywami i ogonami chyba też poczuły wyjątkową atmosferę - miały bardzo dużo chęci i energii, były podekscytowane i bardzo zainteresowane wszystkim, co działo się przed/za stajnią a także w jej wnętrzu.
W końcu można było wyruszać! Dzień zaskoczył nas niesamowicie przyjemną pogodą - było ciepło i słonecznie, lepszej pogody nie mogliśmy sobie wymarzyć! Raźno ruszyliśmy naszym zastępem. Cały teren obfitował w emocjonujące wydarzenia: rozentuzjazmowane konie pożytkowały energię racząc swych jeźdźców barankami, brykaniem, wierzganiem... istne szaleństwo! Nie obyło się bez kilku upadków, na szczęście nikt, ani koń, ani jeździec, nie odniósł większego uszczerbku na zdrowiu, uff :) Cała wyprawa okazała się bardzo udana - wspinaliśmy się pod strome góry, schodziliśmy z jeszcze bardziej stromych, moczyliśmy kopytka w rzeczce i brzuchy w jeziorze. Wszystkim dopisywał humor.
Po powrocie z terenu nastąpił punkt kulminacyjny imprezy - gonitwa! W rolę uciekającego lisa wcielił się Mariusz na Galaksis, która bardzo dobrze się spisała. Nie dawała się łatwo podejść, szybko reagowała, dała się sprawnie prowadzić, była zwrotna i zwinna. Konie i jeźdźcy mieli więc nie lada zadanie! Ruszyli ławą na uciekinierów, potem próbowali się rozdzielać, w końcu każdy wybrał własną taktykę... Jednak i tu zdarzył się jeden upadek, który i tym razem skończył się jedynie na śmiechu. Część koni bardzo się starała, inna część trochę mniej - tak czy siak wszystkie nie szczędziły sił, zachęcane przez jeźdźców lub nie. Żeby gonitwa nie skończyła się za szybko zarządzono utworzenie tzw. "bramki", w której mógł schronić się lis - w takiej sytuacji konie zatrzymywały się i odpoczywały. Potem pogoń została wznawiana.
W końcu jednak narodził się nowy bohater - Zuzia na Mondeju sprawnie przechwyciła lisią skórkę i tym samym dobiegła końca ta emocjonująca gonitwa.
Po rozebraniu, oporządzeniu i wypuszczeniu na pastwisko koni zostało zorganizowane ognisko Były kiełbaski, tradycyjna grochówka, a także pączki i napoje. Wszyscy, choć zmęczeni, tryskali dobrym humorem! :) Niestety, część musiała wracać już do domu, część została jeszcze jeden dzień.
Tegoroczny Hubertus okazał się być bardzo udanym! Ciekawe, co wydarzy się w przyszłym roku? :)
Zapraszam do przeglądania podpisanych zdjęć. Część z nich jest podpisanych, część nie. Nie jestem autorką żadnego z nich, ale fotografów było kilku i nie jestem w stanie odtworzyć, kto wykonał te wspaniałe ujęcie. Z tego powodu przepraszam za brak podpisów z autorstwem.
Komentarze