Chciałabym się podzielić z wami moimi przeżyciami związanymi z ostatnim wypadem w teren. Wybraliśmy się do stajni, później w kierunku siodlarni po uwiązy a następnie po konie . Poszłam do Hipper Boy"a przywitałam go czule, dałam mu końskiego cukierka i poszliśmy w stronę naszego stanowiska . Wyczyściłam mego pupila, rozczesałam mu grzywę ,ogon, a na końcu osiodłałam go i założyłam mu gumy. Następnie po przygotowaniu konia, nałożyłam toczek , zgarnęłam palcat i wspięłam się na grzbiet Hipper Boy"a. Postępowaliśmy chwilkę poczym nastąpił kłus i galop . Przegalopowaliśmy 2 wolty i p. Instruktor powiedział, że trzeba jachać w następującej kolejności. Ustawiliśmy się i wyjechliśmy w teren .. Konie chodziły żywo i rozglądały się na wszystkie strony. Wszyscy byliśmy zadowoleni-zarówno konie jak i jeźdźcy z pięknej jesiennej pogody, która nam naprawdę dopisała . Po dojechaniu w ustalone miejsce mieliśmy sie zapoznać z terenem przebiegu Hubertusa-pogoni za lisem . Było to fantasyczne miejsce o dużej przestrzeni do galopowania , z wieloma przeszkodami crossowymi. W pobliżu znajdowało się niesamowite jeziorko i otaczający je z każdej strony potęzny las. Niestety gdy już wszyscy przejęci cudownymi widokami i wielce rozmarzeni musieliśmy wracać z powrotem w kierunku stajni.Ustawiliśmy się w kolejności i rzędem za instruktorem ruszyliśmy w drogę... Aż tu nagle niespodziewanie wybiegł pies ( owczarek niemiecki ) i oszczekał nasze konie. Hipper Boy tak się wystraszył, ze chciał uciekać - lecz mu się to nie udało,ponieważ w odpowiednim momencie nad nim zapanowałam. Stanął dęba i już myślałam, że spadnę .. Udało się. Z uśmiechem na twarzy trzymałam wodze i siedziałam wciąż na grzbiecie mego konia. W chwili po tym zauważyłam Kirgiza,króry galopował bez jeźdźca. Na nim akurat jechała wczesniej Justyna i prawdopodobnie z niego spadła . Zdenerwowany p.Instruktor krzyknął do właścicielki psa, zeby go uwiązała. Po paru minutach właścicielka złapała psa . A ja nie zastanawiając się ani chwili dłuzej pogalopoowałam po Kirgiza i udało mi się go ujarzmić. Wróciłam z nim, a szczęśliwa Justyna bardzo mi dziękowała. Nikomu nic się nie stało, ale i tak była to dość niebezpieczna sytuacja. po ochłonięciu z emocji dalej ruszyliśmy w kierunku stajni. Wróciwszy opowiedzieliśmy pozostałym klubowiczom co nam się przydażyło
Komentarze