Niedziela. Był to jeden z jesiennych terenów planowanych już od dawna. Pogoda była wymarzona, idealna do jazdy; słonecznie i ciepło – jak na tę porę roku.
Nakarmionego i wyczyszczonego konia zaczęłam powoli siodłać. Następnie ogłowie. I już po chwili koń był gotowy! Głównym celem naszego terenu była wycieczka po lesie. W tym dniu towarzyszyła mi koleżanka Gosia, której zawdzięczam zdjęcia.
Cała ta wyprawa wydawała się jak opis kartki z książki, było tak bajecznie. Zanim dojechaliśmy do lasu koń był już rozstępowany na tyle by móc zagalopować. Tym razem to nie był zwykły galop, nic podobnego do galopu na maneżu, czy w innych terenach. Taki galop wzdłuż skraju lasu. Foulée były bardzo długie, wydawały się jakby spowolnione – koń delikatnie i lekko stawiał kroki. Cały galop spowolniony nie był, bo właściwie to nie był galop tylko cwał! Poczułam się jak na wyścigu… Ten wiatr. Coś takiego mi się jeszcze nigdy nie przydarzyło. Wjechaliśmy do lasu.
Wspaniały galop, z którego byłam bardzo zadowolona i zachwycona był dopiero początkiem „niedzielnych cudów”. Kolejną wspaniałą chwilą była aleja jesiennych drzew… Ach, coś pięknego, w dodatku podziwiana z końskiego grzbietu.
Po chwili zatrzymaliśmy się. Odpoczęliśmy trochę, zrobiliśmy zdjęcie i ruszyliśmy dalej. Kilka minut później za kłusowaliśmy. I to tak jakbyśmy jeździli ujeżdżenie od urodzenia; kłus był prawie w miejscu, udały się też ciągi! Od dłuższego czasu „męczę” mojego konia z ujeżdżeniem i aż do tamtej chwili nic nam się nie udawało. A od tamtej pory ujeżdżenie nie sprawia mojemu koniowi żadnych problemów… To miała być zwykła przyjeżdża po lesie, a dzień ten zapamiętam bardzo dobrze... :) Dziękuje za poświęcenie mi chwili.
Opis fajny. Jeździsz bez kasku?
piękny opis :)
świetnie, zapraszam do przeczytania mojej pracy:) http://www.galopuje.pl/konie,jak-to-sie-zaczelo,18508.html