Może tytuł tego wpisu zaskoczy wiele osób, może nawet kilkoro z was pomyśli sobie "coś złego" na temat mojej osoby, ale zastanówmy się. Czy coraz częściej znajdujemy "stajennych wrogów", dzieci wracają z płaczem z jazd, a dorośli do końca tygodnia nie mogą przestać myśleć o przebytej kłótni? Chyba żaden z nas nie mógłby przyznać: lubię w stajni wszystkich i wszyscy lubią mnie. Dlaczego tak jest, między końmi, które powinny łączyć a nie dzielić. Zastanówmy się. Jak czuje się amazonka, która przybyła do nowej stajni? Została pozostawiona sama sobie i dostała nadzwyczaj trudne zadanie ubrania konia w obcej stajni. Poza kilkoma dziwnymi spojrzeniami nikt nie zwrócił uwagi na dziewczynę, która z trzęsącymi się rękoma próbuje odnaleźć właściwe siodło. W końcu wybiera jedno i sięga po czaprak. Sekundę potem zostaje wyzwana przez jedną z właścicielek koni o to, że wzięła jej osobisty czaprak bez pytania. Dziewczyna już ma dość, po jeździe szybko się zmywa i już nie powraca. Nieszczęsny czaprak znów leży wraz z innymi stajennymi, nie podpisany, i czeka na "kolejną ofiarę". Jak czuje się miały chłopczyk, który po jeździe karmi kucyki cukierkami? Uśmiech z jego twarzy znika, gdy zostaje skarcony przez starszą o 10 lat koleżankę. Ma pretensje, że dokarmia jej konia. Chłopiec oddala się posłusznie od boksu, na którym nie ma tabliczki "nie dokarmiać" ,albo nawet "koń prywatny". Jak czuje się amazonka, która od kilku okrążeń nie może zagalopować? Instruktor poleca jej użycie bata, ale niestety zapomniała go z siodlarni. Cała reszta jeżdżących z nią osób trzyma w rękach palcaty, ale żadnemu nawet przez myśl nie przeszło "magiczne czynienie dobra". W końcu dziewczyna, po wysłuchaniu okropnego wykładu instruktora typu "A co jak zapomnisz siodła na zawody?" podjeżdża do koleżanki prosząc o pożyczenie bata. Przed tym została jeszcze ofuknięta, bo "podjechała za blisko, a mój konik kopie". Jak czuje się pani, która z problemem niesie kulbakę, czaprak, popręg, baranka, ochraniacze, wytok i ogłowie za "jednym kursem", bo już słyszy niezadowolone popędzanie reszty jeźdźców z jej jazdy? Sama z problemem wrzuca kulbakę na koński grzbiet, słysząc za plecami jak znajoma amazonka "żałuje biednego konika, który wystraszył się ciężaru siodła". Pani wreszcie dopina popręg, z czystym sumieniem może "pochwalić się", że konia ubrała sama, bez niczyjej pomocy... niestety. Chodzi mi tutaj o te "małe magiczne gesty dobrej woli". Nie dostaniemy garba, jeśli pomożemy przy niesieniu siodła, nie zbiedniejemy, jeśli kupimy tabliczkę dla naszego konia "nie dokarmiać". Bądźmy dla siebie mili, jeżeli nawet nie dla innych, to chociaż pomyślmy, by z dobrym samopoczuciem wrócić ze stajni. Niech jeździectwo łączy, a nie dzieli.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ja powiem że każdy morze się spóźnić w stadninie w której jeżdżę jest tak że na spóźnialskich nie czekamy tylko wskakujemy na konie i jedziemy na padok dla niewiedzących padok to poprostu ogrodzony teren w którym się jeździ.
Spotkałam się z tym samym w 2-óch stajniach na 3 w których byłam. Ogólnie rzecz biorąc jestem osobą zaradną. Jeśli ktoś powie mi gdzie szukać to znajdę i tutaj zaczyna się problem wchodzę pierwszy raz do siodlarni gdzie jeszcze nie byłam podpisane wszystko ok, biorę uzdę i siodło konia, na którym mam jeździć przynoszę do boksu i okazuje się z wielką pretensją, że te siodło jest czyjeś albo nie na tego konia. Dlaczego ? Bo ktoś nie odłożył na miejsce tylko powiesił na wolne miejsce. A skąd mam wiedzieć jak wygląda siodło danego konia jeśli jestem tutaj pierwszy raz. A co do traktowania osób nowych przez stałych klubowiczów to norma. Osoby które długo jeżdżą w danej stajni myślą że rozumy pozjadały i skoro przychodzi nowa osoba, a nie daj boże jeszcze mało doświadczona to można dowartościować się i traktować ją jak tumana " To Ty nie wiesz? " "Idź tam i weź to stamtąd". A o bogatych dziewczynkach które mają własnego konia to już nie wspomnę jakie to one wtedy ważne są " bo moja mama płaci". W jednej ze stajni był udostępniony domek w którym mogłyśmy sobie zrobić herbatę bądź zjeść i się ogrzać. Potem właścicielka na prośbę TYCH dziewczynek zrobiła tak że z domku to mogły korzystać tylko osoby, które trzymały u niej prywatnego konia :) A osoby, które przychodziły tylko na jazdę musiały jeść, przebierać się i zostawiać rzeczy w zimnej a zimą wręcz lodowatej siodlarni gdzie każdy w każdej chwili mógł sobie wejść a koty wyciągały z toreb kanapki. Nie mówię, że tak jest w każdym ośrodku ale niestety w większości tak. I podejrzewam, że niestety taką atmosferę wprowadzają właśnie te bogate dziewczynki, które patrzą na kasę i jakie to one nie ważne bo mama za wszystko zapłaciła, bo jej konik ma różowy cały sprzęt wart tyle i tyle.
Nie zgadzam się z tym artykułem. Po pierwsze jestemzlasu ma zupełną rację. Na tym świecie nie ma miejsca w którym wszyscy ludzie byli by dla siebie doskonale mili i uprzejmi.
Jak czytałam Twój felieton, to jakbym widziała stajnie, w której jestem okazjonalnie. Z racji ,że mój tata pracuje poza miejscowości ,w której mieszkamy ,to czasami jeździmy własnie do tej miejscowości, duże miasto. Upatrzyłam tam jedną stajnię, która była najbliżej i podobno dobra. Umówiłam się na jazdę. Przechodząc przez posesję stajni zauważyłam ,że jest w niej dużo dziewczyn. Podchodzę do instruktorek (ogromny plus ,że nie wychodzą z padoku podczas zajęć), pytają o moje umiejętności jeździeckie, potem przydzielają mi konia. Mam za zadanie go ubrać. Instruktorka mówi ,że jakieś dziewczyny mi pomogą. OK, udaję się do nich. Pytam gdzie w ogóle koń stoi, bo nie zostałam poinformowana, dowiaduję się ,że w stajni nr 3 . Potem idę po sprzęt, podobno jest podpisany. Patrzę siodło faktycznie, ogłowie też. Czapraki leżą na jakieś kupie, więc biorę pierwszy z brzega. Kolejny problem- gdzie jest popręg. Pytam tych dziewczyn "Popręg Kory to taki długi ujeżdżeniowy". OK, przez kolejne 15 minut poszukuję ujeżdżeniowego popręgu, który jak się okazało znajdował się na ogrodzeniu padoku. I proszże, pytam o poradę i jakże rozwinietą podpowiedź i pomoc otrzymuję. Potem nie wiedzieć czemu instruktorka wysłała do mnie jakieś dwie dziewczynki, które ,młodsze ode mnie chyba ze 4 lata miały mnie pilnować jak rozsiodłuję konia. Ludzie, logiki troszkę. Skoro sama konia ubrałam ,to raczej nie trzeba Einsteina ,żeby wywnioskować ,że go rozsiodłam. Poza tym instruktorka pytała jakie mam umiejętności i skoro na BOJ uznali ,że konia rozsiodłać umiem... Jeśli chcesz to możesz użyć to do jakiegoś felietonu.
Na szczęście u mnie w stajni wszystkich lubię i można dokarmiać nawet prywatne konie. I wszyscy są dla siebie mili. Nie wiem jak to możliwe bo w poprzedniej stajni nie zawsze tak było.
WorldOfGlass lubię cię. Wszyscy by tylko wymagali od innych, a nikt od siebie. Jak taka sierota parę razy zbierze ochrzan, pomęczy się bez bata czy spóźni na jazdę bo za późno zaczęła siodłać, to jest szansa, że następnym razem się bardziej postara. A jak instruktor się będzie litował i znajdował zapominalskiemu bat, żeby tylko nie urazić jego uczuć "okropnym wykładem", to ofiara losu pewnie nigdy tego bata sama nie przyniesie. Ja się wyleczyłam z nadmiernego pomagania, bo to niczego nie uczy. Jeźdźcy których uczyłam od zera potrafili w efekcie sprawnie osiodłać konia, samodzielnie wsiąść i dopasować strzemiona jeszcze zanim zeszli z lonży. Ale od początku ich do tego zmusiłam. A że paru się zniechęciło? Im szybciej tym lepiej, widocznie jeździectwo nie było dla nich.
A ja uważam, że po pierwsze jest coś takiego jak regulamin stajni - każda stajnia powinna mieć i każdego początkującego człowieka powinno się z tym zapoznać i upewnić się, że zrozumiał. Jak się chce nakarmić czymś konia, to warto zapytać kogokolwiek z obsługi, czy można. Ja na przykład sobie nie życzę żeby ktoś dawał mojemu koniowi cukierki, albo spleśniały chleb i guzik mnie obchodzi, że ktoś może nie wiedzieć i mieć dobre chęci. Jak nie jesteśmy pewni, czy coś wolno zrobić, to tego na wszelki wypadek nie róbmy, będzie prościej. Dzieci w stajni powinny przebywać pod opieką osoby dorosłej i o żadnej samowolce moim zdaniem nie może być mowy. Dziecko, to dziecko, trzeba go pilnować. Ja też uważam, że jak ktoś czegoś nie wie, to się idzie i pyta. Jak ktoś potrzebuje pomocy, to jej szuka, a nie oczekuje, że dookoła są sami święci i bezinteresowni. Instruktor powinien nauczyć jak się konia obsługuje i siodła i to jest jego zasrany obowiązek i należy się tego domagać. Inna sprawa, że jak do kogoś nie dociera, to solidny opierdziel nie zaszkodzi. Ludzie by chcieli żeby wszyscy byli mili i bezproblemowi, ale trzeba też mieć trochę własnego rozumu i wiedzieć kiedy się kłócić, a kiedy się zamknąć i słuchać. Nikt nie będzie wieszał na każdym boksie tabliczki "Nie dokarmiać" - jak to nie jest twoje zwierzę, to do niego nie podchodź i już. To samo jest podczas jazdy - ostrzeżenie o tym, że koń kopie i należy się trzymać na dystans to nie jest złośliwość. To jest informacja, która może nam pomóc uniknąć bycia kopniętym, albo zrzuconym przez naszego konia, bo został kopnięty. Ja zawsze informuję nowych ludzi w stajni, że mój koń kopie, gryzie i zabija i nie należy podjeżdżać. Skoro ktoś taką informację bierze do siebie jako obrazę, to się powinien stuknąć w głowę i zejść na ziemię. Jak ktoś jest gapa i nie wziął ze sobą bata, to nie jest wina kolegów, ani instruktora. Jak zapomnisz zadania domowego w szkole, to dostaniesz bańkę. Fajnie jak zawsze leży w pobliżu kilka dodatkowych batów, ale nie rozumiem czemu ktoś, kto bata potrzebuje ma się zrzekać go na rzecz gapiszona, który zapomniał swojego. Jak komuś niepotrzebny to oczywiście czemu miałby nie pożyczyć. Wykład od instruktora ma na celu nas czegoś nauczyć na przyszłość, więc ja bym tak nie demonizowała. Moim zdaniem dobry trener jakiegokolwiek sportu wymaga, a nie się z nami cacka. Ja się zawsze staram pomóc jak ktoś sobie z koniem nie radzi, użyć mojego konia jako prowadzącego, żeby komuś było łatwiej zagalopować, albo skoczyć przeszkodę. W stajni pomagam jak ktoś nie może konia osiodłać, nie wie, jaki sprzęt wziąć, ale to trzeba do mnie podejść i poprosić o pomoc, bo ja też mam swojego konia do objeżdżenia i czasami coś do zrobienia i nie chodzę po stajniach szukając sierotki, która sobie nie radzi, a wstydzi się buzię otworzyć.
Zgadzam się w 100%! Sama doświadczałam takiego "przyjęcia" w nowej stajni. Jeżdżąc rekreacyjnie trafiałam do stajni, w której stali jeźdźcy właśnie tak (jak opisała Zuzanna)traktowali "nowych". Wtedy odechciewało się wszystkiego. Najgorsi byli ci zamożniejsi własciciele koni. Patrzyli z góry, lekceważyli. O pomocy nie było mowy. Chyba właśnie z tego powodu przestałam jeżdzić. To bardzo przykre! Kiedyś, na obozie jeżdzieckim śpiewaliśmy "Bo wszyscy koniarze, to jedna rodzina..." Niestety to minęło, a szkoda. Hania
Popieram artykuł. Mogli by sie niektórzy ludzie pozbierać i nie patrzeć tylko na siebie ale moze tez na innych, młodszych, słabszych, starszych a nawet po prostu rówieśników
Dobry wpis , nie wierze jednak żeby on coś zmienił. Niektórym osobą sprawia to przyjemność, jak opierniczą początkującego ,czują się ważniejsze , silniejsze .
Świetny artykuł. Mam nadzieję, że ludzie staną się bardziej empatyczni po przeczytaniu go.
Bardzo dobry artykuł. Niestety opowiada o sytuacji, którą właściwie widzę w mojej stajni. Jest kilka niemiłych osób, nie chcą pomóc a jeszcze potrafią parę "miłych" słów powiedzieć.
W takim razie ty też patrzysz na osobę, która potrzebuje pomocy i zamiast bezinteresownie jej pomóc, czekasz, aż Cię o to poprosi? Ja chłopca z cukierkami bym nie opieprzała, bo skąd ma wiedzieć, że nie mógł nakarmić konika, skoro nie ma nawet głupiej tabliczki na boksie? Zgodzę się z Tobą, że jeździectwo nie jest jedynym środowiskiem, w którym ludzie się kłócą, ale mój wpis ma na celu zmuszenie każdego, by zastanowił się nad tym, jaki sam jest. Co prawda podałam skrajnie negatywne przykłady, ale z takimi też można się spotkać. Masz jednak prawo do swojego zdania, szanuje je, a Ciebie pozdrawiam.
Oj tam. Znasz jakieś środowisko, w którym wszyscy są dla siebie mili? Apel o powszechną miłość nie jest zły, ale nie demonizuj akurat jeździectwa. Gdyby ta amazonka z trzęsącymi się rękami otworzyła usta i po prostu spytała, pewnie otrzymała by wszystkie potrzebne informacje. A za dokarmianie konia cukierkami biedny chłopczyk ode mnie nie dostał by upomnienia, ale solidny edukacyjny opieprz. Przykładu pani z barankiem nie za bardzo łapię, ale domyślam się, że problem również leży w tym, że nie wpadła na to, żeby poprosić kogoś o pomoc. Do apelu o bycie miłym dołączę apel o nie bycie rozmemłaną kluchą.
Ja powiem że każdy morze się spóźnić w stadninie w której jeżdżę jest tak że na spóźnialskich nie czekamy tylko wskakujemy na konie i jedziemy na padok dla niewiedzących padok to poprostu ogrodzony teren w którym się jeździ.
Spotkałam się z tym samym w 2-óch stajniach na 3 w których byłam. Ogólnie rzecz biorąc jestem osobą zaradną. Jeśli ktoś powie mi gdzie szukać to znajdę i tutaj zaczyna się problem wchodzę pierwszy raz do siodlarni gdzie jeszcze nie byłam podpisane wszystko ok, biorę uzdę i siodło konia, na którym mam jeździć przynoszę do boksu i okazuje się z wielką pretensją, że te siodło jest czyjeś albo nie na tego konia. Dlaczego ? Bo ktoś nie odłożył na miejsce tylko powiesił na wolne miejsce. A skąd mam wiedzieć jak wygląda siodło danego konia jeśli jestem tutaj pierwszy raz. A co do traktowania osób nowych przez stałych klubowiczów to norma. Osoby które długo jeżdżą w danej stajni myślą że rozumy pozjadały i skoro przychodzi nowa osoba, a nie daj boże jeszcze mało doświadczona to można dowartościować się i traktować ją jak tumana " To Ty nie wiesz? " "Idź tam i weź to stamtąd". A o bogatych dziewczynkach które mają własnego konia to już nie wspomnę jakie to one wtedy ważne są " bo moja mama płaci". W jednej ze stajni był udostępniony domek w którym mogłyśmy sobie zrobić herbatę bądź zjeść i się ogrzać. Potem właścicielka na prośbę TYCH dziewczynek zrobiła tak że z domku to mogły korzystać tylko osoby, które trzymały u niej prywatnego konia :) A osoby, które przychodziły tylko na jazdę musiały jeść, przebierać się i zostawiać rzeczy w zimnej a zimą wręcz lodowatej siodlarni gdzie każdy w każdej chwili mógł sobie wejść a koty wyciągały z toreb kanapki. Nie mówię, że tak jest w każdym ośrodku ale niestety w większości tak. I podejrzewam, że niestety taką atmosferę wprowadzają właśnie te bogate dziewczynki, które patrzą na kasę i jakie to one nie ważne bo mama za wszystko zapłaciła, bo jej konik ma różowy cały sprzęt wart tyle i tyle.
Nie zgadzam się z tym artykułem. Po pierwsze jestemzlasu ma zupełną rację. Na tym świecie nie ma miejsca w którym wszyscy ludzie byli by dla siebie doskonale mili i uprzejmi.