Reklama

Jeździjmy konno szlak konny

Jeździłem konno w różnych krajach, rekreacyjnie na krótszych i dłuższych trasach. Niedawno, zapragnąłem pojeździć po Polsce. Aby nie błądzić, postanowiłem skorzystać z oznakowanych szlaków konnych. Szukałem dwutorowo: poprzez książki i internet. Akurat ukazał się album „Najpiękniejsze szlaki konne” Marzeny Józefczyk, a internet, wiadomo studnia wiadomości bez dna. Ha, koń by się uśmiał. Moi znajomi korzystali już ze szlaków na pogórzu, ja szukałem innego. Miałem do dyspozycji do pięciu dni i nie chciałem dwóch z nich poświęcić na transport koni. Przyznam że nie spodziewałem się takich trudności! Pierwszy krok był łatwy, znalazłem szlaki nieopodal. Drugi krok jako że konie miały wikt i opierunek znaleźć w trasie, okazał się o wiele trudniejszy. Aby znaleźć gościnne stajnie, trzeba wiedzieć którędy szlak wiedzie. Może ktoś wydał mapkę z zaznaczonym przebiegiem? Wszechwiedzący internet wskazuje że takowe rzeczywiście są.
Tutaj dygresja, większość szlaków nie wyszła spoza bardzo mglistych planów, brak oznaczeń w terenie, map brak i w ogóle tragedia... Tak, myślałem że raz dwa i załatwione. A tu okazuje się że mapki rozdano, wydawca już ich nie ma! No mówię sobie to ten szlak już zadeptany przez konie. Będziemy się mijać i spotykać, będzie z kim pogadać i kogo pozdrowić.
No i jak myślicie? Jak było? Ale tymczasem pozostał problem ze zdobyciem map.
Ponieważ zostałem rozbestwiony zagranicznymi przykładami, było to dla mnie czymś niesamowitym. Wreszcie po wielu próbach, trafiłem na przyjazny głos podczas rozmowy telefonicznej. Spotkanie, oprócz gospodarzy którzy mnie zaprosili, przedstawiciel organizacji, wydawcy mapek. Wypytuję się o w dalszym ciągu działające (bo wiele z opisanych w internecie jest nieaktualnych) noclegi dla koni. Parę minut rozmowy i wiem już że jedziemy! Został tylko punkt startowy, początkowo myślałem o domu. Dodało by to 2 dni drogi. Koniecznie chciałem zakończyć naszą wędrówkę na najdalej wysuniętym na południe miejscu Wielkopolski. Później byłby to przyczółek do trasy Doliną Baryczy. W rozmowie ze swoim współpracownikiem, dowiaduję się o stadninie w Witkówkach. Rozmowa telefoniczna z bardzo miłym właścicielem i gotowe.
Tutaj opowiem, co będę wielokrotnie robił, o niesamowitej gościnności, życzliwości ludzi z którymi spotkałem się w czasie organizowania i wędrówki. Jestem po prostu tym zachwycony! Przywykliśmy już do podejścia komercyjnego w turystyce. Nie mam nic przeciw. Lecz gdy do tej pory słyszałem o polskiej gościnności i życzliwości, myślałem że jest to już historia, niebyt. Myślę że całe dobro jakiego doznaliśmy (brzmi patetycznie i starodawnie, ale pasuje) wywołane zostało sposobem naszego podróżowania jak i miejscem wędrówki. Mimo wyznaczenia szlaków, porusza się nimi niewielka ilość jeźdźców. Fragmenty wykorzystują lokalne ośrodki, reszta szlaku jest całkowicie konno nieużytkowana.
Pozwolę sobie na dygresję, czy konni już tylko korzystają z ujeżdżalni, a ich wycieczki ograniczają się do 20 minut od stajni? Jak tak dalej pójdzie, to koń jako niebezpieczne zwierzę (przecież sporty konne ogląda się zza barierki, koń jest policyjną „bronią”), nie będzie mógł wyjść poza teren ośrodka inaczej niż w koniowozie! Nie wierzycie? Poczytajcie ustawę o lasach. Zakaz wstępu poza wyznaczonymi trasami. I nie chodzi tu o to że ja w okolicy nie mam z tym problemu. Bo nie mam w tej chwili i w swojej okolicy. Wystarczy zmiana w nadleśnictwie i będzie jak u znajomych: mandaty i pyskówki. Nawet w parkach miejskich, choć naprawdę nigdy tam nie zobaczyłem konia, pojawiły się zakazy jazdy konnej!

Wielkopolska pokryta jest gęstą siecią dróg. Nie są to drogi przyjazne do jazdy konnej bo asfaltowe. Te na uboczu są wąskie i bez poboczy. Właśnie taką drogą przyszło nam rozpocząć. Po paru kilometrach, przejeżdżamy przez Racot. Znany wszystkim z stadniny. Z bramy pałacowej wyjeżdża rowerzysta, koń uskakuje na środek drogi, no pierwsza przygoda zaliczona. Kawałek dalej docieramy do naszego właściwego szlaku: Traktu Chłapowskiego. Od tej pory będą nas prowadzić znaki szlaku konnego. Tu niemiła niespodzianka, po krótkim postoju na poprawki, w czasie wsiadania rozpada się uchwyt do GPS. Wytrzymał półtorej godziny. Dodatkowo co zauważam po następnej godzinie, obluzowała się w nim karta pamięci. No pierwsze kłopoty ze sprzętem za nami. Co będzie z jukami i innymi stroczonymi rzeczami?
Dochodzimy do kanału Obry. Raz jednym brzegiem a potem drugim przebywamy kolejne kilometry. Rafał który dosiada konia wypożyczonego z jednej z naszych gościnnych stajni, spada z niego przy pierwszym galopie. Jest pierwszy niezamierzony postój. Nikomu nic się nie stało. Robi się coraz goręcej. Tego dnia temperatura okazała się nieznośna, są 32 stopnie. Po kolejnym przejściu przez Obrę, wita nas u „bram” wsi Wławie kamienny obelisk z wyrytą sentencją. Na domach i przy drodze mijamy kamienne rzeźby. Rozpoczęły się żniwa, mijamy się kombajnami. Konie mając za sobą parę godzin jazdy nie reagują. Jedziemy drogami asfaltowymi, gruntowymi. Docieramy do wsi Kopaszewo, przed pałacem robimy zdjęcia i postanawiamy w alei zrobić popas. Mamy szczęście, mimo niedzieli i dość późnej pory sklep jest otwarty. Kupujemy napoje i coś do jedzenia. Konie stoją na uwiązach, na linie rozsportartej pomiędzy alejowymi drzewami. Obok, stoi trzypiętrowy blok, od czasu do czasu ktoś wychodzi na balkon i ogląda nas. Ale ogólnie to żywej duszy. Ruszamy dalej, w końcu trafiamy na drogę wśród łąk. I tu niestety niemiła niespodzianka. Droga była tylko do pewnego momentu, dalej rolnik znudzony jej monotonią zaorał ją. Ostatni znak szlaku już dawno minęliśmy, ogólny kierunek znam. Przedzieramy się dalej. Niestety rowy, ogrodzenia kierują nas w złym kierunku. Postanawiam z wielkim żalem porzucić pierwotną drogę. Mapa w GPS pokazuje że oszczędzimy czas zmieniając trasę. A szkoda bo miałem nadzieję na kolejny popas nad jeziorem. Teraz pójdziemy z drugiej strony pasma jezior. Z niej niestety nie ma do nich dostępu. Są to jeziora o długim rynnowym kształcie, pozostałości po cofającym się zlodowaceniu. Według mapy mamy jeszcze dwie godziny drogi. Korzystając ze strumienia i z brezentowego wiadra (nabytek w sklepie wędkarskim, rewelacja) poimy konie. Po wodę schodzę ja. Brzeg jest stromy i właściwie należy powiedzieć: zjeżdżam, cudem wyhamowując, bez wpadania do wody. Konie są już solidnie zmęczone, najgorszy jest upał. Idziemy prowadząc je, aby choć trochę wypoczęły. Nasz cel za kwadrans, dosiadamy i po „pańsku” wjeżdżamy do wsi. Ruch samochodowy, pieszy jest ogromny. Naszym celem jest „Soplicowo” w Cichowie. Wszyscy jadą i idą na pobliską plażę nad jeziorem, a potem odwiedzają miejsce kręcenia „Pana Tadeusza”. Przejeżdżamy bramę „Soplicowa”, wita nas kara klacz i nieodstępujący jej osioł. Wiecie jak ryczy osioł? Do tego momentu myślałem że wiem. Ale osioł wyczuwszy że klacz traci zainteresowanie dla niego, że nasze konie są bliższe jej sercu, postanowił działać. Rycząc! Startujący odrzutowiec robi mniej hałasu! Do nas zdążyli się już zbliżyć ludzie zainteresowani naszym przybyciem. Dzieci wołały: koniki! A koniki spłoszone, tańcząc pomiędzy gapiami, cudem nie dokonały masakry. Mielibyśmy swój ostatni zajazd na Soplicowie! Krzycząc na ludzi jakoś wymanewrowałem, rozejrzałem się i odnotowałem z ulgą brak strat wśród publiki. Osioł kontynuował ryk. Na szczęście syn gospodarza przybył z odsieczą i osła wyprosił. Nomen omen osioł nazywa się Roman. Spędziliśmy uroczy wieczór na rozmowach z naszymi gospodarzami. Raczyliśmy się jadłem z miejscowej kuchni. O napitkach nie wspomnę. Wieczorem kąpiel w uroczym jeziorze. Jeszcze zaglądam do naszych koni i idę spać. Rano czeka nas śniadanie, zastawiony stół ugina się pod jadłem wszelakim. Miałem wrażenie jakbyśmy przeniesieni zostali do czasów które opisywał Mickiewicz w „poemacie narodowym”. Muzyka z filmu, opowiadania o okolicy, kręceniu filmów i zwierzętach które wszędzie w Soplicowie mieszkają: orłach, bocianie, gęsiach krowie „Bukietce” co w „Bożej podszewce” grała. Mam wrażenie że zza węgła do ogródka wbiegnie Zosia. Marzenia, błogość, rozleniwienie. I wczesną godzinę wyjazdu „szlag trafił”, jakby powiedziała moja babcia. Pożegnania i ruszamy w dalszą drogę, która okaże się najdłuższym etapem.

Rześko, mimo dość późnego wyjazdu, w nocy padał deszcz. Mam złe przeczucia, do 50km etapu nie rusza się po 10. A ma to być etap najbardziej malowniczy, najdłuższy i wykańczający nas i konie. Wkraczamy w teren pagórkowaty, urocze drogi wijące się w pasach zieleni rozdzielającej pola. W XIX i na początku XX wieku, okoliczni właściciele ziemscy, a wśród nich Dezydery Chłapowski, którego imieniem nazwano trakt konny którym właśnie podążamy, wprowadzili nowoczesną gospodarkę rolną. Jedną z nowości były pasy zieleni, chroniące pola przed wysuszającymi wiatrami. Dziś dają nam schronienie przed skwarem. W niektórych miejscach, które obecnie przestały być drogami dojazdowymi do pól musimy się przedzierać przez gęstwinę gałęzi. Żartując można pomyśleć że jesteśmy odkrywcami, przedzieramy się przez australijski scrub, tylko że Gostyń jest parę kilometrów obok nas!
Dziś szlak nie jest dla nas łaskawy, omija wsie, a byłby czas na popas. Z mapy wynika że lekko skracając sobie drogę powinniśmy trafić do sklepu. Jedyna trudność to droga biegnąca pomiędzy gęstymi krzakami, na nasypie, którą co chwila przejeżdżają ciężarówki z pobliskiego kamieniołomu. Tego nasze konie nie zdzierżą. Szczęśliwie pora żniw otworzyła nam nowe drogi. Najpierw ścierniskiem, potem oranicą w ostrej skibie, stroma skarpa i … jesteśmy na czyimś podwórku! Szczęście nas nie opuszcza i po wytłumaczeniu się jesteśmy żegnani uśmiechem a nie widłami. Sklep otoczony jest betonowym płotem, lonżą zamykamy wyjście i konie mają spokojny popas. Niestety wody dla nich nie udaje się załatwić. Dwie godziny i ruszamy dalej. W lesie poimy konie w sporym stawie. Mój Busz postanawia nie cofać się, brzeg opada stromo i do tego jest solidnie mulisty. Nie miałem jeszcze nigdy okazji zobaczyć swojego konia w takim strachu. Też mam „duszę na ramieniu”. Uff, wszystko dobre co się dobrze kończy, jakoś wykaraskaliśmy się. Przed nami ponad połowa drogi. Moi towarzysze podróży nie do końca ufają moim zdolnością nawigacyjnym i pilnują znaków szlaku. Na horyzoncie elektrownia wiatrowa, później te wiatraki z lewej ręki, następnie okrążamy je wielkim półkolem ale są ciągle widoczne. Nie chcą jakoś zostać z tyłu. W końcu oznakowanie szlaku ginie i muszą zdać się na moją nawigację. Słońce już nas żegna, a my jeszcze daleko. Dzwonią do nas ze stajni czy się nie zgubiliśmy, oznakowanie cudownie wróciło, ale ja nie zważając na protesty towarzyszy, postanawiam zejść ze szlaku i oszczędzić dwa kilometry. Już od dobrych 3km idziemy prowadząc konie. Zmęczeni jesteśmy wszyscy. Jak przy każdym dłuższym prowadzeniu konia, konstatuje że sztyblety są idealne do jazdy lecz chodzenie w nich to mordęga. Zwłaszcza że spieszeni przebyliśmy już z dziesięć kilometrów. Idąc mówię do konia: jeszcze trochę, mały skok i będzie owies, boks i woda, nie wiem czy rozumie, lecz jego krok staje się żwawszy. Wreszcie widzę nasz cel, no może nie do końca, bo to jest dopiero początek wsi. Wzdłuż niej do celu 3km.... Chcąc dodać otuchy współtowarzyszom, z radością oznajmiam że jesteśmy tuż tuż. No takiej reakcji się nie spodziewałem! Przyznam że z perwersją zaplanowałem ten etap. Coś, co miało zapaść nam w pamięci. Ale taka niewdzięczność?
Docieramy do celu: Agroturystyka Bajka. Czekają zniecierpliwieni, spodziewali się nas trzy godziny wcześniej. No cóż, jak wyjeżdża się po 10, to i dojeżdża się po 10 tyle że w nocy. Nasi gospodarze mimo zmęczenia oczekiwaniem, przyjmują nas po królewsku. My mamy sutą kolację, rozmowy. Konie boksy, obrok siano i wodę. Jedyną niedogodnością jest to że dziś śpimy wszyscy w jednym pokoju. Moje zmęczenie wystarcza na cztery godziny. Później chrapanie Piotra przepędza mnie do łazienki. Tam układam się do snu na podłodze. Niestety, cały czas słyszę ryk osła...
Już ranek, dziś „lajcik” mamy przed sobą tylko 25km. Koledzy postanawiają pojechać po samochód który pozostał na starcie. Ja zostaję, robię przegląd sprzętu. Niestety jedna z sakw zaczyna się rozpadać, redukuję bagaż. Muszę z czegoś zrezygnować, zostawiam płaszcz i parę drobiazgów. Oglądam konie, żadnych obtarć, opojów, itd., są w ogólnie dobrej kondycji. Czekam. Mija godzina, druga, trzecia. Zaczynam snuć plany na wypadek gdyby przyjaciele mnie opuścili. Wezmę Busza a Radwan pójdzie jako juczny. Dotrę do celu, a niech ich licho. Wreszcie dzwoni telefon. Witek oznajmia że już nie będzie wątpił w moje umiejętności nawigacyjne, pokonał ich Gostyń – objechali go parę razy dookoła, a gdy już wyszli na prostą to pojechali za daleko.
Wyruszamy, serdecznie żegnając Ludwinowo i Agroturystykę Bajka!
Przejeżdżamy przez Pępowo, oglądając tutejszy pałac. Droga dziś mija nam szybko. Nawet wsie ze sklepami nas nie omijają. Wszystko wygląda lepiej. Ze spotkanego na drodze traktora wychyla się człowiek i zaprasza nas do siebie. Mówi że będziemy mile widziani, ucieszy się jego syn, który kocha konie. Czekają na nas, odpowiadam dziękując. Po drodze oglądamy pola cebuli, pomidorów i szparagów. Piotr nie może się nadziwić. On te warzywa kojarzy tylko ze sklepem! Ale dziś droga się już nie dłuży i wita nas tablica z nazwą miejscowości naszego dzisiejszego noclegu.

Konie dziś śpią z dala od nas. Co prawda wieś liczy 30 numerów, lecz jest niesamowita. Wszędzie kwiaty, czyściutko. Przed jedynym sklepem tablica z mapą szlaku konnego. Tym razem jest to Wielkopolska Podkowa. Z córką sołtysa Długołęki, u którego nocują konie jedziemy zobaczyć nowe kąpielisko, zalew zbudowany na rzeczce. Prowadzi samochód z ułańską fantazją. Odwiedzamy również most zbudowany na szlaku. Jutro mamy spotkać się na nim z reporterką. Jesteśmy pierwszymi konnymi którzy z niego skorzystają.
Wieczór spędzamy z właścicielami uroczego domku, naszego dzisiejszego noclegu. Pan domu okazuje się znawcą miejscowej historii. Opowiada o przeszłości Długołęki, która była wsią rybacką! Krótkie negocjacje i uzyskuję dla Piotra osobny pokój. Nareszcie się wyśpię!
Noc rozpoczyna się burzą, ranek cudownie się rozjaśnia. Reporterka już na nas czeka. Jest z nią kamerzysta. Staram się dosiąść leciutko z wdziękiem, kamera w ruchu! Niestety złażące paznokcie u lewej stopy starają się mi w tym przeszkodzić. Żegnamy się z połową wsi dla której jesteśmy prawdziwą atrakcją, a na pewno tą atrakcją jest kamera. Trochę czekamy przed mostkiem, tak aby dojechał reporterski samochód. Tu parokrotnie leziemy w tą i z powrotem przez mostek. Konie pozują jak modele na pokazie mody. Z nami trochę jest już gorzej, jesteśmy z lekka sfatygowani, a ja w czasie wywiadu plotę coś trzy po trzy. W międzyczasie dociera jeszcze fotograf, wędrujemy przez mostek jeszcze raz. Wreszcie wolni, nie musimy zachęcać koni do galopu. Ruszamy przez łąkę. To już ostatni dzień naszej wędrówki. Pierwsze kilometry okazują się horrorem dla nas i wierzchowców. Dopadają nas nieprzeliczone chmury ślepaków, bąków, czy też much końskich, jak je zwał tak zwał, a gryzą jak zaraza. Plecy poprzedzającego mnie są czarne od much. Ja starając się ulżyć mojemu rumakowi, oganiam go gałęzią. Na szyi zabijam stada much. Z siwka robi się koń o maści różowej, to krew z zabitych owadów. Brr, coś okropnego. Towarzystwo znowu mnie obwinia, ja staram się ich z lekka temperować. Spocony koń wabi to paskudztwo mocniej, lepiej mimo wszystko iść stępa. Uff w końcu wyszliśmy z zasięgu tej plagi. Ja natomiast pomału zaczynam żałować pozostawionego płaszcza. Taki atak owadów znamionuje nadejście deszczu. Na razie jeszcze jest słonecznie, ale te muchy? Pech dalej nas prześladuje, kłusujemy piękną drogą wśród pastwisk i pól, droga kończy się w wielkim polu pomidorów. Na nieszczęście mapowy szlak nie zgadza się z oznakowaniem w terenie, po prostu w międzyczasie został zmieniony jego przebieg. Po zasięgnięciu języka w pobliskiej wsi idziemy przez łąkę, mamy szczęście, znaki pojawiają się znowu.
Ktoś spyta się jaki problem, azymut jest znany. Problemem są odnowione rowy melioracyjne. Tu na południu Wielkopolski są one dwumetrowej szerokości, strome zbocza tak ze dwa metry w dół. Nie do przebycia. Wzdłuż takiego rowu idzie się bez nadziei na mostek. W końcu traci się czas i energię. Zły wybór to godziny które są cenne. Albo urwiemy je z wypoczynku koni, czego w żadnym wypadku nie chcę robić, albo dojedziemy o nieprzyzwoitej porze.
Wsie przez które wędrujemy są coraz bardziej malownicze i coraz bardziej senne. Gdy wkraczamy do nich pierwszą oznaką życia jest ruch firanek w oknach, następnie na drogę wybiegają dzieci i psy. W końcu wychodzą dorośli. W Janowie zatrzymujemy się, pytam czy dostaniemy wodę dla koni. W międzyczasie młodzież płci obojga wypytuje się o konie. Okazuje się że niewielu z nich widziało żywego konia, jesteśmy w ich oczach atrakcją sezonu, o czym mówią nam wprost. Sadzamy wszystkich chętnych w siodła, powstają zdjęcia które powędrują na NK. Chłopcy, co nas wcale nie dziwi, głaszczą konie zza płotu. Znowu musimy się pożegnać, wędrujemy dalej. Po drodze jeszcze jedno zdarzenie które utwierdza mnie w świadomości że mimo iż jedziemy szlakiem konnym, to tak naprawdę nasze ślady są tu od dawna pierwszymi i przez długi czas będą jedynymi. Mały chłopiec, mający może z trzy latka, stał przy drodze, rodzice pracowali na polu. W miarę naszego zbliżania, jego oczy robiły się coraz większe. W końcu z wrażenia nie wytrzymał i jego spodenki zrobiły się mokre. Gdybyśmy jechali humvee czy quadem nie zrobilibyśmy na nim żadnego wrażenia. Zwłaszcza że na pole przyjechał z rodzicami całkiem nowym BMW. Taki jest dzisiejszy świat!
Dojeżdżamy pomału do celu, oznakowanie szlaku zmienia się na regularne drogowskazy. A pogoda zmienia się na burzową, w końcu deszcz leje tak że nie mam już nic suchego na sobie. Okazuje się że nawet w tym deszczu końskie muchy operują jak myśliwce w operacji pustynna burza. Jak one nawigują w tym deszczu? Ale wchodzimy do Golejewa, a za nim aleja Zasłużonych Koni stadniny w Golejewku. I powiem, aby trafić na tą aleję, to bez konia trudno. Z jednej strony „zarośnięta” zabudowaniami wsi, która wdziera się w „pałacową infrastrukturę”, z drugiej oddzielona solidną bramą do pałacowego parku. W strumieniach deszczu, który na szczęście maskuje moje wzruszenie, czytam imiona koni zasłużonych dla golejewskiej hodowli. Czy może kryją one też pochówki tych koni? Za aleją utrapienie dróg polnych, leśnych a tu okazuje się że i pałacowych. Ktoś naprawił drogę gruzem! A niech go... I to właściwie na terenie stadniny. No miejscowe konie na pastwiska to chodzą sobie inną drogą, lecz my jeszcze parę razy nią przejdziemy.
Na miejscu wreszcie poznaję właścicielkę przeuroczego śmiechu: panią Zuzę. Namęczyłem ją swoimi telefonami, teraz ją serdecznie pozdrawiam! Wyrasta jak spod ziemi. Na nasze konie czekają olbrzymie boksy i mięciuteńkie siano. My śpimy na górce stajni. Cel osiągnięty.
Następny dzień spędzimy na zwiedzaniu największej jaką widziałem do tej pory powozowni. W niej zresztą spotykamy wójta gminy Pakosław który zwraca nam uwagę na miejscowe specjały, a między innymi kiszone szparagi. Polecam, spróbujcie! Ja zgodnie z sugestią oprowadzającej nas pani Zuzy, wsiadam na kozioł powozu, aby zrobić zdjęcie grupie towarzyszącej panu Wójtowi. Przymierzam się i … powóz rusza, wprost na tych ludzi! Gdzie jest ten hamulec? Na szczęście, udaje mi się nikogo nie przejechać! Następnym celem jest średniowieczna baszta w której znajduje się sala trofeów. Bo SK Golejewko folblutami stoi. A te ścigają się Służewcu i w wielkim świecie też.
Po jednodniowym wypoczynku wybierzemy się jeszcze na objazd okolicy. Strumyk który w dniu naszego przybycia zakrywał koniom pęciny, dziś sięga im po brzuchy. Jedziemy nad Orlę, kiedyś niedaleko przebiegała granica polsko – niemiecka. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie przed pałacem.
Konie do domu wracają autobusem, my samochodami. Nie mogę wyjść z podziwu jak te szare otoczenie zza szyb samochodu, jeszcze tak niedawno wywoływało u mnie zauroczenie. Tu przecież nie ma nic ciekawego! Skąd ta dychotomia wrażeń? (To taki uraz mózgu, leczony, lecz bez powodzenia :).
Nie wiecie? Domyślacie się? Bo koń to nie tylko galop i umykający krajobraz, to przede wszystkim powolne przemieszczanie się, właściwie bezdrożami. To czas na „skonsumowanie” krajobrazu, to czas na kontakt z mijanymi ludźmi. Koń to magiczny atrybut który nastawia ludzi do jeźdźców przyjaźnie, rozwiązuje im języki. To wreszcie nadzieja miejscowych na rozbudzenie na tych terenach turystyki. Bo ta ziemia zyskuje tylko w takiej podróży, tylko wtedy można zobaczyć miejscowości które leżą z dala od nawet nie głównych dróg, ale tych gminnych.
Możecie się spytać co kierowało mną, aby wybrać taką trasę. Po pierwsze chciałem wreszcie uciec od komercji, korzystałem już z niej wystarczająco. Po drugie kierował mną taki lokalny patriotyzm, bo w czasie dalekich wojaży w głowie kołatały mi słowa Makuszyńskiego włożone w usta (pysk?) Koziołka Matołka: „szukał daleko tego co jest bardzo blisko”. A wreszcie dlatego że mając własne konie, korzystałem zawsze z cudzych.
Żałuję tylko że mogliśmy poświęcić na cały nasz wypad tylko parę dni, ale pracować trzeba. Również na owies.
Dlaczego postanowiłem opisać tą naszą mikro wyprawę? Bo ludzie szanują tylko jakieś ekstrema: konno z Paryża do Moskwy, czy coś tam podobnego. Nie liczą się drobne, ale przecież osiągnięcia. W tym wypadku było to wysiłek moich koni. Busz który do tej pory już w drugiej godzinie moich przejażdżek optował za drogą powrotną, był lekko zdziwiony. Ze swoim towarzyszem Radkiem zżyli się przez te cztery dni poniewierki tak że ten zapomniał o klaczy którą zostawiliśmy w domu i po powrocie iskał się już tylko z nim. Przed wyjazdem raczej nie byli przyjaciółmi.

Bardzo istotnym powodem powstania tego tekstu to chęć podziękowania wszystkim przyjmującym nas na trasie naszego szlaku: Stadninie w Witkówkach, Skansenie Soplicowo w Cichowie, Agroturystyce Bajka w Ludwinowie, Agroturystyce w Długołęce i Stadninie Koni Golejewko. Wreszcie podziękowania należą się Stowarzyszeniu Wielkopolska Gościnna, bo to ono oznakowało szlaki i wydało mapy.
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    CZEJEN2011 2011-10-07 13:02:44

    BARDZO CIEKAWA LEKTURA - FAJNIE SIĘ CZYTA

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama