W sumie nie wiem jaki dać tu tytuł, ale nie to jest teraz ważne, ale sam fakt, że chce się z wami podzielić taką historyjką...i nie będzie to teoria książkowa na 5000 słów, tylko zwykłe streszczenie rozmowy z przeszło 80 - letnią kobietą o ukochanym koniu jej ojca. Kiedy przyjechała do mnie od razu zachwyciła się widokiem z kuchennego okna, a mianowicie padoku i pasących się tam koni.
Zaczęła wspominać jak to ojculo hodował piękną zdrową kobyłę, którą karmił nawet ostatkami sił i pielęgnował. Gdy nastały czasy II wojny światowej, Niemcy wybierali konie które były zdrowe i silne, aby przysłużyły się na froncie. Niestety i ta kobyłka została naznaczona paleniem "H"(tu starsza pani dokładnie nie pamiętała czy to akurat ta litera) i wraz z tabunem bydła itd ruszyła do pracy. Po jakimś czasie powróciła. Wycięczona, przygłodzona i smutna. A gospodarz dalej za wszelką cenę starał się doprowadzić ją do porządku.
Wyszło tak, że jej Pan po jakimś czasie zmarł i los kobyłki został niestety przesądzony. Matka mojej rozmówczyni była zmuszona zaprowadzić ją za parę groszy do ubojni...kobieta powiedziała mi na koniec, że odchodząc płakała nad losem tego konika. Może nie jest to sensacją, ale bardzo mnie poruszyło.
Komentarze