Zaczęło się od egzaminu na brązową odznakę jeździecką. Po osiągnięciu odznaki wydzierżawiłam około 10-letniego, kasztanowatego wałacha - Diablo. Moje umiejętności jeździeckie były na poziomie skoków i pierwszych startów w takich zawodach, lecz nie interesowałam się ujeżdżeniem. Diablo to koń-profesor, zaawansowany ujeżdżeniowiec, a także niezły WKKW-ista. Można było go prowadzić na samym kantarze, a i tak szedł bardzo spokojnie. Pierwsze jazdy na nim były dość trudne, lecz powoli się do siebie przyzwyczajaliśmy. Zimą na hali pierwszy raz na nim skakałam. Na wiosnę, gdy się ociepliło i wyszło słońce, pojechaliśmy na cross. To właśnie na Diable pierwszy raz skakałam przeszkody terenowe. Byłam przeszczęśliwa. Czasem pojawiały się problemy z zagalopowaniem, zwyczajnie mu się nie chciało. Mimo to go uwielbiałam. Jakiś czas później zachorował. Bardzo kaszlał i przestałam wsiadać z siodłem. Czasem jeździłam na oklep, a czasem wsiadałam tylko na przejażdżkę, aby Rudy mógł sobie poskubać trawy, a czasami luzem go puszczałam, żeby sobie pochodził. Było to dość trudne, bardzo chciałam jeździć i skakać, ale też martwiłam się o zdrowie Diablo. Nie polepszało się, kaszel narastał i Rudy dostawał zastrzyki, które też niewiele pomagały. Okazało się, że ma zapalenie oskrzeli. O jeździe nie było mowy. Po jakimś czasie nie miała sensu dalsza dzierżawa i trzymanie Rudego w ośrodku sportowym. Wyjechał do miejsca, gdzie cały dzień może biegać, skubać trawę i robić co chce. Teraz gdy o nim myślę, wiem, że był moim najlepszym nauczycielem i zawdzięczam mu wszystko, czego się wtedy nauczyłam.
Komentarze