Koniara randkuje
Dziś zajmiemy się tematem randkowania. Chłopak jeżdżący konno to najczęściej zbytek łaski, bo przecież wiadomo, że w stajniach mamy nadreprezentację kobiet. Liczba „rodzynków” płci odmiennej, jakich spotykamy w naszym klubie jeździeckim zależy zazwyczaj od jego specjalizacji. Schemat ten jest bardzo prosty. Największe szanse (bez względu na profil działalności) mamy na to, by umówić się z kowalem lub stajennym, ewentualnie kierowcą koniowozu, który świadczy nam usługi transportowe. Jeśli stoimy w stajni skokowej, jesteśmy w najbardziej uprzywilejowanej sytuacji, ponieważ zawodników skokowych jest stosunkowo dużo. Narażone jesteśmy co prawda na konieczność pokonania olbrzymiej konkurencji, złożonej z fanek i luzaczek. W końcu taki zawodnik, o przepraszam ZAWODNIK to nie byle kto, skacze na fajnych koniach i jest taki sławny, bo napisali o nim w gazecie. Właściwie to nawet nie był artykuł, a zestawienie wyników z zawodów regionalnych, ale nie czepiajmy się szczegółów. Jeśli w naszej stajni króluje np. ujeżdżenie, statystycznie rzecz ujmując większe szanse na randkę z naszym wybrankiem może mieć nasz kolega, brat, albo ewentualnie fryzjer... Tak czy inaczej jest duża szansa, że musimy poszukać sobie księcia z bajki poza końską branżą. Omińmy może etap samych poszukiwań, co – biorąc pod uwagę, że na życie towarzyskie koniara ma mało czasu, bywa trudne. Powiedzmy, że pojawił się już ten jedyny, rycerz na białym koniu (koń rzecz jasna pojawił się jako zestaw do rycerza w naszej głowie. Takie naturalne, podprogowe skojarzenie. Właściwie to koń nie musi koniecznie być biały). Mamy godzinę piętnastą. Koniara, nazwijmy ją na nasze potrzeby Anią, stępuje po hali na swoim koniu. Obok niej stępuje koleżanka. Mamy więc idealną ilustrację dla koniarskiego „social life”. Bardziej zaawansowaną formą, wyrabiającą podzielność uwagi, jest dodatkowo stępowanie z telefonem w ręku i jednoczesna komunikacja za pomocą facebooka. Czasem nawet z owym, wspomnianym wcześniej rycerzem („Tak, właśnie o Tobie myślę, nie, skąd, nie przeszkadzasz…”). Ania zaczyna trening. Jak na złość akurat dziś koń ma zły dzień (już w boksie wyglądał, jakby właśnie rzucił jeździectwo i z miną obrażonej lamy patrzył w okno). W związku z tym Ania dostaje porządny wycisk od swojej trenerki, której delikatność i kobiecość przeminęła z wiatrem jakoś w okolicach lat osiemdziesiątych. O 16 Ania zsiada z konia. Włos rozwiany, obtarty tyłek, na twarzy rozmazany smark, dwa złamane paznokcie. Norma. Do randki pozostały jeszcze 2 godziny. Spokojnie i bez nerwów można posprzątać kupę z hali, zanieść do siodlarni cały sprzęt pachnący końskim potem, a następnie wyjść z siodlarni upodobnionym zapachowo do rzeczy uprzednio zaniesionych. Podczas podróży do domu kręta droga prowadzi Anię do Mc Donalds, gdzie uzupełnia poziom glukozy i energii po ciężkim dniu w stajni. Zjada cheeseburgerka, jednego, drugiego, ewentualnie pięć. Dochodzimy do kluczowego momentu. Bez udziału czarnego kota, szklanej kuli czy też czarodziejskiej różdżki, człowieka-bryczes zmienia się w normalną kobietę. Godzinę później dom opuszcza osoba, której nie poznaje w progu własna matka. Nie ma błota, końskiej śliny, słomy w butach. Ania znów zawstydziła Transformersów.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Fajnie napisane :). Jest nas mało to fakt ale istniejemy ;). Mnie nie przeraża zapach końskiego potu ani złamany paznokieć :))))
Fajnie napisane :). Jest nas mało to fakt ale istniejemy ;). Mnie nie przeraża zapach końskiego potu ani złamany paznokieć :))))
Hahah fajne :D
Uśmiałam się :)