"Pierwszy był Niasque - nieduży koń rasy camargue, prezent ślubny moich rodziców.
Rodzice rozstali się, gdy miałem osiem lat, ale wierny Niasque był stale przy mnie. Niezwykle łagodny i cierpliwy dla mnie i mojego starszego brata, miał do nas olbrzymie zaufanie. Wcześniej obawiałem się koni, ale to dzięki Niasque nauczyłem się jeździć konno - i to już gdy miałem sześć lat. Wyrosłem wśród koniarzy: mój brat startował w konkursach hippicznych, ojciec był kowalem, mama wielką entuzjastką koni. Zapisała mnie do szkółki jeździeckiej, ale nie chciałem jeździć na kucach czy na dużych koniach, tak zwyczajnie jak mój starszy o dwa lata brat Julien. To mnie w ogóle nie interesowało - w grę wchodziła tylko woltyżerka. Pewien jeździec dał mi garść rad i specjalne siodło do woltyżerki, na którym próbowałem od nowa robić to, czego wcześniej nauczyłem się na Niasque.
Czerpałem też z książki, którą podarowała mi matka chrzestna i która na długo stała się moją tajemną biblią - to był bardzo stary amerykański podręcznik z mnóstwem fotografii, na których jeźdźcy wyczyniali efektowne popisy. Miałem osiem lat, gdy zacząłem naśladować pierwsze figury z tej książki i dawać pierwsze popisy.
Najpierw przed mamą i przed gośćmi naszego pensjonatu. Kiedyś nasi letnicy, Włosi, zawołali na mnie Lorenzo i tak już zostało; od 12. roku życia jestem Lorenzo.
Występowałem potem podczas festynów w moim miasteczku Saintes-Maries-de-la-Mer i co roku przygotowywałem nowe numery. Miałem 15 lat, gdy zacząłem skakać przez przeszkody, stojąc na grzbietach koni. Pierwszego naprawdę własnego konia, Tarzana, kupiłem jako nastolatek właśnie za pieniądze zarobione na pokazach. Lokalne fety mają u nas długą tradycję, są niezwykle widowiskowe. Mama zabierała mnie, kilkulatka, na wielką arenę, gdzie na przykład w każdy trzeci poniedziałek czerwca mieszkańcy wyprowadzają swoje konie, przebierają się, dają pokazy umiejętności, kibicują walkom byków. Na dzieciaku robiło to wielkie wrażenie, do dziś pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły.
Saintes-Maries-de-la-Mer leży w Camargue, który jest wciąż dzikim regionem w delcie Rodanu na wybrzeżu Morza Śródziemnego, z wielkimi otwartymi przestrzeniami, jeziorami, bagnami, bezkresnymi plażami o drobnym piasku. Ta kraina ukształtowała mnie nie mniej niż moja mama.
I jeszcze Germain, doświadczony woltyżer, mój mentor i przyjaciel; przez kilka lat byliśmy nierozłączni. Germain i mama, która stale zachęcała do przekraczania granic, byli moimi najważniejszymi przewodnikami.
Dać święty spokój
To, co dziś robię, to już nie tylko biznes, lecz także sposób życia. Żeby dojść do tego, co mi się udało, potrzeba całego życiowego doświadczenia, żelaznej dyscypliny i absolutnej, bezwarunkowej miłości do koni.
Nie mam żadnej metody, żadnego precyzyjnego planu. Wszystko, co robię z końmi, dzieje się dość instynktownie. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: po prostu mam wrażenie, że sam zamieniam się w dominującego konia, w przewodnika stada. To, jak się porozumiewamy to rodzaj osmozy, przenikania nawzajem swoich intencji.
Książki do tego nie wystarczą, trzeba wielu lat obcowania ze zwierzętami. Z czasem, gdy pojąłem, jak bardzo złożona jest ich psychika, łatwiej mi osiągać rezultaty.
Zaczynam treningi z trzyletnimi końmi, układam je przez dwa-cztery lata. Na początku, gdy nie miałem żadnego zaplecza, ćwiczyliśmy tylko na otwartych przestrzeniach, teraz, odkąd kupiłem starą wiejską farmę, trenujemy również na ujeżdżalni.
Najtrudniejsza jest dla mnie systematyczność; treningi muszą być bardzo regularne, a ja lubię robić jeszcze mnóstwo innych rzeczy: majsterkować, zajmować się obróbką metalu, przygotowywać padoki... Pracuję jednak z końmi codziennie, na ogół układam je bez wodzy, bez ogłowia i siodła, na zupełnej swobodzie.
Trzeba wciąż znajdować dla nich nowe zadania, tak aby porzucały stare nawyki i zachowały swoją spontaniczność. Pat Parelli, Monty Roberts, Robert Miller i inni spece od metod naturalnych nie są dla mnie wzorami; jeśli już, to raczej Jean-Francois Pignon.
Technika jest nie mniej ważna od bliskiej relacji ze zwierzętami, ale jest to zupełnie inny kontakt niż na przykład przyjaźń z psem. Pies to predator, drapieżnik, lubi zdobywać, bawić się, szuka wyzwań. Z koniem jest zupełnie inaczej: on w naturze bywa ofiarą, więc najbardziej zależy mu na bezpieczeństwie i świętym spokoju. W tym tkwi cały sekret pracy z koniem. Żeby coś od niego uzyskać, muszę najpierw postawić go w niekomfortowej sytuacji, potem zadać mu zadanie i jeśli się wywiąże, dać mu w zamian spokój, który ceni najbardziej na świecie. Zależy mi, żeby moje konie czuły się szczęśliwe, więc próbuję im stworzyć warunki jak najbardziej zbliżone do naturalnych, staram się, żeby jak najwięcej przebywały w stadzie na dużych przestrzeniach.
Prowadzę moje konie, ale i sam uczę się od nich: każde spotkanie z nimi to nowa przygoda i wyzwanie. Lubię podglądać ich zachowania, to, jak reagują. Mam wrażenie, że objaśniają mi świat.
Przed królami i sułtanami
30 krajów, miliony widzów, uznanie Elżbiety II, przed którą występowałem, pokazy przed królem Maroka Mohammedem VI, w Malezji przed sułtanem Mizanem Abidianem, przed władcami Omanu, Kataru, Jordanii...
Zaczęło się od tego, że pewien niemiecki turysta, który bawił na wakacjach w moim Saintes-Maries-de-la-Mer, nakręcił moje pokazy i wysłał je organizatorom Equitana, wielkich światowych zawodów i targów w Essen. Miałem 18 lat, gdy tam wystąpiłem, i tak zaczęło się światowe tournée.
Nigdy nie sądziłem, że publiczne występy staną się moim zawodem. Konie traktowałem jako wielką pasję, ale myślałem o jakimś konkretnym fachu, zwłaszcza że byłem dość zdolnym uczniakiem. Okazało się jednak, że spektakle dają mi tyle frajdy i odnoszą takie sukcesy, że porzuciłem myśl o studiach.
Życie artysty nie jest łatwe: być coraz lepszym i lepszym przed publicznością, wdrażać nowe konie, trzymać poziom występów, znajdować kontrakty. Zdarzały się chude lata, bo po roku obfitym w dobre zamówienia zwykle następuje rok spokojniejszy. Organizatorzy nie zamawiają tych samych artystów regularnie, a konie, niestety, regularnie jedzą. Nawet gdy nie ma kontraktów na widoku.
Trzeba więc odwagi i motywacji do stałych treningów, a to nie byłoby możliwe bez pasji. Nic bym bez niej nie zdziałał. Zawsze wierzyłem w siebie i w moje konie. Nigdy nie miałem momentów zwątpienia; nie przydarzyły mi się też poważne wypadki, poza kilkoma problemami ze stawami, o których wolę nie wspominać. Niech Bóg ma mnie w opiece..."
Komentarze