Mój kochany " łosiu " czyli wałach huculski Rekin przez wszystkich nazywany Witkiem ( bo jak to, kucyk rekinem ?! ) nie cieszył się zbyt dobrą opinią wśród początkujących. Chyba, że chodzi o tych, którzy jeździli na nim tylko na lonży. Krążyły o nim przedziwne opowieści m.in. że w terenie zostawia jeźdźców na gałęziach, bo chce wracać do stajni, a poza tym miał dopiero 3 lata.
Na pierwszej jeździe w stajni w Kurowie dostałam akurat jego. Wtedy jeszcze nie znałam tych pogłosek. Od początku wydał mi się taki spokojny, powolny, typowy "kucyś". Z pyska zwisały mu źdźbła siana, w dodatku wyglądał ... jak krowa sąsiada. Jego prawdziwy charakterek ujawnił się dopiero na maneżu. Ledwo wsiadłam Witkowski rzucił mi podejrzliwe spojrzenie. Dałam mu delikatny sygnał do ruszenia. Stał dalej. Powtórka. Dalej nic. zdenerwowałam się, a instruktorka widząc, że stoimy w miejscu krzyknęła : " Witek !!! " i koń ruszył. I się zaczęło. Do niej to miał ( resztą ma nadal ) respekcik.
Testował mnie ile się da, a ja nie umiałam sobie z nim poradzić. Raz wylądowałam w krzakach, raz prawie w strumyczku. Chłopak robił, co chciał. Wylądowałam na lonży. Parę ćwiczeń gimnastycznych, kłus i nie ten koń ! Posłuszny, nie kombinował, szedł od razu. Zostaliśmy ponownie "spuszczeni ze smyczy" i powtórka z rozgrywki. Wituś robił, co chciał. Jazda się skończyła, wróciłam do stajni niezadowolona ze swoich tragicznych wyczynów, ale obiecałam sobie w duchu, że na tym koniu będę jeździć najwięcej. I tak się stało.
Zaczełam jeździć regularniej, najczęściej właśnie na hucułku. Kombinował, wywoził dalej, ale już potrafiłam nad nim częściowo zapanować. z dnia na dzień było lepiej. Kiedy oświadczono mi, ze mam jechać na Witku w teren, myślałam że zemdleję - średnio nad nim panuję na maneżu, a co dopiero teren, skoro on takie rzeczy tam wyczyniał ! Ale nie było tak źle, spłoszył się, wylądowałam w trawie, uciekł w las.
Od wakacji 2009 dogadujemy się już ok. W tym roku zaczęliśmy wspólnie skakać, także koń uczył się ode mnie, ja od niego. Znalazłam "swojego" konia, sprytnego kombinatora, ale chyba właśnie za to go kocham ; że czasami wpadniemy do rowu, pomylimy cały parkur, odstawimy dziki galop z brykaniem w terenie, posiłujemy się na pastwisku. Dziś nie zamieniłabym "łosia" na sto karych fryzów. Witku, jesteś pro
Komentarze