Był poniedziałek, 22 października. Od tego właśnie dnia miałam rozpocząć jazdy na ledwo zajeżdżonej klaczy o jakże uroczym imieniu - Odyse(j)a. Pierwsza jazda była dla mnie tragedią - byłam nieco przestraszona, spięta gdyż pierwszy raz do czynienia miałam z koniem, który praktycznie nic nie umie; w dodatku przy siodłaniu ciągle kręciła się wkoło, a na padoku jadąc w prawo, uciekała do środka. Zwątpiłam. Bałam się, że nie podołam zadaniu.
Po trzech tygodniach współpracy, widać pierwsze efekty - prawidłowo wyjeżdża narożniki, wolty są bez zarzutu, w miarę podstawia zad, wyciąga chód...Teraz czekam tylko na dobrą pogodę, by móc galopować. Jest "moja". Uwielbiam moment, gdy wchodzę do boksu, a ona słodkim wzrokiem patrzy, czy nie mam jakiejś smakowitej marchewki w kieszeni. Lubię też po prostu przytulić się do niej..daje mi to wiele radości. Takiej klaczy jak ona, nigdy nie widziałam. Ma koszmarną przeszłość, w jej oczach widać lekki smutek, ciężko będzie zdobyć mi jej zaufanie...Jedyne czego teraz potrzebujemy, to cierpliwość. Zostaje mi mieć nadzieję, że Bóg nie będzie chciał mi jej odebrać.
Komentarze