Od zawsze się wbija młodym jeźdźcom do głowy, że "odpuszczanie jest złe". Sama zawsze wychodziłam z takiego założenia, dopóki nie przekonałam się, że takie odpuszczanie może być swoistego rodzaju delikatną manipulacją zachowania konia, który się znarowił. I nie mówię tu o narowach stajennych, tylko mam zamiar skupić się teraz na tych poważniejszych, bo bywających niebezpiecznymi, zarówno dla jeźdźca i wierzchowca. Co najśmieszniejsze, postaram się udowodnić, że wcale nie trzeba sobie komplikować życia przy takiej pracy z "trudnymi końmi". Będę opisywać tę metodę kolejnymi etapami. Zacznijmy jednak od początku. Najważniejsze to zadać sobie pytania, dzięki którym będzie można dowiedzieć się, dlaczego właśnie koń zachowuje się tak, albo inaczej? Pamiętajmy o tym, że koń to zwierzę - do każdego powinno podchodzić się indywidualnie, dokładnie poznając przyczynę konkretnego zachowania. Bo przecież chęć pozbycia się jeźdźca z grzbietu nie bierze się z powietrza, prawda? Pierwszym etapem pracy z koniem jest poznanie zachowania konia w konkretnych przypadkach. Dla bezpieczeństwa, dobrze jest konia uprzednio "zmęczyć" paroma kółkami stępa i kłusa na lonży, tym samym przyglądając się zachowaniu wierzchowca i reakcjom na konkretne pomoce - jeżeli nerwowo reaguje na bat czy podniesiony głos, musimy z tym uważać. Drugim etapem, chyba najbardziej niebezpiecznym, jest wskoczenie na grzbiet wierzchowca i przekonanie się na własnej skórze, co może być nie tak. Oczywiście wszystko robimy powoli i ostrożnie, w końcu nie chodzi o to, aby połamać siebie, czy zniechęcić konia. Teraz część najważniejsza, czyli rozpoczęcie "odpuszczania". Ja zaczęłam tę metodę stosować dopiero na kolejnym treningu, bo przecież nie chodzi o to, żeby konia czegokolwiek oduczyć, a - wręcz przeciwnie. Cała filozofia tej metody polega więc na tym, że robimy wszystko tak jak na poprzednim treningu, nie poruszając jednak czułej strefy konia, w której ostatnio czuł się niepewnie. Dlatego, jeżeli koń, przypuszczalnie, oddaje z zadu z każdym kolejnym muśnięciem bata, na trening "odpuszczany" darujemy sobie używanie tej pomocy i ćwiczymy reakcję na łydki, wprowadzając coraz to nowsze ćwiczenia typu zmniejszonego slalomu, czy nawet kręcenia volt, zaczynając od tych większych, na całkiem małych kończąc. Jeżeli koń ma problem z konkretnym chodem, ćwiczymy z nim podstawowe figury ujeżdżeniowe w chodach, z którymi nie ma większego problemu. Generalnie zasada jest prosta: nie chodzi o to, by wysiedzieć bryknięcie, ale żeby mu zapobiegać. Jaki to ma sens? - zapytacie. Ano taki, że koń powoli przekonuje się, że praca z człowiekiem wcale nie musi być męcząca czy nużąca, albo niebezpieczna. W ten sposób przekonujemy zwierzę o tym, że człapanie pod siodłem może być znacznie ciekawsze niż stanie w boksie i spoglądanie przez okno na dziedziniec stajni, O ILE, oczywiście, koń ma taką możliwość. A magia całej tej dyskretnej manipulacji polega na tym, że dajemy koniowi swoistego rodzaju poczucie bezpieczeństwa i pewności tego, że nie będziemy od niego wymagać "za dużo", podczas gdy my, podstępne humanoidy, tak naprawdę czerpiemy niemą satysfakcję z tego, że udaje nam się cokolwiek z danym koniem zrobić, ukradkiem wprowadzając coraz to trudniejsze elementy jazdy w sposób dyskretny i na tyle delikatny, by taki koń nie zauważył, ani nie poczuł, wzrastającego poziomu jego pracy z siodłem.
podoba mi się zwrot "podstępne humanoidy" ;)
Woooow :)))W jakiej stajni jesteś trenerem? Można się do Ciebie zapisać na trening?