Reklama

Misia - zdecydowanie koń mojego życia.

Jest mała, uparta, wredna i zadziorna. Zawsze swoim wyglądem i nastawieniem chce przestraszyć człowieka. Jeśli ktoś jej nie zna, może się nieźle wystraszyć. W tych wszystkich wadach da się zauważyć w niej szczyptę łagodności, dobroduszności i posłuszeństwa. Nie jeden hodowca dawał mi za nią wysokie sumy, aby tylko ją mieć u siebie, bo jest nadzwyczaj urocza, ale ja od razu mówiłam, że dla nas wszystkich jest ona bezcenna.

Gdy wreszcie po długich rozmowach doszliśmy do wniosku, że konie są dla mnie bardzo ważne i na pewno nie znudzą mi się po miesiącu jak większość rzeczy, co było już potwierdzone moim codziennym chodzeniem do Hery(zimnokrwistej klaczy), usłyszałam "to poszukajmy jakiś ogłoszeń". Objechaliśmy chyba pół Polski żeby znaleźć odpowiedniego zwierzaka, ale zawsze coś było nie tak. Po kilku tygodniach poszukiwania zdruzgotana tym, że żaden koń nie będzie pasował mi, babci a jednocześnie dziadkowi, zaczęłam rezygnować z planów. Pamiętam było południe 29 stycznia 2005 r. dziadek kupił .Oferte" i zaczął przeglądać ogłoszenia. Zdziwił się strasznie jednym ogłoszeniem, bo w sumie za dużo nie słyszeliśmy o małych koniach, zadzwonił i umówił się na spotkanie. Zaraz po tym ruszyliśmy w drogę, razem z Panem Maciejem. Gdy dojechaliśmy ściemniało się, wyszedł do nas starszy Pan podparty laską i miłym głosem nas powitał. Od razu ucieszył się, że jego Myszka trafi do mnie. Za podwórzem stała drewniana szopka ogrodzona płotkiem, gdy starszy Pan się tylko odezwał, słychać było miłe rżenie konia. Weszłam do stajni, a w niej zobaczyłam niesforną 2,5 letnią klaczkę. Pamiętam to jak dziś, to jej spojrzenie pełne radości, ten miły pyszczek, a przede wszystkim to jak zasadziła kopniaka Panu Maciejowi, bo chciał jej unieść nogę. Dwa dni później Misia była już u mnie, byłam tak szczęśliwa jak nigdy. Po pół roku zaczęłyśmy pracować na oklep, a w późniejszym czasie w siodle. Pamiętam nasz pierwszy teren jak grzecznie i odważnie szła do przodu. Razem wyjeździłyśmy mase godzin, wiele razy złościłyśmy się na siebie, czasem widać było jak ma mnie dość, a czasem jak mocno się stara. Misia zawsze pocieszała mnie jak zapłakana wchodziłam do stajni, tak śmiesznie wtedy chciała, abym się nią zainteresowała. Dobrze pamiętam te nasze samotne tereny, jej zawziętość w stosunku do innych członków stada. Jest dla mnie wyjątkowa, bywa okropna i złośliwa, ale ją kocham, czasem mam wrażenie, że jesteśmy identyczne, może to fakt, bo często tak słysze od mojej mamy ;)
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama