Jeżdżę z przerwami rok i dopiero raz zdarzył mi się upadek. Gdy zaczynałam jazdę konną, miałam świadomość, że mogę spaść z konia, bo czasem się takie rzeczy dzieją. Jednak ten nie był z mojej winy. Był gorący letni dzień, a obozy jeździeckie w pełni. Udało mi się wcisnąć z Tatą na 1 h między zajęciami po południu. Dostaliśmy Vegasa (Tata) a ja Lolka, z pozoru spokojne konie, szczególnie Vegas, który jest strasznym leniem i nigdy mu się nie chce, nawet zakłusować, a o galopie nie wspomnę. Niestety, nie dostałam mojej ulubionej Indii. Jeździła ona wtedy pod pulchną ;) dziewczynką z obozu, która po tygodniu nadal nie wiedziała jak zachęcić konia, żeby chciał się w ogóle ruszyć czy skręcić. Zadziwiający był to fakt, bo India jest tzw. koniem na bluetooth"a, czyli mówisz-masz.
Mimo swojego wzrostu i masy jest niezwykle szybka i zwrotna o czym napiszę kiedy indziej. Trzeba wspomnieć, gdy poszliśmy przygotować Vegasa, on stał tyłem do nas i nie reagował w ogóle na wołania i prośby. Gdy uchyliłam drzwi, sprawiał wrażenie zdenerwowanego i jakby miał ochotę przywalić komuś z kopyta. Wycofaliśmy się i powiedzieliśmy naszej instruktorce, że my się do Vegasa nie zbliżymy, bo nas uszkodzi. Skwitowała to: "No to trzeba mu oddać"(wiadomo co sobie o niej wtedy pomyślałam ;/). W końcu jedna z dziewczyn pomagających w przygotowaniu koni, a także uczeniu innych (jest młodsza (!) ode mnie o 2 lata-ja mam 18) zlitowała się i poskromiła złośnika. W końcu z Tata wsiedliśmy na konie.
Tata pomęczył się pół godziny na Vegasie i widząc te męki, zamieniłam się z nim. Tym razem Tata dostał spokojnego Lolka, a ja miałam na Vegasie zakłusować. Kiepsko to wychodziło, mimo że używałam pomocy w tym bata, chociaż nie jestem jego zwolenniczką. Po 10 minutach katorgi instruktorka kazała się przesunąć grupce i powiedziała:"To może Julia zagalopujesz?". Ja odpowiedziałam "Na Vegasie?A to w ogóle jest osiągalne?" Spróbowałam. Nic. Ledwo zakłusował. W końcu instru wzięła ode mnie bata i dosłownie zaczęła okładać Vegasa. Zgadnijcie co zrobił? Oczywiście wierzgnął tyłem a ja poleciałam w powietrze. To był ułamek sekundy. Wylądowałam na płotku od czworoboku. Trójkątny niski płotek - miło. A w ogóle miło jest spaść bokiem, a w dodatku nerką na to. Po 1 min zaczęłam się zbierać. Trochę mi robiło się ciemno w oczach i słabo, ale się sama pozbierałam. Nadbiegł Tata i Mama za nim.
Zaczęli mnie pytać o różne rzeczy, a ja coś tam odpowiadałam. "Zataśtaliśmy" się do samochodu, który stał nieopodal. Mama zdjęła mi czapsy i kask i wsadziła na siedzenie. Pierwsza myśl - do szpitala. Pojechaliśmy. Najgorsza była świadomość, ze mogło mi się coś stać z nerką, bo właśnie nią uderzyłam w ten przeklęty płotek. Do tego była niedziela... Masakra. USG ogólne nieczynne, RTG - wyniki wysyłane do Bydgoszczy (jestem z Inowrocławia). Dopiero na urologii zrobiono mi aż 2 badania USG. Na tamtą chwilę nic mi nie było, tylko ten nieznośny ból prawego boku... Jakby ktoś mi czymś przyłożył. Siadanie i wstawanie to były kolejne fale bólu. Tylko stanie wchodziło w grę. W końcu dostałam wyniki badań. Brak uszkodzeń i przepisane środki przeciwbólowe. Najlepsze było pytanie urologa do mojego Taty:"A czy córka będzie jeszcze chciała jeździć na koniach? Nie będzie się bała?". Tata powiedział, że raczej nie, bo ja jestem bardzo uparta. Ja dodałam jeszcze, ze za długo czekałam, żeby wreszcie mi pozwolono jeździć konno i nie odpuszczę.
Po tym wypadku, gdy siedziałam na izbie przyjęć w szpitalu, pojawiła się obawa:"No to mi Tata na pewno nie pozwoli już jeździć. Przecież jak ciężko go było przekonać, by mi pozwolił, jak jeszcze miałam 16 czy 17 lat, a co dopiero wcześniej". Jednak gdy powiedziałam o tych obawach Tacie, to powiedział, że to zależy ode mnie, czy będę chciała znowu wsiąść na konia i mu zaufać. Nie jeździłam 3 tygodnie, aż do czasu, gdy wylądowaliśmy w Bielsku-Białej w czasie wyjazdu w góry w sierpniu...
P.S. Instruktorka do dziś nie czuje się winna temu wypadkowi. Z wiosną, gdy znów powrócę do moich dużych czworonożnych przyjaciół, poproszę drugą i sympatyczniejszą, by wzięła mnie pod swoje skrzydła. Raz byłam z nią na krótkim, bo 1,5 godzinnym rajdzie i było to coś niesamowitego a jednocześnie niezwykle śmiesznego, ale o tym w następnym artykule.
Komentarze