Ostatnim razem jak byłam na koniach byłam tylko ja i mama, więc instruktorka miała dla mnie trochę więcej czasu. Zasypała mnie ćwiczeniami, cały czas musiałam anglezować co mi się nie bardzo podobało bo moja kondycja mi nie bardzo pozwala :/ ćwiczenia z woltami w kłusie anglezwoawnym, ćwiczebnym i w płósiadzie, przejazdy przez belki. Na polu byłu poustawiane przeszkody ale belki leżały na ziemi więc też musiałam przez nie przejeżdżać.
Potem przyszedł czas na galop, już nie musiałam jechać za innym koniem tylko mogłam sama jeździć (a najlepsze jest to że pierwszego galopu nie miałam na ląży tylko samodzielny, jechałam za innym koniem bo Lolita jest spokojniejsza) troche mi ręce jeszcze latały ale już mniej i o dziwo nie wylatywałam ze strzemion już tak często jak za pierwszym i drugim razem. Najgorsze jest przejście z kłusa do galopu, wtedy najczęściej wpadam albo wypadam ze strzemion :/ i nie wiem jak to zrobić żeby ich nie gubić.
Po galopie przyszedł czas na relaks w kłusie i stępie, a potem instruktorka oznajmiła że idziemy na spacer. Ja i moja mama na koniach ona poszła pieszo, zrobiłyśmy rundkę po ścieżce wyznaczonej przez instruktorkę zawróciłyśmy Lolita się zachowywała b. grzecznie nawet nie trzepała głową (na tej jeździe w ogóle była grzeczna) jechałyśmy przez ten las i musze przyznać że wyglądał 100 razy lepiej Byłam taka szczęśliwa i dumna, po pół roku i tylko 9 lekcjach pojechałam w teren
Komentarze