Witam pisać opowiadań nie potrafie ale sprobuje podzielić się z miomi przeżyciami wśród koni zgóry przepraszam za błędy w pisowni itp.
Moja historia z końmi rozpoczęła się gdy jeszcze chodziłam do szkoły gimnazjalnej, a pierwszy raz dosiadłam konia gdy miałam 5 lat pamiętam że to była siwa klaczka w ciąży posadził mnie i koleżankę w tedy nawet niewiedziałam co to za zwierze ale od zawsze je kochałam nie potrafię tego wytłumaczyć. Po raz drugi dosiadłam konia gdy już miałam 15 lat było to na zawodach w Siarczynku człowiek który mnie prowadzał zachęcił mnie do podjęcia kroku naprzód, to był czas w którym co noc marzyłam by dosiaść lub też chociaż pogłaskać konia choć w moim mieście jest stadnina wówczas nigdy tam nie byłam bałam sie ludzi i zawsze myślałam iż samo przebywanie wśród nich nie jest mi dane. Nie wiem czemu ale zawsze odczuwałam teraz tak myśle że mój ojciec był tym murem za którym były konie, za którym było moje marzenie, gdyż on nie lubił koni, bał sie ich gdyż w dzieciństwie został ugryziony przez klaczke mojej babci. Nadszedł czas w którym mój tato odszedł z tego świata, a był to 5 stycznia 2005 roku już w boże narodzenie go zabrali do szpitala. był to trudny dla mojej rodziny czas już w tedy nam sie nie przelewało a gdy go zabrakło zaczeliśmy jeszcze bardziej odczuwać jego brak. Pół roku później gdy rozpoczął sie rok szkolny byłam już w 3 klasie gimnazjum zdecydowałam że musze coś zrobić. Pewnego dnia czekałam po lekcjach na jednego nauczyciela techniki który był również instruktorem jazdy i zaczepiłam go pytajac się o szczegóły jazdy konnej (po ile i gdzie) i z radoscia pobiegłam na przystanek autobusowy i zauważyłam wówczas dziewczyne z która się zaprzyjaźniłam, wcześniej wolałam ja unikać z niewiadomej przyczyny a wtedy poprostu ja zaczepiłam i opowiedziałam o wcześniejszym wydarzeniu, i ona w tedy opowiedziała mi że też kocha konie i że po miedzy naszymi wioskami jest agroturystyka w ktorej jest koń i tam chodzi odwiedzać, i wtedy zaproponowała mi bym poszła z nią. Gdy już się tam wybrałysmy zobaczyłam małą siwą klaczkę o imieniu Widera była rasy konik polski i miała gwiazdke na głowie wtedy jeszcze nic niewiedziałam o koniach a co dopiero o rasach, ale mi to nie przeszkadzało. Co dzień tam chodziłysmy ją głaskac i pewnego dnia koleżanka zaproponowała mi ze bym na nia wsiadła co później uczyniłam. zaczepiłyśmy uwiąz do kantara i wsiadłam przeszla kilka metrow była spokojna i nic mi nie zrobila chodź wczesniej jeszcze nikt jej nie dosiadł. pewnego dnia poszłysmy do wlasciciela z zapytaniem czy mogłybysmy do niej przychodzic i itp... Tak zaczeła się moja przygoda było wiele upadków i wzlotów jezdziłysmy bez siodła bez rzadnych przygotowań i do tego na koniku upartym i nie ujeżdżonym. były pierwsze kłusy i gałopy pierwsze tereny. w terenie to jedna prowadzała a druga siedziała i tak na zmiane w terenie tylko stepem, w terenie ten koń był spokojny, grzeczny i szczesliwy. wiem że była szcześliwa iz wreszcie miała towarzystwo, nie stała sama na pustym okulniku. a na okulniku to właśnie wtedy wiedziałysmy jaka jest nie ugięta. W między czasie zaczełam chodzić do sąsiada który miał źrebaka i zaproponował mi zebym przyszła zobaczyc, gdy juz przyszłam i weszłam do środka zobaczyłam ją, Klaczka o innym umaszczeniu jakiego jeszcze nigdy nie widziałam (wtedy dla mnie był fioletowa jak z bajki) o brudno-kasztanowej maści z łysinką i czterema skarpetami, miała czarna grzywę i ogon była piękna miała wtedy pół roku i miała do tego na imie Finezja ( w papierach miała inaczej Frokata albo Fronesis) ale wołaliśmy finezja moja najwiekszą miłośc spojrzałyśmy sobie w oczy i jakbyśmy wiedziały... zaczełam ja cześciej odwiedzać i pewnego dnia chwyciłam za szczotke i i ja czysciłam w tem wszedł właściciel i pozwolił mi ją uwiazac i dal wiecej szczotek i powiedział ze moge przychodzic czesciej i tak robiłam. bałam sie ja pokochac bo wiedzialam ze kiedys pojdzie wswiat i wiecej jej nie zobacze, więc traktowałam ją z góry ale pewnego dnia stwierdziłam ze tak sie z nia niedogadam i zmieniłam strategie, miałam w nosie ze kiedys jej zabraknie i przelewałam na nia kazde zwe uczucie ta iskierka ktora była na początku przemieniła sie w bezwarunkowa miłość. po 2 i pół roku ją dosiadłam nieziemski uczucie przeżyłam na niej stawanie dęba bardzo sie bałam kiedy tak stanęła ale nie spadłam może łód szczęscia albo poprostu tak się bałam ze nie chciałam puścić choć wtedy nie odczułam tego. w tym czasie był jeszcze jeden konik polski ktorego jednoczesnie lubiłam i sie bałam miał na imie Marengo bał sie kazdego pnia i kamienia ale za to pięknie chodził i skakał. Był wałachem z jednym jądrem ( był pół ogierem, badź wnętrem jak jeden pan nazwał) niewiem jak to sie fachowo nazywa. Jednej pory roku był spokojny i dzielny a jednej pory był porywczy i strach na nim w lesie jechać gdyz wszystkiego mógł sie przestraszyć z rzucić i uciec. chodziłyśmy jeszcze do koni tego nauczyciela którego wcześniej wspomniałam. miał stajnie koło szkoły w ktorej stal Bond i Amigo i czasem zamiast nich inne konie czysciłysmy je i poprostu rozmawiałysmy z tym nauczycielem który później stał się moim mentorem. Pewnego razu gdy juz byłam w drugiej klasie technikum na praktykach lonzowałam Amiga i sprzatałam w stajni, ale podzczas jednego lonżowania przyszedł na hipodrom ten nauczyciel i patrzyl jak lonżuje troche z tremowana byłam bo boje sie ludzi gdy tak mnie obserwuja i zawsze w tedy mi nic nie wychodzi heh. ale w tedy zapytał mnie czy bym nie chciała popracować podzczas wakacji u niego na agroturystyce ktora była w srodku puszczy noteckiej co potem sie okazalo ale sie nie bałam dziczy, zaskoczylo mnie to pytanie bo zamało wiedziałam o koniach ale to była dla mnie wielka okazja wiec sie zgodziłam. miałam dzieki temu kilka darmowych treningów na Amigo uczyłam sie lepiej skakać i jeździć. w tamte wakacje właśnie poznałam lize moja druga ulubiona klaczke Lize, to właśnie w tamte wakacje zdecydowałam ze sie nią zaopiekuje, wziełam ja do siebie przygotowałam dla niej specjalnie stajnie mała była ale dla niej była w sam raz. właściciel przywoził dla niej jedzonko co było miłe z jego strony że pozwolił mi się nią zająć. Po roku czasu w nastepne wakacje niestety została sprzedana. Jedyny plus tego wszystkiego to że na każdego konia ktory odszedł w świat przychodził nastepny, w ten sposob rozwijałam swoją wiedzę i umiejętności jeździeckie, choć wiem że nadal za mało wiem i umiem. Uświadomił mi to koń którym miałam sie opiekować, pojechałam jednej zimy do gospodarstwa w ktorym było małe stado koni. w tym koniu jak w finezji zakochałam się od pierwszego wejrzenia. był gniady z jedna koronka i miał na imie Zuckero. był to czas dla mnie dziwny gdyż zaczełam sie bać koni być może przez to iz na samym początku mojej przygody z nimi, poprzez moj brak wiedzy doświadczenia spadałam z nich w sposob taki iz nie którzy na moim miejscu by juz dawno zrezygnowali, spadalm nie raz na poczatku ze 3 razy dziennie, potem z nie uwagi nie raz spadłam na głowe miałam wiele strasznych upadków przez utrate finezji, Lizy, i widery zaczełam tez inaczej traktować konie wiecej od nich brałam za mało ufałam traktowałam oschło. I właśnie Zuckero to zmienił miałam sie nim zajac by lepiej przyjał siodło by mogł być ujezdzony, by nie bał sie ludzi by mogł ich ze spokojem nosic, bo był dzikim koniem 7 lat spedził na łace ze swym stadem i mało sie z nimi obchodzono. Nasza przygoda z Zuckero miała sie tam zacząć lecz on zdecydował że tam sie zakończyła. był to niedzielny poranek 10 grudnia 2011r, poszłam odwiedzić i poznać stado i owego Zuckera. Przywitałam się z każdym i podeszłam do niego jadł siano a ja go pogłaskałam, spojrzałam na niego i chyba wtedy właśnie żle oceniłam, bo wydawał się być spokojnym, o łagodnym charakterze koniem zapewniali mnie tez wszyscy dookoła że jest grzeczny, więc poszłam po kantar i uwiąz, założyłam mu kantar i zaczełam go prowadzać. wydawało sie być wszystko dobrze zrobiłam kilka kółek obserwując go, chciałam go odprowadzić do siana i wtedy stwierdził on że sie pożegnamy, wtedy to właśnie wystrzelił do przodu, ręka moja osunęła się na koniec uwiązu i zobaczyłam go jak wygina sie w łuk i w tedy intuicyjnie wiedziałam że zaraz bedzie chciał wystrzelić z zada, wtem puściłam uwiaz i odbiegłam w bok a raczej biegłam jak najdalej . gdy tak biegłam katem oka widziałam go i jak wystrzelił z zada po raz pierwszy. rozniósł się huk jak z petardy, wtedy zaczełam biec jeszcze szybciej i jeszcze dalej ale podłoże było nierówne i było dużo dziur co mnie spowalniało. Czas w tedy jakby sie zatrzymał. w tedy podczas jednego mojego susu coś sprawiło iż spojrzałam w jego strone z ciekawości jak daleko pobiegł, ale nie odbiegł z byt daleko jakby specjalnie był bliżej mnie by trafić, jakby nie chciał dać za wygraną. Gdyż w momencie gdy spojrzałam w jego strone zobaczyłam tylko jak jego kopyta zbliżają się do mnie i tylko jakbym mrugnęła było po wszystkim. W oszołomieniu siedziałam na ziemi rozglądając sie dookoła i dociekając ,, co sie stało?" spojrzałam na rece i widziałam tylko krew na nich i na ubraniu. zastanawiałam się skad kapie okazało sie ze z nosa. gdy tak spogladałam w dal widziałam tylko stojące w oddali rozmazane postacie koni. Podszedł do mnie pan i zapytał sie czy zawołać właścicielkę ze strachem poprosiłam. bałam sie ze będzie wyzywać ze do tego doszło. do konia nie miałam żalu nadal nie mam, byłam zawstydzona i zła na siebie ową sytuacja. Nie była na mnie zła lecz przestraszona gdy do niej podeszłam twarz miałam we krwi ja jeszcze siebie nie widziałam dopiero na 3 dzien w szpitalu podeszłam do lustra. zabrała mnie do szpitala i tam okazało sie że mam pekniecie jarzmowo-żuchwowo- oczodołowo, i złamany nos. dwa tygodnie w szpitalu i co dzień sie zastanawiałam czy będę miała odwagę podejść do jakiegoś konia i spojrzeć mu w oczy choć tyle. Po 2 miesiącach po raz pierwszy wyszłam do konia stojącego za płotem zaczęła szaleć wtem ogarnął mnie strach, byłam wcześniej na agroturystyce gdzie spędzałam większość wakacji podeszłam do koni i również nogi mi sie trzęsły. po raz pierwszy wsiadłam na konia od czasu wypadku w marcu na koleżanki konia. W tedy poczułam się jakbym po raz pierwszy wsiadała na konia wspaniałe uczucie choć jakbym zapomniała jak się jeździ ale wspaniałe jest to uczucie towarzyszy mi przy każdym nowo poznanym koniu. i ciesze się z tego. Po wypadku inaczej patrze na świat i mam inne podejście do koni, lepsze. Wierze w to bo wiem że tamten koń tamtym kopnięciem mógł mnie zabić, lecz ja wole wierzyć że skoro mnie nie zabił to mnie obudził i dzięki niemu jestem przygotowana na wszystko ze strony koni. Choć on zakończył tamte spotkanie to chciałabym go odwiedzić i ucałować go. Dzięki niemu inaczej spoglądam na konie i więcej chciałabym się nauczyć po wypadku moja podporą był Arys siwy wałach za którym wcześniej nie przepadałam a okazał się moim koniem idealnym. w moim życiu jest tak ze jak jakiegoś konia pokocham z całego serca i mam pragnienie zatrzymać go na zawsze to zostaje sprzedany. moja sytuacja sprawia iż żadnego nie mogę przyjąć pod opiekę, a chciałabym bardzo. z końmi przebywam tylko w wakacje a chciałabym cały czas. nadal moim marzeniem jest praca z nimi i siedząc w domu rozmyślam co mogłabym zrobić więcej by to czynić. Z obawy przed porażką pozostaje w miejscu nierozwijając sie i rozmyslajac jaka jestem beznadziejna wtym co robie, nawet pisząc to myśle sobie że ja przecież nic nie potrafie i niczgo jeszcze nie dokonałam. cieszę sie że mogłam poznać te wszystkie konie i że mogły stać sie częścią mojego życia. W tej chwili jedynie pragne by nie znikneły z mojego życia a chyba do tego dojdzie.... z powodu braku mojej bezczynności lecz gdzie mam iśc by je spotkać skoro w okolicy coraz to mniej ich. dzieki za uwage
Mam nadzieje że błędy was nie zraziły. :).. nie krytykujcie mnie zbyt ostro.:)
Komentarze