Reklama

Moja wakacyjna przygoda w siodle

16/05/2012 23:21
"A zaczęło się od podeptanych stóp..."


Tak bardzo chciałabym pojechać na ten obóz... Nigdy nie byłam nawet na koloni, a na to mnie nie stać. Bardzo kocham konie. Od dawna interesuję się hippiką. Tyle czytałam o jeździe konnej, tyle się już nauczyłam, że nie chcę tego ukrywać tylko w stajni gdzie się uczę.
Moja przygoda z końmi zaczęła się w roku 2009. Kiedy to moi rodzice zapisali mnie do LKJ Ostroga. Były to "Wakacje w siodle". Codziennie przez 5 dni po ok 4-5 godzin przebywałam w stajni. Godzinę poświęcaliśmy na naukę jazdy, a resztę na zabawy. Gdy pierwszy raz weszłam do stajni miałam na sobie sandały, nie wiedziałam, że do jazdy się nie nadają ale jakoś przetrwałam jeden dzień w sandałach. Przydzielono mi wpierw kucyka o imieniu Daniel. Przy nauce kłusa zbyt wyrzucało mnie z siodła, a konik biegł za szybko więc instruktorka zaproponowała abym się zamieniła koniem z inną uczennicą. Wsiadłam na klacz nazywająca się Iluzja. Był to największy koń w stajni więc na początku czułam się niepewnie. Przy kłusie na lonży zapomniałam o tym, że upadek z niej będzie dla mnie bolesny.
Po pierwszych lekcjach siedzisko bolało mnie strasznie. Powoli się przyzwyczajałam. W stajni podobał mi się jeden piękny koń, był to kasztanowaty ogier lub wałach Poemat. Bardzo chciałam na nim jeździć ale miałam okazję poznać tylko Bilona, Dworkę, Iluzję i Daniela. Dworka nie chciała mi podawać nóg do czyszczenia ani skręcać na ujeżdżalni. Byłam wtedy bardzo zła na nią. Teraz kiedy ona już odeszła obwiniam siebie za to, że nie potrafiłam jej opanować ani nawet do porządku wyczyścić. Miałam wtedy 10 lat więc podnoszenie końskich nóg było dla mnie nie lada wyzwaniem. Z noszeniem siodła też ledwo sobie radziłam. Przez krótki korytarz musiałam sobie robić przerwy bo było dla mnie za ciężkie. Z siodłaniem i kiełznaniem było jeszcze gorzej.
Dziwnie się czułam kiedy musiałam prosić pomocniczkę instruktorki czy lepszego jeźdzca o to aby wsadził siodło na mojego konia czy okiełznał go.
Poznałam tam dziewczynę w moim wieku, nie pamiętam jak miała na imię. Pamiętam za to, jak na krytej ujeżdżalni podłożę pryskał zraszacz. Był bardzo duży. Ja z koleżanką wbiegłyśmy tam i po chwili wyszłyśmy całe mokre. Byłyśmy brudne, mokre i zmęczone. Pod koniec tej nauki mieliśmy lekcję woltyżerki.
Najbardziej spodobało mi się robienie młynka na koniu i jazdę tyłem. Tak dni mijały, aż nadeszła ostatnia lekcja. Przygotowywanie Bilona do jazdy nie było trudnym zadaniem póki nie zaczął deptać mi po stopach. Na początku był lekki bo nie opierał ciężaru na nodzę, która na mnie stała. Potem było ciężej. Jesze dwa razy mnie nadepnął ale wtedy już wydawał się o wiele cięższy.Od teraz zawsze patrze gdzie koń stawia nogi gdy go przygotowuję do jazdy. Wszyscy przygotowali swoje konie do jazdy i ruszyliśmy na ujeżdżalnię na dworzę. Były tam już ustawione tyczki pa dwa rzędy. Pani podzieliła nas na 2 grupy. Musiałam wtedy rywalizować z koleżanką. Stępem musiałyśmy przejść slalom, zabrać toczek, który był na tyczcę i spowrotem slalomem wrócić do drużyny i dać następnej toczek, ona zaś postawi go na tyczce, która znajdowała sięna końcu toru. Oczywiście przejechałam slalom bezbłędnie ale najpierw instruktorka musiała mi pomagać. Po tej zabawie jeszcze przez chwilę jeździłyśmy po padoku.
Koń nagle mi zakłusował, a ja nie potrafiłam utrzymać równowagi. Prawie spadłam. Za chwilę przyszła moja mama i obserwowała mnie co wyczyniam na koniu. Po jeździe wszyscy weszliśmy do biura i tam czekały na nasz jagurty. Wszyskie zjadłyśmy rozmawiając ze sobą. Każda też dostała dyplom (który jest na zdjęciu).


Nadszedł rok 2011. Gorące wakacje i szczęście do dziś.
Kiedy ja pojechałam rowerem do małej wsi moja mama biegała. Wyprzedziłam ją i czekając na nią zauważyłam, że na bramie jakiegoś gospodarstwa jest zawieszona tabliczka "Rekreacyjna jazda konna" i numer telefonu. Miałam przy sobie długopis więc napisałam sobie na ręce numer elefonu widoczny na ogłoszeniu. Namówiłam rodziców aby zadzwonili i zapisali mnie na jazdę. Po telefonie mojej mamy do instruktorki dowiedziałam się, że lekcja jazdy kosztuję 30zł za pełną godzinę.
Następnego dnia pojechaliśmy do gospodarstwa gdzie znajdowała sie stajnia. Była to też leśniczówka. Pani przy wejściu przywitała nas i zaprosiła do domu. Kiedy rozmawiali i załatwiali jakies sprawy ja głaskałam szynszyla. Zwiedziłam cały teren. Spotkałam 5 koni, psa, królika i kozę. Za dobre wyniki w szkole rodzice zafundowali mi karnet na 11 jazd. Tym razem nie zapomniałam o dobrym obuwiu więc bez przeszkód tego samego dnia mogłam zacząć jeździć. Nauka ćwiczeń i manewrowania koniem szła mi bardzo dobrze. Przez cały ten czas jeździłam prawie tylko na gniadej klaczy o imieniu Marka.
Nie dostrzegałam jej zalet ani wad. Chciałam tylko jak najszybciej dobrze nauczyć się jeździć. Dopiero po zimie tego samego roku zaczęłam ją bardziej doceniać. Dowiedziałam się o niej wielu rzeczy, że np. ma już połowę życia za sobą, ze względu tego, że złamała kość nie może skakać i jest bardzo grzecznym i dobrym koniem. Ją pokochałam najbardziej. Jeszcze nigdy tak dobrze mi się nie jeździło jak na niej. Przyszła nauka galopu na lonży . Na początku się bałam ale im częściej ćwiczę tym jestem odważniejsza. Klacz niechętnie galopuje, ponieważ przypomina jej to jej wypadek przy skoku co wykluczyło jej użytkowaniu w skokach. Według mnie był to wielki cios. Tak posłuszna klacz nie może skakać. Pewnego dnia pojechaliśmy do lasu. Ja na kucyku Furii. Za pierwszym razem gdy mieliśmy galopować ona wbiegła na jakąś łąkę. Za drugim razem poszło lepiej prócz jednego małego szczegółu: klacz nie chciała się zatrzymać ani zwolnić. Cwałowała przez polną ścieżkę. Starałam się ją wstrzymać ale na darmo. Kiedy miała już wiechać na nieco zaoraną ścieżkę po kilku krokach gwałownie zachamowała. Uderzyłam się w jej szyję, a potem zwisałam z niej. Tak oto wyglądał mój pierwszy w życiu upadek. Hisoria nieco śmieszna ale też niebezpieczna. Ze śmiechem na stach wróciliśmy do stajni. Byłam brudna. Na szczęscie nie było dużego błota. Do dziś wspominam ten dzień. Niedługo będe chciała trenować skoki ale do tego będe musiała przenieść się do stasniny obok. Wiąże sie z większą ceną za lekcję, poznanie nowych koni i instrutkorów. Nie mogę się doczekać tego dnia kiedy pierwszy raz przeskoczę przeszkodę. Zawsze marzyłam o udziale w zawodach w skokach.
Do jazdy w tej szkółcę przekonałam moje dwie przyjaciołki. W stajni wzamian za pracę dostaje darmowe minuy jazdy.
To właśnie Marce zawdzięczam to, że umiem teraz dość dobrze jeździć na tyle aby chociaż na chwilę utrzymać się w cwale na koniu. Kocham tę klacz, jest cudowna.

Myślę, że nikt nie usnął przy czytaniu mojej wielkiej przygody w siodle...
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama