Reklama

Moje najwspanialsze wakacje

20/05/2012 12:41
– Mamo widziałaś gdzieś moje bryczesy ? – na zegarku już 7.30, a ja jeszcze szukam kilku potrzebnych rzeczy. Kask jest, kamizelka jest, kosmetyczka jest, ale gdzie są bryczesy ? O tutaj są, wreszcie mogę wyruszyć na swój pierwszy obóz jeździecki.

8.10 – zbiórka w Piotrkowie, do którego z Bełchatowa jest około 30 minut jazdy. Gdy dojechałam na miejsce, autokaru jeszcze nie było. Była za to moja koleżanka Natalia (z którą znamy się jak łyse KONIE:) i siedmioletnia Konstancja, która jechała na kolonie artystyczne . Dochodziła 8.30, a autokaru wciąż nie było. Zaniepokojone zadzwoniłyśmy do opiekuna i okazało się, że wszyscy czekają na nas, ale… nie na tej stacji! KOŃ by się uśmiał! :)

Na szczęście KONIE mechaniczne szybko dowiozły nas na miejsce zbiórki i o 9.00 wyruszyliśmy w podróż. W autokarze byli już inni uczestnicy obozu, chociaż nie była to cała grupa, bo do Janowa Lubelskiego wiozły nas aż trzy autobusy! Nie wszyscy jednak jechali na obóz konny. Pozostali obozowicze wybierali się na obóz kajakowo-rowerowy, kartingowy, taneczny, sportowy, pływacki i artystyczny – prawdziwa mieszanka talentów i osobowości!

Około godziny 15 dojechaliśmy na miejsce – jako pierwsi! :) Zostały nam przydzielone domki (ja zamieszkałam pod numerem 3). Potem chwila na zapoznanie się z pozostałymi lokatorami i rozpakowanie swoich rzeczy, a o 18.00 – kolacja. Uczestników obozów było tak dużo, że nie zmieściliśmy się na stołówce i zostaliśmy podzieleni na dwie grupy! No, ale darowanemu KONIOWI w zęby się nie zagląda, więc nikt nie narzekał ani nie marudził :)

Po kolacji, wszystkie trzy grupy konne (ja byłam w pierwszej), czyli około 35 osób, zebrało się w świetlicy, ponieważ mieliśmy wieczór integracyjny oraz spotkanie z instruktorem. Wprawdzie pan Bartek to nie rycerz na białym KONIU, ale był naprawdę sympatyczny. Opowiedział nam trochę o ośrodku jeździeckim i o lekcjach dwa razy dziennie (rano i po południu, po godzinę, ale w ten czas wliczane także było przygotowanie koni do jazdy).

Następnego dnia rano odbyło się sprawdzenie naszych umiejętności i przydzielenie do grup: początkującej, średniozaawansowanej i zaawansowanej. Zgodnie z planem, po śniadaniu, około godziny 8.45 GALOPEM ruszyliśmy do stajni. Ośrodek jeździecki oddalony był o 20 minut pieszej wędrówki od miejsca zakwaterowania. Podczas drogi lepiej się poznawałyśmy i umilałyśmy sobie czas śpiewając różne piosenki, a najchętniej „Stokrotkę”, która z czasem stała się hymnem naszej grupy. Kiedy dotarłyśmy do stajni, miałyśmy chwilę, by obejrzeć stajnię, ujeżdżalnię, i pozostałe konie. Potem krótkie spotkanie z właścicielem stajni, panem Bogdanem, przedstawienie zasad i wreszcie nadeszła ta upragniona chwila – mogłyśmy wsiadać na konie!

Na ujeżdżalni przywitała nas bardzo miła instruktorka Basia. Ja dostałam Donę, a test umiejętności polegał na zakłusowaniu i jechaniu kilku minut w kłusie. Nasza grupa została podzielona właściwie tylko na początkujących i zaawansowanych.

Niestety, trzeciego dnia obozu zepsuła się pogoda. Nie jeździłyśmy w grupach, ponieważ druga część ujeżdżalni została zalana. Deszcz i chmury utrzymywały się jeszcze przez pięć dni, ale my mamy przecież KOŃSKIE zdrowie, i niezrażone deszczem jeździłyśmy, gdy tylko warunki na to pozwalały! I tylko kiedy ulewa była nie do zniesienia, a konie ślizgały się na błocie, odbywały się zajęcia teoretyczne w siodlarni.

Pewnego dnia, gdy pogoda nieco się poprawiła, jeździłyśmy na suchej części placu. Wyszło słońce, więc obserwowałyśmy jazdę drugiej grupy. Nagle jeden koń – Shrek – zaczął galopować, a jadącej na nim Kasi nie udało się utrzymać w siodle. Koń poniósł, a dziewczyna spadła. Pojechała do szpitala, a my z niecierpliwością czekałyśmy na jakieś wieści, ponieważ bardzo polubiłyśmy dziewczyny z domku numer 4, czyli Alę, Agę, Irmę, Weronikę, Paulinę i właśnie Kasię. Okazało się, że Kasia ma złamaną rękę i musi wrócić do domu. Z tego konia spadło jeszcze 7 osób, więc wkrótce już nie był brany na jazdy.



7 lipca, czyli siódmego dnia obozu wybraliśmy się na wycieczkę do Sandomierza – bo przecież nie samym chlebem żyje koń, a człowiek nie samymi jazdami konnymi:) Była to wycieczka pełna przygód - chodziliśmy po mieście, podążaliśmy śladami „Ojca Mateusza” (byliśmy między innymi w urzędzie, który w serialu „gra” komisariat policji). Zwiedziliśmy podziemia Sandomierza oraz zbrojownie, w której odbyło się bardzo śmieszne mini przedstawienie z udziałem obozowiczów.



Reszta obozu upłynęła bardzo przyjemnie. Codziennie chodziłyśmy na jazdy i pomagałyśmy w stajni, a wieczorami odbywały się dyskoteki i ogniska. Kiedy było ciepło chodziłyśmy nad jezioro i wygrzewałyśmy się na słońcu, lub chłodziłyśmy się w wodzie. Pod koniec obozu wreszcie mogliśmy jeździć w dwóch grupach: początkujący na ujeżdżalni, a zaawansowani, czyli stare konie – na placu :) Ćwiczyli galop i przechodzenie przez cavaletti, a my jeździłyśmy stępem i doskonaliłyśmy swoje umiejętności w kłusie.



W przeddzień wyjazdu instruktorzy zrobili nam niespodziankę i zabrali nas na przejażdżkę do lasu. Było tak pięknie! Poranne słońce odbijało się w kroplach rosy, las błyszczał i szumiał jak zaczarowany! Za to na ostatniej popołudniowej jeździe zorganizowano nam chrzest jeździecki. Instruktorzy kazali nam się dobrać w pary (ja byłam z Dorotą), a każdej parze przydzielali konia (dostałyśmy Irona). Najpierw jedna osoba wsiada na konia na oklep, a druga musi ją prowadzić, a w kłusie przy niej biec. Osoba jeżdżąca na koniu musiała jeszcze wykonać na koniu takie ćwiczenia jak np. cztery strony świata. Później była zmiana: osoba jeżdżąca prowadziła, a prowadząca jeździła. Nie jeździłam wcześniej na Ironie, ale na szczęście miał mięciutki kłus i był świetny!



Kiedy już zeszłyśmy z koni, pan Bogdan przygotował nam wiadro z owsem, a drugie z wodą. Trzeba było na czworakach zjeść trochę owsa i wypić trochę wody, a na koniec zarżeć jak koń! Potem uroczystość pasowania na jeźdźców: pani Basia ślubowała nas popręgiem, a pan Bogdan palcatem. Po wszystkim rozpętała się wodna bitwa: zaczęła Wiktoria, która wylała na pana Bogdana wiadro wody, a on w rewanżu oblał nas wodą z węża. Wszystkie wiadra poszły w ruch i na nikim nie było już suchej nitki!





Mój pierwszy obóz jeździecki – to była naprawdę KOŃSKA dawka przygody! Bardzo miło wspominam ten czas i mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. KONIEcznie!

KONIE c ;)



A dlaczego to ja powinnam jechać na obóz jeździecki? Sprawdźcie sami! http://www.youtube.com/watch?v=OCO3g-7q_uI&feature=youtu.be
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Rolia 2012-06-12 16:44:09

    Chciałaś być śmieszna a ci nie wyszło. Te powiedzenia wplecione w opowiadanie to masakra a na filmiku nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Na raz następny ogranicz się i może bądź mniej "Zakręcona i odjazdowa" bo chyba przeceniłaś swoje umiejętności.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama