Większość z nas nie zwraca na nie zbyt dużej uwagi. Ja jednak odkryłam, że może dawać tyle samo lub nawet więcej radości, co jazda wierzchem. Było mi wprawdzie trudno pozbyć się wielu nawyków – zapominałam czasami, że nie siedzę na koniu, więc używanie łydek nie za bardzo mi pomoże Mimo moich mizernych umiejętności udało mi się nie wylądować w rowie. Jadąc bryczką musimy pokładać więcej zaufania w koniu gdyż nie mamy nad nim tak dużej kontroli. Zostają nam tylko lejce i ewentualnie bat. Gdy posiadamy zaprzęg wielkokonny ważna jest również współpraca między końmi. Razem w zaprzęgu nie mogą się pod żadnym pozorem znaleźć dwa niecierpiące się nawzajem konie.
Powoziłam zaledwie kilka razy, ale wciąż myślę o jakimś kursie by lepiej poznać tę sztukę. W niewielkiej stajni obok mojego domu mieszka chodzący zarówno w zaprzęgu jak i pod siodłem uroczy haflinger Bakuś. To właśnie on był koniem, którym po raz pierwszy powoziłam. Na początku szło mi fatalnie. Nie mogłam się ogarnąć z lejcami, które wydawały się być zbyt długie i nieporęczne. W takich warunkach trudno żeby koń szedł prosto. Jechaliśmy jak pijany woźnica z pijanym koniem. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść, gdy przejeżdżaliśmy dość wąskim przesmykiem pod autostradą, a z drugiej strony jechał samochód. Bakuś nie boi się takich dziwnych machinerii, gorzej, że trzeba było zjechać na bok. I łup w ścianę. Sytuację uratowała Kamila, która radziła sobie z tym całym bakusiowym majdanem. Potem wyjechaliśmy na polną drogę. Tu szło mi nieco lepiej. Wracając do domu jechałam niemal prosto. Lejce w dłoniach trzymałam jeszcze kilka razy. Raz nawet na wakacjach w górach powoziłam dwoma końmi, co o dziwo wydawało mi się znacznie łatwiejsze. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się nauczyć powożenia na tyle dobrze by móc jeździć samemu bez wjeżdżania w ściany.
Komentarze