Wiec od początku. Jeżdżę krótko. Koło 2 lat. Niecałe nawet :) Zaczynało się jak przeważnie. Od rekreacji. Klepania tyłkiem siodła za 15 zł/h. Cena - idealna jak na jeździeckie początki. Jednak minęło pół roku, a mnie zwykłe lekcje z końmi nie zadowalały. Postanowiłam zacząć pomagać w stajni w zamian za jazdy. No i zaczęła się moja prawdziwa przygoda z końmi. To dopiero wtedy poczułam co znaczy mieś swojego konia w przydomowej stajni. Miałam do opieki 5 koni. Potem doszedł jeszcze kuc ze źrebakiem w planach :) W lecie - codzienne pobudki o 8, jeść, pić, sprzątanie, pomaganie w jazdach, sprzątanie na maneżu, siodłanie, kiełznanie, pielęgnacja, zwózka siana, słomy, obcinanie ogonów to tylko te najbardziej znane aspekty końskiej pracy :) kiedy i to przestało mi wystarczać zaczęłam myśleć nad jazdami sportowymi. Z tym że podczas tej "zmiany profesji" miałam trochę więcej dylematów. Zaczęłam się zastanawiać. Czy zawody, więź z koniem na zasadzie munsztuk i ostrogi to to czego chcę? Zaczęłam jeździć po stadninach. /najprzeróżniejszych. Trafiłam na drugi koniec Polski, ale i tam nic mnie nie satysfakcjonowało. W końcu pojechałam na obóz konny. Jeszcze jako rekreacja. I zaczęło się. Dostrzegłam, że zawody nie muszą opierać się na sile. Również może wygrywać zrozumienie, szept jeźdźca. Nie krzyk. W chwili obecnej swoich sił próbuję w KJ Lalin. Stadnina w Bieszczadach, gdzie panuje niesamowita atmosfera. Konie są równie uprzejme, jak ich właściciele :) Aktualnie, staram się pogodzić cotygodniowe treningi skokowe, pracę w stajni minimum 4 razy w tygodniu i naukę licealisty. Znajomi mówią mi, że jestem pokręcona. Ale to ja. Zakochana w koniach Kamila :)
Komentarze