W pewien lipcowy poranek tuż przed śniadaniem zadzwoniła do mnie moja ciocia Renata, która mieszkała na drugim końcu Polski. Odebrałam telefon i byłam bardzo zaskoczona. Usłyszałam, że jedyna klacz cioci, Kasztanka, jest w ciąży i za parę dni urodzi źrebię. Czułam się trochę urażona, że moja ciocia wcześniej do mnie nie zadzwoniła. Od razu zaczęłam prosić rodziców, aby zawieźli mnie do cioci. Na szczęście długo nie musiałam ich przekonywać . Powiedzieli, że zawiozą mnie tam za dwa dni. Prosiłam o wcześniejszy termin, ale najwyraźniej nie dało się ich przekonać :( Oznajmili mi przy okazji, że to będzie mój ostatni wyjazd do cioci Renaty ponieważ, ona się wyprowadza z kraju. Było mi bardzo przykro. że ciocia sama mi tego nie powiedziała, ale cóż, czasu się nie da cofnąć. Rodzice pozwolili mi przynajmniej spędzić u cioci całe wakacje. Tak bardzo się cieszyłam!!! Po godzinie pakowania byłam gotowa do wyjazdu. Ale musiałam jeszcze bezczynnie czekać dwa dni. Uważam, że spędziłam je bardzo miło: spotykałam się z moją przyjaciółką Agą i opowiadałam jej o wyjeździe. Całe dwa dni spędziłam z rodzicami i Agnieszką. Gdy nadszedł dzień wyjazdu byłam bardzo podekscytowana, chodziłam i nie mogłam usiedzieć w miejscu. Około godziny 9:00 wyjechaliśmy z Dąbrowy. Podróż trwała parę godzin, nie liczyłam ile, bo po godzinnej podróży znużył mnie sen. Rodzice mówili mi, że spałam jak suseł. Obudziłam się dopiero na wsi, gdy dojeżdżaliśmy pod dom cioci. Najchętniej od razu pobiegłbym do Kasztanki, ale ciocia i rodzice prosili abym się rozpakowała. Zajęło mi to raptem pięć minut. Wrzuciłam ubrania do szafy i pędem pobiegłam do Kasztanki. Gdy tylko ją ujrzałam, nie mogłam powstrzymać łez wzruszenia. Podbiegłam do niej i zaczęłam czesać jej kasztanową grzywę. Miała brzuszek sporych rozmiarów. Aż sama się dziwiłam, bo nigdy nie widziałam konia w tak zaawansowanej ciąży. Czytałam, że klacze w ciąży są bardziej niespokojne lub nerwowe. Ale ja zaobserwowałam, że z Kasztanka była spokojna i łagodna. Przez kilka dni siedziałam przy klaczy do późnej godziny i obserwowałam jej zachowanie. Dopiero równy tydzień po przyjeździe zaczęło się coś dziać. Około godziny 9:00 Kasztanka zaczęła się wiercić, stąpać z kopytka na kopytko. Kładła się i wstawała. Zawołałam ciocię. Gdy razem przyszłyśmy do stajni, klacz leżała i dało się zauważyć dwie nóżki. Potem wyłonił się pyszczek, a na koniec główka. Poród trwał około 40 minut. W pewnej chwili zauważyłam, że pępowina nie przerwała się sama. Ciocia podwiązała ją w przewężeniu i odcięła. Kazała mi pobiec po jodynę. Od razu zauważyłam, że coś jest nie tak. Więc popędziłam jak najszybciej umiałam do domu. Gdy wróciłam ciocia miała bardzo przykry wyraz twarzy, okazało się że Kasztanka umarła podczas porodu. Było mi tak przykro, że łzy zaczęły mi lecieć z oczu. To nie był koniec komplikacji. Przecież zostało jeszcze małe źrebię. Ciocia powiedziała, że jeśli tylko będę chciała, to mogę spróbować karmić je butelką z mlekiem. Oczywiście się zgodziłam. Nawet nie wiedziałam, że to takie trudne i absorbujące, co dwie godziny musiałam karmić źrebię. Rano przyjechał weterynarz i po zrobieniu badań uznał, że źrebaczek jest zdrowy. O śmierci Kasztanki już nie wspominam, bo to było dla mnie bardzo przykre przeżycie. Znowu powtarzało się to samo co wcześniej, ja siedziałam przy źrebaczku i karmiłam go co dwie godziny. Ciocia powiedziała abym wybrała dla niego imię. Z nudów usiadłam na sianie i myślałam, myślałam, i się zdrzemnęłam… Obudziło mnie coś mokrego dotykającego mojej ręki. Drgnęłam wystraszona i ujrzałam źrebaczka liżącego moją rękę. Najwyraźniej była to pora karmienia... Podczas karmienia wpadło mi do głowy imię dla źrebaka. Nazwałam go imieniem Luna. I tak rozpoczęła się moja przyjaźń z Luną. Czesałam ją, karmiłam i głaskałam. Luna biegała za mną jak młody piesek. Czasami zdawało mi się, że uznawała mnie ze swoją mamę. Gdy ciocia wołała mnie na obiad, Luna biegła za mną jak szalona. Musiałam ją zamykać w stajni, bo w przeciwnym razie ciocia musiałaby przygotować trzy talerze z jedzeniem :) 28 sierpnia to był mój ostatni dzień z Luną :( Było mi bardzo przykro że musiałam wracać do miasta, do szkoły i obowiązków, i zostawić mojego źrebaczka, którego sama przecież wykarmiłam butelką. Tak daleko od siebie… Do tego świadomość, że ciocia się wyprowadzała za granice i już nigdy nie zobaczę Luny…. Starałam się mój ostatni dzień na wsi spędzić jak najbliżej Luny. Chodziłyśmy razem po polanach. Biegałyśmy ( ona za mną wszędzie ), tak teraz, jak na początku.. Noc także spędziłam z moim źrebaczkiem. Ja spałam na sianie, a ona obok mnie. Rano obudził mnie dotyk jej szorstkiego języczka na ręce. Okazało się że nie jest najlepszym budzikiem, bo obudziła mnie już o godzinie piątej. Wstałam… Siedziałam obok niej, przyglądałam się i… płakałam. Około 8:00 rano przyszłam do domu cioci i zaczęłam się pakować. Rodzice przyjechali po mnie za godzinę. Pożegnałam się z Luną i wsiadłam do auta. Tak upłynął czas wakacji i… niestety… zakończyła się moja przygoda z Luną. Nigdy nie spodziewałabym się, że mnożna się tak przywiązać do konia. A jednak pies nie jest najlepszym przyjacielem człowieka ! Niestety trzeba było wrócić do rzeczywistości... Moja ciocia wkrótce po wakacjach wyprowadziła się do Holandii, sprzedała gospodarstwo. A co najgorsze, sprzedała moją małą Lunę ! Byłam zła na ciocię, ale także rozumiałam, że nie zrobiła tego w złej wierze. Przecież nie mogłam konika wziąć do siebie, ponieważ mieszkam w bloku. Niestety po mojej małej Lunie pozostało mi tylko jedno zdjęcie…
Komentarze