Reklama

Najwspanialszy teren

Miniony weekend uważam za najpiękniejszy w moim życiu. Przeżyłam bowiem coś, czego kompletnie się nie spodziewałam, co mnie zaskoczyło jak najbardziej pozytywnie.

Mianowicie.
W sobotę zaplanowałam, że pojadę sobie na spacer w teren. Mróz czy nie mróz, nie miało to znaczenia. Chciałam w końcu wsiąść po miesiącu nie wsiadania na własnego konia i przejechać się po lesie, poczuć wiatr we włosach (mimo że był niesamowicie mroźny). Próbowałam znaleźć kogoś, kto może tak samo jak ja miałby ochotę na przejażdżkę, jednak większość znajomych stwierdziło, że przy takim mrozie to oni co najwyżej mogliby potupać sobie po ciepłej, dobrze izolującej od chłodu, wiatru i śniegu hali.

Tak więc, po chwili przemyślenia postanowiłam. Ryzyk fizyk, pojadę sama. Pierwszy raz sama, na młodym, ale własnym koniu. Sądziłam, że teren może zakończyć się po wyjechaniu za bramę gospodarstwa, ale wszystko potoczyło się zupełnie inaczej.

Przyjechałam do stajni, zagoniłam konie z pastwiska i wzięłam Iliankę na szczotkowanie. Pooglądałam, czy nigdzie się nie podrapała, powybierałam patyki, słomki i inne rzeczy z jej grzywy i ogona. Czyli normalne oględziny przed jazdą jakie robi chyba każdy. Osiodłałam, okiełznałam, posprawdzałam czy nic się nie pozawijało, założyłam ochraniacze na przód (by moja mała kaleka z tendencją do potykania się nic nie zrobiła sobie w nogi) i stwierdziłam, że czas wsiadać. Miśka jeszcze wtedy nie wiedziała, jaka niespodziankę jej szykuję.

Wdrapałam się na nią i ruszyłyśmy. Wyjechałyśmy za bramę i obrałyśmy kierunek- las. Najpierw trochę stępa, bo było twardawo, a i droga lekko już wyjeżdżona przez samochody, potem skręciłyśmy na polanę i puściłyśmy się kłusem przez pola i zagajniki. Mój koń oczywiście chodząca torpeda stwierdził, że kłus to za wolno, trzeba się puścić galopem. Jednak nie byłam pewna tego co ona może zrobić więc na to jej nie pozwoliłam. Potupałyśmy więc kłusem, spotkaliśmy myśliwych, którzy tak jak my wybrali się na spacer. Ucieszeni widokiem amazonki, pogadali o pogodzie i o tym jak ich w tym roku św. Hubert darzył. Pożegnaliśmy się pozdrowieniem Darz Bór i z Ilką ruszyłyśmy w dalszą drogę.

Skręciłyśmy przy strumieniu i puściłyśmy się galopem. Ach.. jakie to było błogie uczucie móc galopować na niej, czuć tą jedność między mną i nią. Jednak potknięcie sprawiło, że czar prysł i gdyby nie to, że mój koń mnie tak bardzo kocha, że mnie uratował, najprawdopodobniej obie wylądowałybyśmy elegancko pyskami w zmarzniętej glebie.
Potem to już tylko powoli stępowałyśmy w stronę domu, Ilka spokojnie kroczyła na luźnej wodzy, ja gwizdałam jakieś melodyjki z przerwami na gadanie z nią do momentu zobaczenia tej bramy, którą przekroczyłyśmy godzinę wcześniej.

Nie wiem kto bardziej szczęśliwy wrócił z tego terenu- ja czy ona. Ale Wiem, że nie zapomnę tego nigdy. Uświadomiłam sobie, jak wiele dla siebie musimy znaczyć, że to tak wszystko nam wyszło. I że kocham tego konia bardziej niż wszystko inne na Ziemi.
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Rude99 2011-12-17 13:41:00

    Naprrawdę fajnie się czytało :) 5 oczywiście! 

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Agatulec13 2010-12-07 19:44:18

    Fantastyczny teren ;D

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    redakcja 2010-12-07 17:12:40

    Daje 5. ;) Fajnie się czytało, masz super styl pisania. Ale następnym razem napisz więcej! Bo robisz to świetnie. ^^ Zazdrość mnie aż zżera, z powodu, że masz własnego konia. xD

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama