Dziś, jadąc z Córcią do szkoły na ostatni dzień zajęć (jutro zakończenie), „oberwałem” po głowie sloganem, który słyszę w stajniach dość często. A nawet pojawia się w dyskusjach, wpisać, nawet potrafi się pojawić w felietonach. Jest to stwierdzenie NIE UMIEM JEŹDZIĆ. Z reguły dotyczy jeźdźców, którzy już sobie z koniem radzą, ale ciągle mają wbijane do głowy, że nie umieją, a umieć będą jeśli… no tego to nie wiadomo.
Cisną mi się na usta bardzo mocne słowa w związku z takim podejściem, niestety w samochodzie była tylko Córcia, więc jej się „oberwało”. Może nie tyle Jej, co musiała wysłuchać całej tyrady związanej z motywacją, różnicą między motywacją pozytywną i negatywną, różnicą między nauką a doskonaleniem. Zapomniałem tylko o 4 poziomach uzyskiwania kompetencji, ale mam nadzieję, że nadrobi czytając ten felieton. Zresztą teorię tą zna dość dobrze, bo czasem używam jej w przygotowaniu szkoleń.
Postaram się rozprawić ze stereotypami i sloganami o których powyżej
Motywacja pozytywna vs motywacja negatywna, to dyskusja trwająca już od wielu lat. Jednak wystarczy nieco się cofnąć do swojego dzieciństwa i zastanowić – kiedy nam się przyjemniej osiągało efekty? Kiedy byliśmy zachęcani nagrodami, pochwałami etc.? Czy wtedy gdy stawiano nam poprzeczkę i zanim ją osiągnęliśmy, mówiono – nie umiesz, nie zrobisz, nie znasz się? Mam wrażenie, że większość osób uczących się jazdy to osoby młode, więc czasem można im zrobić krzywdę. Ale o etyce innym razem.
N auka a doskonalenie
Jeśli ktoś czegoś nie umie, to musi się nauczyć. Ale co jeśli osoba jeździć umie, ale musi poprawić dosiad, działanie łydki, kontakt? To naprawdę musi się UCZYĆ, czy raczej ma za zadanie DOSKONALIĆ umiejętności? A jeśli doskonalić – to jednak umie.
4 etapy zdobywania kompetencji
Dość stary model, ale ciągle aktualny. Szczególnie tam, gdzie walczymy o umiejętności, a nie tylko wiedzę. Etapy te to:
Nieświadoma niekompetencja – czyli nie wiem, że nie potrafię. Ot, przychodzi młody kandydat na jeźdźca do stajni i patrzy, jak sobie jeźdźcy pomykają na konikach. Jak trafi na dobrą grupę, to widzi, jak elegancko i spokojnie się na koniku jeździ. Myśli sobie – to pewnie nie jest trudne.
Świadoma niekompetencja – czyli wiem, że nie potrafię. Kandydat na jeźdźca siada na konika i… już nie jest prosto. Już instruktor się czepia, ręce, dosiad, wodze, łopatki… jak to wszystko ogarnąć?
Świadoma kompetencja – czyli umiem, ale jeszcze muszę się pilnować. Czyli jeździmy i sobie powtarzamy w myślach – ręce, dosiad, łydki, ręce, dosiad, łydki….
Nieświadoma kompetencja – to już poziom, w którym nawet nie wiemy, kiedy coś robimy. Ot w terenie – to co galop? No to galop… Ale żeby ktoś mi powiedział, jak ja zrobiłem, że zagalopował to naprawdę muszę się chwilę zastanowić, żeby odpowiedzieć. Po prostu robię, a nie myślę, jak zrobić.
Wielu jeźdźców jest na poziomie świadomej kompetencji. Czyli wiedzą, jak coś ma wyglądać i póki się pilnują, to i noga nie lata, i dosiad to dosiad, a nie widły czy fotel, a wodze w kontakcie a nie wiszą, albo jeździec na nich nie wisi koniowi na pysku. Pytanie – czy nadal na poziomie świadomej kompetencji możemy mówić jeźdźcowi, że nie umie jeździć? Czy może raczej, że jeździć umie, ale musi doskonalić.
Dosiad, kontakt… ale to już było.
Kompetencje instruktora?
Mocne słowa, ale czasem potrzebna jest łyżka dziegciu w beczce miodu. Nie będę używał pewnego określenia, które poznałem w środowisku wykładowców i instruktorów, złagodzę je nieco. Niestety, wielu uczących popada w „samozajefajność”. Czyli są przekonani o swoich kompetencjach. Też jestem przekonany o kompetencjach wielu z nich, ale… w jeździectwie. Natomiast z punktu widzenia umiejętności dydaktycznych, pedagogicznych czy andragogiki (bo dorośli tez się uczą jeździć) bywa naprawdę PORAŻKA.
Pewnie wynika to z pewnego stereotypu dotyczącego umiejętności uczenia. Wygląda on tak, skoro umiem coś (tutaj – jeździć konno) to i umiem tego nauczyć. Cóż, w takim razie skąd się bierze bardzo silny rozwój w obszarze metodyki nauczania, nowe formy nauczania, warsztaty dla trenerów? Poza standardowymi metodami i formami szkoleń – czyli instruktaż, wykład (w tym interaktywny), prezentacja, zadana lektura, warsztat, również cała paleta związana z samorozwojem kierowanym (nie mylić z samokształceniem). Mówię o coachingu, mentoringu, czyli metodach opartych na zbudowaniu w „uczniu” metod pozwalających mu na wykorzystywanie własnych mocnych cech i precyzyjną samoocenę. Ale prawdziwą, a nie powtarzanie sloganu – NIE UMIEM.
Zastanawia mnie też, czemu nie są używane metody polegające na rejestracji danych ćwiczeń wykonywanych przez uczących się. Jedna z najlepszych metod do wskazania błędów – zamiast mówić, pokazuję i omawiam. Razem z pozostałą częścią grupy. Budujemy wtedy wsparcie. Ale jak nie mamy kamery – mamy aparaty foto. Nawet filmy możemy kręcić, choć gorszej jakości.
Czemu z tego korzysta tak mało instruktorów?
Długo mogę pisać na temat potencjalnych metod szkolenia jeźdźców. Ale nie o to chodzi. Raczej o dość smutną konkluzję, czy może pytanie – czy instruktorzy umieją uczyć?
Opiszę pewną sytuację sprzed jakiegoś czasu. Otóż młody adept jeździectwa otrzymał zadanie: popraw kontakt. Musisz poprawić kontakt. OK, tylko… co to znaczy? Czy naprawdę rola instruktora ma się sprowadzać do stwierdzenia CO JEST ŹLE? Czy może jednak powinno być stwierdzenie obszaru do poprawy, ustalenie przyczyny (nie zawsze zły kontakt wynika tylko z samych rąk, często z dosiadu, postawy, a czasem po prostu z braku równowagi), wskazaniu ćwiczeń nie tylko wykonywanych na koniu, a następnie określenie pewnego miernika, który powie, że już osiągnęliśmy założony poziom. Wiem, że przy 4 czasem 5 osobach na placu, ciężko, ale naprawdę warto, bo efekty potrafią wynagrodzić. A 2-3 minuty na jeźdźca indywidualnie to nie jest zbyt dużo czasu. Można to wszystko zrobić w czasie luzowania na koniec jazdy.
Trudny obszar, temat do nauki
Żeby już nie było tak źle o instruktorach i poziomie, bo nie to jest celem, kilka zdań o tym, czemu uważam, że trudno jest uczyć jazdy. O ile uczenie tylko człowieka jest rzeczą nieco łatwiejszą (ale na pewno nie prostą), o tyle nauka jazdy konnej, czy trening jest sprawą podwójnie skomplikowaną. Mamy do czynienia z dwoma uczniami, z których do każdego trafi inny przekaz. I nawet jeśli jeździec jeździ dobrze, a koń jest bardzo dobrze przygotowany – to nadal jest ryzyko porażki. Bo są to dwie istoty, które mają pracować w tandemie. A wystarczy przecież obejrzeć się dookoła, jak człowiek z człowiekiem czasem nie może się dogadać. Mimo, że też mogą być ekspertami w swoich dziedzinach. Kolokwialnie mówi się na to „brak chemii”, czyli brak porozumienia, tego nieco podprogowego, niewidzialnego. A więc najpierw instruktor musi ich nauczyć dogadywać się ze sobą. Na ziemi nieco prościej, nie ma walki o przywództwo (jak z reguły przy pierwszych jazdach) i do tego widać całe otoczenie. A dopiero jak się dogadają, to dopiero robimy coś dalej.
Przy zespołach koń – jeździec pojawia się problem nieco innej natury. Zmienić konia jest trudno… Szczególnie w sportach gdzie właściciel ma konia i w klubie, czy na rzecz owego właściciela jeździ jeden lub dwóch zawodników. Natomiast w rekreacji problem jest z drugiej strony. Bywa, że jeździec zmienia konia, bo na tym konkretnym jeżdżą mniej zaawansowane osoby i jest potrzebny do jazd dla początkujących. A więc „przesiadka” na innego, a czasem przy większych umiejętnościach na wolnego, jaki jest.
Czas na krótkie podsumowanie
Uczenie, szczególnie dzieci i młodzieży jest bardzo trudnym zadaniem. Z reguły wiele z tych postaw, jakie zostały wypracowane w stajni, przy nauce jazdy, zostaje na całe życie. Rozumiem hart i konieczność radzenia sobie z problemem w trakcie jazdy, ale nie pochwalam i nie rozumiem zachowań, w których ucząc się musi jeszcze odgadywać co instruktor ma na myśli, a do tego jak to zrealizować. Chyba nie tędy droga.
Wielu z Was Czytelników i Czytelniczek umie jeździć. Czasem lepiej czasem gorzej, ale powinniście doskonalić, a nie uczyć się. Mam też nadzieję, że instruktorzy umieją uczyć – lepiej niż wy jeździć.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Super, widzę, że doskonale rozumiecie co miałem na myśli. Idąc dalej, może się okazać, że moje ostatnie zdanie jest... mocno prawdziwe. Co do samych jazd, to trudno się nie zgodzić. Tym bardziej, jak czasem usłyszę jak do mojej Córci mówią koleżanki - z tatą to ty nie pogalopujesz za często... Cóż, niedługo zaczniemy znowu lonżę. A tak, bo wchodzimy na poziomy jazdy, w której już zaczyna się sztuka, a nie wyrobnictwo. Czyli trzeba "złapać", "zrozumieć" a nie odbębnić. A tutaj, niestety, jak jednocześnie mam pilnować wszystkiego, a raczej jeździec ma pilnować - to nie wierzę. Ot po prostu nie wierzę. Dlatego wole konia prowadzić na lonży, a dawać kolejne ćwiczenia. To coś podobnego, czego kiedyś nie rozumiałem jak mnie uczono strzelania tzw. bojowego. Po diabła 50 razy ćwiczymy złożenie. Dziś wiem, to jest automat, pamięć mięśniowa. Dlatego wprowadzę nowe dla stajni, ale znane ludziom którzy ze mną jeździli. Dla jeźdźca samodzielnego, jeżdżącego tereny i nawet na trudnych koniach, "wracamy" do lonży. Dla niektórych straszna kara. Ale jak się okazuje po wytłumaczeniu mam już kolejne osoby, które chciałyby żeby im lonżę poprowadzić. I nie chodzi o godzinę, czasem wystarczy 20-30 minut, ale dobrze zaplanowane i dobrze wykonane. I widać jak to mówią przyjaciele z Kamczatki - PROGRESS. Naprawdę miło widzieć postępy. Ale to instruktor musi się angażować, a nie odwalać robotę. Bo to nie tędy droga.
Ja powiem tak. Ogólnie w jeździectwie panuje taka dewiza jak "Jeździec uczy się jazdy konnej całe życie". Faktem jest, że pod tym kryje się wiele kwestii. Nie chodzi tylko o samą jazdę konną, ale o obcowanie z końmi i poznawanie ich oraz ich nawyków, bo jakby nie patrzeć każdy koń jest inny. To tak samo jak z ludźmi. W szkółkach problemem jest to, że czasami ludzie nie wiedzą co plotą i nigdy nie powinni mówić wprost "Nie umiesz jeździć konno" a raczej, czego nie potrafisz, w czym powinieneś się poprawić oraz co najważniejsze, jak masz to zrobić. Tak jak sam wspomniałeś. W szkółce nie powinien ktoś powiedzieć do jeźdźca "Popraw kontakt". Jeśli ktoś takie polecenie mówi, to od razu świadczy o jego kompletnym braku wiedzy jeśli chodzi chociażby o teorię jazdy konnej, a można i domniemać, że również ma kompletne braki umiejętności jazdy konnej. Dlaczego tak twierdzę? Bo w szkółkach często uczą i też tak sądzą, że kontakt to dwie równo napięte wodze, które jak sami twierdzą są na kontakcie. Albo są jakieś stwierdzenia które pojawiły się w miarę rozwoju a właściwie zacofania szkółek jeździeckich jak "trzymanie konia na luźnym kontakcie". Powie mi ktoś co to jest? Zapewne by padły odpowiedzi typu "No wówczas masz luźniejszą wodzę, która trochę zwisa i nie są takie napięte". Toć to totalna "bzdura". Nie wiem dlaczego, ale w szkółkach panuje przekonanie (i nie tylko w szkółkach) że kontakt to napięte wodze. Ale w takim razie skoro mam luźne wodze, albo ich nie mam to wychodzi na to, że nie mam konia na kontakcie? To tak samo jak stwierdzenie "Zbierz Konia". I co ludzie w szkółkach przez to rozumieją? Aby koń szedł zebrany, to trzeba zebrać wodze, bądź robić półparady, czy bóg wie co jeszcze sobie wymyślą i żeby koń szedł zganaszowany i jak koń ma taką "Łabędzią szyję" to wtedy koń jest zebrany. I jest to kolejny stereotyp który jest błędny, bo takie coś nijak ma się do zebranego konia. Więc powiem Tobie tak. W polskim jeździectwie jest dużo wad i dużo niedociągnięć, i nie chodzi tylko o podejście instruktorów/instruktorek do jeźdźców, ale nawet o ich wiedzę a właściwie niewiedzę. Czy znasz jakąś szkółkę, gdzie faktycznie patrzą na błędy? A co najważniejsze, czy znasz jakąś szkółkę w której zaczynają pracę od początku Twoich sekund kiedy siedzisz na koniu? Przeanalizuje sobie jak wygląda taka godzinna lekcja jazdy konnej. 1. Pierwsze parę minut, a czasami paręnaście stępujemy konika. Często mówią luźna wodza, wyluzuj się i rozstępuj konika. 2. Później czasami robią parę ćwiczonek na koniu w stępie, a czasami nie. Czasami powiedzą, zrób voltę, zrób półvolte, zmień kierunek przez środek i koniec pracy z koniem w stępie. 3. kłus i przejścia z kłusa do stępa i zatrzymania 4. galop i ewentualnie skoki 5. troszkę kłusa ale już nie w ramach treningu tylko jak to twierdzą niektórzy instruktorzy (aby się oddech unormował) 6. A na koniec stępujemy konika na luźnych wodzach, aby odpoczął. Więc jeśli w skrócie, tak wygląda godzina jazdy konnej, to czego wymagać od tych instruktorów aby rozumieli jeszcze sprawy związane z pedagogiką i zachowaniem, jeśli nawet lekcji na surowo nie potrafią porządnie przeprowadzić. Niestety, ale poziom jeździectwa w Polsce jest opłakany i puki ludzie nie będą mieć tego świadomości i starać się z tym coś zrobić to tak niestety pozostanie. Pozdrawiam Serdecznie i miejmy nadzieję że kiedyś ten poziom będzie wyższy.
Ja juz mam za soba kilkanascie lat spedzonych w siodle, bylam w wielu stajniach, i jak słysze co gadaja instruktorzy, to mam ochote jezdzc... z zatyczkami w uszach. Najlepsze co mozna zrobic zeby dobrze siedziec to jak najczestsze jazdy. W kazdej jednej stajni mówia co innego. Mam taki dziwny syndrom, ze zawsze jak trafiam do nowej, to instruktor ma uwagi, poprawia mnie takim zaskoczonym tonem, tez sysze ze nie umiem jezdzic itp. czesto nawet poprawiaja siodło na poczatku, potem zawsze przestaja. Jak trafiam do nowej stajni- znowu to samo. Juz w ogóle nie słucham tych uwag, niemniej po paru tygodniach jazdy mimo ze nie robie nic innego jak robiłam, sa zadowoleni. :) Oni chyba kazdemu musza wstawic jakas gadke- szmatke, zaby przekonac klienta, ze sie znaja na tym. LOL
Super, widzę, że doskonale rozumiecie co miałem na myśli. Idąc dalej, może się okazać, że moje ostatnie zdanie jest... mocno prawdziwe. Co do samych jazd, to trudno się nie zgodzić. Tym bardziej, jak czasem usłyszę jak do mojej Córci mówią koleżanki - z tatą to ty nie pogalopujesz za często... Cóż, niedługo zaczniemy znowu lonżę. A tak, bo wchodzimy na poziomy jazdy, w której już zaczyna się sztuka, a nie wyrobnictwo. Czyli trzeba "złapać", "zrozumieć" a nie odbębnić. A tutaj, niestety, jak jednocześnie mam pilnować wszystkiego, a raczej jeździec ma pilnować - to nie wierzę. Ot po prostu nie wierzę. Dlatego wole konia prowadzić na lonży, a dawać kolejne ćwiczenia. To coś podobnego, czego kiedyś nie rozumiałem jak mnie uczono strzelania tzw. bojowego. Po diabła 50 razy ćwiczymy złożenie. Dziś wiem, to jest automat, pamięć mięśniowa. Dlatego wprowadzę nowe dla stajni, ale znane ludziom którzy ze mną jeździli. Dla jeźdźca samodzielnego, jeżdżącego tereny i nawet na trudnych koniach, "wracamy" do lonży. Dla niektórych straszna kara. Ale jak się okazuje po wytłumaczeniu mam już kolejne osoby, które chciałyby żeby im lonżę poprowadzić. I nie chodzi o godzinę, czasem wystarczy 20-30 minut, ale dobrze zaplanowane i dobrze wykonane. I widać jak to mówią przyjaciele z Kamczatki - PROGRESS. Naprawdę miło widzieć postępy. Ale to instruktor musi się angażować, a nie odwalać robotę. Bo to nie tędy droga.
Ja powiem tak. Ogólnie w jeździectwie panuje taka dewiza jak "Jeździec uczy się jazdy konnej całe życie". Faktem jest, że pod tym kryje się wiele kwestii. Nie chodzi tylko o samą jazdę konną, ale o obcowanie z końmi i poznawanie ich oraz ich nawyków, bo jakby nie patrzeć każdy koń jest inny. To tak samo jak z ludźmi. W szkółkach problemem jest to, że czasami ludzie nie wiedzą co plotą i nigdy nie powinni mówić wprost "Nie umiesz jeździć konno" a raczej, czego nie potrafisz, w czym powinieneś się poprawić oraz co najważniejsze, jak masz to zrobić. Tak jak sam wspomniałeś. W szkółce nie powinien ktoś powiedzieć do jeźdźca "Popraw kontakt". Jeśli ktoś takie polecenie mówi, to od razu świadczy o jego kompletnym braku wiedzy jeśli chodzi chociażby o teorię jazdy konnej, a można i domniemać, że również ma kompletne braki umiejętności jazdy konnej. Dlaczego tak twierdzę? Bo w szkółkach często uczą i też tak sądzą, że kontakt to dwie równo napięte wodze, które jak sami twierdzą są na kontakcie. Albo są jakieś stwierdzenia które pojawiły się w miarę rozwoju a właściwie zacofania szkółek jeździeckich jak "trzymanie konia na luźnym kontakcie". Powie mi ktoś co to jest? Zapewne by padły odpowiedzi typu "No wówczas masz luźniejszą wodzę, która trochę zwisa i nie są takie napięte". Toć to totalna "bzdura". Nie wiem dlaczego, ale w szkółkach panuje przekonanie (i nie tylko w szkółkach) że kontakt to napięte wodze. Ale w takim razie skoro mam luźne wodze, albo ich nie mam to wychodzi na to, że nie mam konia na kontakcie? To tak samo jak stwierdzenie "Zbierz Konia". I co ludzie w szkółkach przez to rozumieją? Aby koń szedł zebrany, to trzeba zebrać wodze, bądź robić półparady, czy bóg wie co jeszcze sobie wymyślą i żeby koń szedł zganaszowany i jak koń ma taką "Łabędzią szyję" to wtedy koń jest zebrany. I jest to kolejny stereotyp który jest błędny, bo takie coś nijak ma się do zebranego konia. Więc powiem Tobie tak. W polskim jeździectwie jest dużo wad i dużo niedociągnięć, i nie chodzi tylko o podejście instruktorów/instruktorek do jeźdźców, ale nawet o ich wiedzę a właściwie niewiedzę. Czy znasz jakąś szkółkę, gdzie faktycznie patrzą na błędy? A co najważniejsze, czy znasz jakąś szkółkę w której zaczynają pracę od początku Twoich sekund kiedy siedzisz na koniu? Przeanalizuje sobie jak wygląda taka godzinna lekcja jazdy konnej. 1. Pierwsze parę minut, a czasami paręnaście stępujemy konika. Często mówią luźna wodza, wyluzuj się i rozstępuj konika. 2. Później czasami robią parę ćwiczonek na koniu w stępie, a czasami nie. Czasami powiedzą, zrób voltę, zrób półvolte, zmień kierunek przez środek i koniec pracy z koniem w stępie. 3. kłus i przejścia z kłusa do stępa i zatrzymania 4. galop i ewentualnie skoki 5. troszkę kłusa ale już nie w ramach treningu tylko jak to twierdzą niektórzy instruktorzy (aby się oddech unormował) 6. A na koniec stępujemy konika na luźnych wodzach, aby odpoczął. Więc jeśli w skrócie, tak wygląda godzina jazdy konnej, to czego wymagać od tych instruktorów aby rozumieli jeszcze sprawy związane z pedagogiką i zachowaniem, jeśli nawet lekcji na surowo nie potrafią porządnie przeprowadzić. Niestety, ale poziom jeździectwa w Polsce jest opłakany i puki ludzie nie będą mieć tego świadomości i starać się z tym coś zrobić to tak niestety pozostanie. Pozdrawiam Serdecznie i miejmy nadzieję że kiedyś ten poziom będzie wyższy.
Ja juz mam za soba kilkanascie lat spedzonych w siodle, bylam w wielu stajniach, i jak słysze co gadaja instruktorzy, to mam ochote jezdzc... z zatyczkami w uszach. Najlepsze co mozna zrobic zeby dobrze siedziec to jak najczestsze jazdy. W kazdej jednej stajni mówia co innego. Mam taki dziwny syndrom, ze zawsze jak trafiam do nowej, to instruktor ma uwagi, poprawia mnie takim zaskoczonym tonem, tez sysze ze nie umiem jezdzic itp. czesto nawet poprawiaja siodło na poczatku, potem zawsze przestaja. Jak trafiam do nowej stajni- znowu to samo. Juz w ogóle nie słucham tych uwag, niemniej po paru tygodniach jazdy mimo ze nie robie nic innego jak robiłam, sa zadowoleni. :) Oni chyba kazdemu musza wstawic jakas gadke- szmatke, zaby przekonac klienta, ze sie znaja na tym. LOL