Reklama

Nie zapomnę. NIGDY!

W sobotę 19 maja 2012 roku musiałam pożegnać moją najukochańszą klacz. Werę. To przeżycie pozostanie w moim życiu. Nigdy nie zapomną moich początków właśnie na tej klaczy.
Od samego początku towarzyszyłam przy nauce Wery. To ja prowadziłam ją w ręku, gdy Milena na nią wsiadała, a gdy ja na nią pierwszy raz wsiadłam nauczyłam ją ustępowania od łydki, wolnego i szybkiego stępa, kłusu i galopu. A gdy lonżowałam czułam, że mnie rozumie. Oczywiście nie zawsze było kolorowo, były również między nami sprzeczki. Jak na przykład ostatnio, gdy po zimie postanowiłam wyjechać na łąkę. Spadłam trzy razy, a za ostatnim razem skończyłam z podrapanymi plecami o deskę. Ale to była moja wina, ponieważ za szybko chciałam ją odseparować od innych koni, co przez całą zimę widziała je, gdy na niej jeździłam. Werę kochałam i nadal kocham jako tą moją pierwszą miłość, której nigdy się nie zapomina.
Mam tylko nadzieję, że ona mnie nie zapomni i że będę miała choć jeszcze jedną szansę aby na nią wsiąść.
W sobotę przyjechałam rowerem. Tokaj już witał się z klaczami (wymiana Tokaja na Werę), Wera była odseparowana od innych koni, ale razem z Weną (córką) czuły co się święci. Chodziły wzdłuż płotu denerwując się i co chwila rżąc. Ja już miałam łzy w oczach, ale nie chciałam płakać. Poszliśmy wszyscy na obiad. Przepyszny żur Pani Magdy. Przy obiedzie dziewczyna, która przywiozła Tokaja i dziewczyny, które zabrały Werę opowiadały o swoich ośrodkach. Po obiedzie czekaliśmy spróbowaliśmy załadować Werę do trailerki. Udało się za czwartym razem, gdy przyjechała Malwina. Pan Darek już od samego początku powtarzał, żebym nie płakała, bo jeśli chcę mieć hodowlę koni to z każdym prędzej czy później będę musiała się rozstać. Ja o tym doskonale wiem, ale czuje się przywiązanie do kogoś, kto darzył cię zaufaniem i kochał cię bez względu na to czy byłeś w dobrym czy złym humorze.
Po załadowaniu Wery mieliśmy następny problem Wera wspięła się jedną nogą na poprzeczną belkę a głowę miała przekrzywioną w prawą stronę. Ja widziałam to od tyłu. Nie mogłam nic zrobić, bo tylko bym zawadzała. Na szczęście Panu Darkowi i Malwinie udało się ją oswobodzić i uwiązać na dwa kantary, żeby czasem w drodze tak nie zrobiła. Gdy odjeżdżała patrzyłam tak długo jak tylko się dało na Werę, a gdy trailerka skręciła w prawo nie widziałam już mojej dziuby (tak ją nazywałam w gronie rodzinnym).
Później ja zabrałam się do odjazdu, ale najpierw Pani Magda i Pan Darek przytulili mnie i dali słowo otuchy :) (DZIĘKUJĘ). W drodze do domu łzy leciały mi jak z Niagary. Nie mogłam tego powstrzymać, co chwilę musiałam się zatrzymywać i wycierać łzy, bo nie widziałam drogi. Dopiero dwa kilometry przed domem ochłonęłam i przestałam płakać.
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    siskiss 2013-03-22 19:25:57

    przykro mi .. smutna historia ... ale najważniejsze, że o niej pamiętasz i zawsze będziesz ;*

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Zocha27 2012-07-13 16:08:52

    Przykro mi, ale czasem trzeba się rozstać z przyjaciółmi... Ja też coś takiego przechodziłam, kiedy sprzedano konia Banje. Nie był, nie był nawet stajni - ot, koń prywatny. Ale tak go kochałam...

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    warna 2012-05-27 18:10:06

    Mam podobnie z Warną, choć nie była moja to w zasadzie już na niej nie jeżdżę :((. co prawda jest nadal w stajni to nie to samo ;(. Ale teraz mam 2 swoje koniki :), przeznaczone do sportu.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama