Reklama

Niespodziewany początek

galopuje.pl
16/04/2012 13:08
W zimowe ferie, 2007r. wyjechałam z rodzicami w góry. Wyjazd jak każdy inny, tydzień wypoczynku od szkoły, trochę czasu spędzonego z rodziną. Ale te ferie dały początek mojej niesamowitej przygody, trwającej już 5 lat.

Zabrałam ze sobą grę planszową- wyścigi konne. Bardzo stara, zakopana kiedyś w zabawkach. Poprosiłam rodziców, żeby ze mną zagrali. W międzyczasie tata zaczął opowiadać, jak to fajnie byłoby mieć konia. Przez cały pobyt w Ustroniu, podsuwał mamie pomysły, jakby na żarty- "kupimy konia i będziemy cwałować jak indianie". Że przyjaciel taty nam pomoże, bo siedzi w koniach od kilkunastu lat, ma swoje i mógłby nas uczyć. Mama nie reagowała tak jak on, twierdziła że niepotrzebnie gada głupoty i robi mi nadzieje. Wróciliśmy do domu i temat ucichł. Ja w sumie też zapomniałam, że takie słowa miały miejsce.

W marcu, tego samego roku, w jakąś sobotę kazali mi się ubrać i powiedzieli że gdzieś mnie zabierają. Nie dopytywałam, po prostu wsiadłam do samochodu, zapięłam pasy i ruszyliśmy. Dojechaliśmy do mostku w Kobiórze. Skręciliśmy w jakąś betonową drogę przy rzece. Za zakrętem, zaczęły rozciągać się ogromne ogrodzone pola, na których pasły się konie. Weszliśmy do stajni, tata pokazał mi konie pana Bogdana, potem bawiłam się z psem- dużym, starym już owczarkiem podhalańskim Bacą.

Zaprowadził mnie pod jeden boks, z którego po chwili wynurzył się gniady koński łeb.
"To jest nasz koń"- usłyszałam i zamarłam. "Możesz ją pogłaskać, albo dać jej marchewkę" i pokazali mi jak ustawić dłoń. Bałam się, bo nigdy nie miałam styczności z koniem, nie jeździłam, a głaskałam tylko te malutkie kucyki na Zakopiańskich Krupówkach. Nie odnajdywałam się w
sytuacji, nie za bardzo wierzyłam, że to ogromne coś, jest moje :D

Wyprowadzili ją z boksu i przywiązali do stanowiska. Pamiętam, miała zielony zszarpany kantar i zielony uwiąz. W ogóle była brzydka. Chuda, miała blizny i okropnie ściętą grzywę. Z początku mi się nie podobała. Ale miała takie głębokie, smutne oczy. Widać było, że wiele przeszła i sama jeszcze nie czuje sie tutaj dobrze. Osiodłali ją, założyli ogłowie i zaprowadzili na maneż. Wsiadł na nią przyjaciel taty, który potem zaproponował, żebym wsiadła i ja. Jechaliśmy we dwójkę- ja siedziałam z tyłu przerażona i kurczowo się go trzymałam :) Teraz kiedy to wspominam, wszystko wydaje się takie komiczne :D

Na lonżę przypięli też mojego tatę. Wszyscy przyjęli nas bardzo ciepło i proponowali pomoc w opiece i nauce. Potem bywałam w stajni prawie codziennie. Przyzwyczajałam się do niej, uczyłam się czyścić, siodłać. Ale największy problem miałam z tym, żeby zapamiętać jej imię. Ciągle myliłam Liberię, z Syberią :D Teraz, po pięciu latach nadal pamiętam każdą ważną chwilę. I ten dzień, który odmienił całe moje życie. A imię mojego konia, zdobi zawieszkę łańcuszka, który zawsze mam przy sobie.
I choć język tej krótkiej historii może nie jest ładny, to ukazuje jak to wszystko się zaczęło i jak sprawiło, że moje życie całkowicie się odmieniło dzięki jednej małej, brzydkiej kiedyś klaczy.
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    siskiss 2013-03-22 19:13:33

    zazdroszczę rodziców :P super historia czytałam z zainteresowaniem :D

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    buba 2012-04-18 21:01:58

    Ciekawa historia!Ja też w życiu przeżyłam kilka chwil których nie zapomnę do końca życia , a zdarzyły się one w najmniej oczekiwanym momencie;)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    AgnesC 2012-04-17 04:01:20

    Tylko pozazdrościć takiej historii i własnego konia :)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama