Reklama

Niezwykły obóz konny

galopuje.pl
19/05/2012 11:13
Nie każdy ma to szczęście, by urodzić się i wychowywać w "końskim" otoczeniu. Nie każdy mieszka w miejscu, gdzie hoduje się te cudowne zwierzęta lub gdzie (blisko) znajduje się szkółka jeździecka. Nie każdy ma tyle czasu, by jechać na cały dzień do stadniny i spędzić go ze swoim ulubionym wierzchowcem. Nie każdy ma rodziców-koniarzy, którzy sami wyganialiby "na konie".

Tym "nie-każdym" jestem między innymi ja. Mieszkam na wsi, moi rodzice mają gospodarstwo rolne; kiedyś mieliśmy konie, jednakże rewolucja przemysłowa wytępiła je z naszej wsi. Moją kochaną Soniulę, która (jeszcze to pamiętam) czasem robiła za ciągnik, sprzedano 12 lat temu... Najbliższa szkółka jeździecka znajduje się w odległości ponad 20 km – może to nie dużo, ale - jak to często na wsi bywa - nie ma nikogo, kto by cię tam zawiózł (tłumaczenie typu: "nie ma czasu na głupoty").

Kiedy miałam kilka lat, zawsze czekałam na letnie obozy Parafiadowe (KRUS zawsze coś takiego organizował dla dzieci rolników), bo może mogła się nadarzyć okazja, by pojeździć konno... Taka okazja nadarzyła się dość szybko, bo w 2007 roku. Jak dotąd to jest mój jedyny większy `wypad na konie`, chociaż do typowego obozu konnego to mu wiele brakowało. Mimo wszystko lubię nazywać Te właśnie letnie kolonie - Moim Pierwszym Obozem Konnym, bo tu nauczyłam się jeździć. Zawsze będę go miło wspominać i nigdy nie zapomnę :D

Obozy Parafiadowe odbyły się 7 – 16 VII 2007 r. w Borkowie (woj. świętokrzyskie; Ośrodek Wypoczynkowy UROCZYSKO). Była to piękna wieś położona niedaleko Kielc – sam ośrodek znajdował się pośród sosnowego lasu, z jednej strony ograniczał go sztuczny zbiornik wodny oraz rozległe łąki i pastwiska. W planie mieliśmy przewidzianą 1 godzinę jazdy konnej, dlatego wspomniałam wcześniej, że nie był to (w zasadzie wcale) obóz konny. Jednakże dla mnie – dziewczyny zakochanej w koniach i jednocześnie tej, która nie mogła wśród nich przebywać – los na turnusie szczęśliwie się uśmiechnął.

Z Warszawy do Kielc jechaliśmy pociągiem. Nie był to wygodny transport biorąc pod uwagę niewielką odległość dzielącą te dwa miasta, ale bardzo istotny. W przedziale bowiem poznałam koleżankę, która jeździ konno – Martę Onuszkiewicz. Szybko się ze sobą zaprzyjaźniłyśmy. Ona opowiadała mi o koniach wszystko, a ja chciwie słuchałam. Na miejscu dostałam pokój z innymi dziewczynami, ale to z Martą chodziłam wszędzie i rozmawiałam – o czym? A jak myślicie? :D Myślałam, że jestem najszczęśliwszą osobą na całym świecie. Po raz pierwszy w ciągu mojego krótkiego i monotonnego życia mogłam z kimś porozmawiać na temat, który mnie zawsze interesował.
Pierwsza (i jedyna) godzina jazdy nadarzyła się nader szybko, bo następnego dnia. Poszłam razem z Martą na pastwiska za ośrodkiem, gdzie znajdował się kolisty plac do ćwiczeń. Na środku stały 3 konie. Ogólnie było ich więcej, ale plac był za mały, by pomieścić inne zwierzęta. Pierwszy rzucił mi się w oczy kary olbrzym. Wszystkich wprawiał on w zachwyt. Każdy chciał go pogłaskać, więc ja – jako jedna z najdrobniejszych uczestników turnusu mogłam sobie tylko o tym pomarzyć. Mysz nie przecisnęłaby się przez ten tłum. Z nieskrywaną zazdrością dostrzegłam Martę wspinającą się na ogrodzenie i obejmującą z dumną miną szyję karosza. Popatrzyłam na dwa pozostałe konie. Była tam kasztanka z białą gwiazdką na czole oraz dereszowaty wałaszek (tak wstępnie oceniłam płeć – jak się później okazało – nie pomyliłam się co do tego). Strasznie podobała mi się kakaowa, dropiata maść tego ostatniego i jednocześnie najmniejszego konika.
Na plac weszła instruktorka. Była wysoką i szczupłą blondynką, ze słomianymi długimi włosami zebranymi w kucyk. A miała coś tak przenikliwego w swych szarych oczach, że wszyscy oblegający karego ogiera, odsunęli się i zapadła cisza. Jako że ja stałam trochę na uboczu, z dala od wszystkich, blondynka uśmiechnęła się do mnie i zwróciła do całej reszty (już bez uśmiechu, jedynie z tym dziwnym stalowym spojrzeniem):
- To kto miał jechać pierwszy?
Oczywiście żadnych przydziałów kolejności nie było. Mieliśmy po prostu dobrać się w 3-osobowe grupy i stawić przed instruktorką. Można było to przewidzieć – pierwsza z szeregu wyskoczyła Marta:
- Ja i Mariola i...
- I... ? - przeciągnęła samogłoskę blondynka.
- I ja – odezwał się z tłumu jakiś chłopak.
Nadal nie wiem, kto to był. Marta mi o nim coś mówiła, ale wtedy w głowie mi były tylko konie. Ten chopaczyna był jak na mój gust zbytnio w sobie zadufany, a to z powodu (jak później tłumaczyła mi Marta), że jeździ konno praktycznie od dziecka i bierze udział w jakichś tam zawodach konnych.
- No dobrze – instruktorka wyciągnęła z kieszeni notatnik – proszę mi podać wasze nazwiska.
Polecenie zostało spełnione i już po chwili staliśmy na placu razem z końmi. Ja nadal nie mogłam uwierzyć, że tu jestem. Patrzyłam na najcudowniejsze zwierzęta chodzące po naszym globie i przypomniała mi się moja Sonia – tak podobna do stojącej tu kasztanki, z tak samo aksamitnie miękkimi chrapami.
Konie nazywały się odpowiednio: kary – Mawro, kasztanka – Migotka, deresz – Koko. Byłam tak zaabsorbowana podziwianiem trzech stojących tu piękności, że ledwo słyszałam błagania Marty, by to ona mogła jechać na karym.
- Na karym pojedzie ten maluch – ucięła pani Kasia (tak miała na imię; nazwiska niestety nie pamiętam – chyba nawet nigdy go nie poznałam).
Mój dziecięcy umysł zajęty całkowicie dotąd patrzeniem na konie, zaczął powoli przyswajać to, co zostało przed chwilą powiedziane. A kiedy przeanalizował, że owym „maluchem” jest nie kto inny, ale jego właścicielka, wysłał informację do mięśni, która zapewne brzmiała: „paraliż!”. I ja sobie nie żartuję – dosłownie: wmurowało mnie w ziemię! Ja naprawdę byłam malutka! Popatrzyłam na Mawro – sięgałam mu zaledwie do połowy popręgu...
Marta otrzymała Migotkę, a obojętny na wszystko chłopak – Koko. W zastępie mieliśmy jechać od najmniejszego do największego konia, a więc: Koko, Migotka i Mawro. Trudno jednak sobie wyobrazić moją konsternację, gdy stałam obok największego konia jakiego w życiu widziałam i nie mogłam włożyć nogi w strzemię, które zwyczajnie było za wysoko.
Marta i chłopak siedzieli już w siodłach, regulowali długości strzemion, zapinali sprzączki toczków... Podeszła do mnie instruktorka – z tym samym ciepłym uśmiechem na twarzy i bez zbędnych słów podsadziła mnie na grzbiet olbrzyma. Musiała się prędko domyślić, że ma do czynienia z laikiem, bo sama uregulowała mi długości strzemion, podciągnęła popręg, pokazała jak trzymać wodze – wszystko bez jednego słowa; jedynie ten dziwny uśmiech gościł na jej twarzy.

W zasadzie miałam to szczęście, że Mawro szedł na końcu, a ściślej ujmując – szedł za dwoma poprzednimi końmi, toteż nie musiałam zbytnio ingerować cuglami podczas jazdy (może to dlatego dostałam w przydziale tego konia???). Dla człowieka, który pierwszy raz siedzi w siodle, godzina jazdy to za mało. Ja miałam wrażenie, że jechałam może 15 minut. Cały świat nie istniał. Były tylko dźwięki: brzęczenie kółek wędzideł, skrzypienie skóry siodła, równomierny oddech koni oraz rytm – niczym kołysanie do snu...
Z zamyślenia wyrwała mnie Marta: „Mariola! Zakłusujmy” - zaproponowała
- Umiesz kłusować? - zapytała pani Kasia.
W tej chwili spiekłam niezłego raka. Marcie opowiadałam, że kiedyś jeździłam i jeździć potrafię. Przynajmniej tak mi się wydawało. Moja mama zawsze mi powtarzała, że Polacy mają jazdę konną we krwi – wsiadają na konie i wiedzą co robić – proste, nie? Ja również tak myślałam, ale siedząc na Mawro to wrażenie mnie opuściło.
- Nie bardzo – odpowiedziałam cichutko i dalej jechaliśmy stępa.
Było mi głupio z tego powodu. Mówiłam wcześniej Marcie, że jeździłam konno, jednak ta jazda w rzeczywistości ograniczała się do jazdy bryczką, a woźnicą był mój dziadek. Marta była po prostu zła – chciała pokłusować i dlatego wybrała do trójki między innymi mnie, a tu masz babo placek – ja nie wiem co to kłus! Co prawda widziałam, jak koń kłusuje, ale nie przypuszczałam, że skłonienie go do przyspieszenia biegu, wymaga nauki. Dziadek cmokał na Sońkę, albo strzelał lejcami. Ja natomiast myślałam, że konia wystarczy uderzyć w boki piętami i już idzie szybciej – zresztą tak było na filmach westernowych. Jak bardzo byłam w błędzie, miałam dowiedzieć się w ciągu najbliższych dni...

Marta się na mnie obraziła – okłamałam ją, więc w odwecie rozpowiadała wszystkim jaka to ze mnie niezdara i kłamczucha. Mi było przykro, ale od urodzenia jestem typem samotnika, więc towarzystwo innych ludzi nie było u mnie priorytetem. Po tej jeździe często chadzałam na pastwiska. Stwierdziłam, że do szczęścia mi nic więcej nie potrzeba. Wykupiłam też wszystkie pocztówki ze sklepiku z wizerunkami koni, by mieć co rysować w domu :p. Rodzicom wysłałam widokówkę z Kielc (bo szkoda było mi zapisywać „końskiej” kartki). Żałuję tylko, że nie mogłam nigdzie dostać kliszy do aparatu (co miałam właśnie zrobić na miejscu), więc nie mogłam udokumentować na zdjęciu swojego pierwszego pobytu w siodle.

Pewnego dnia, kiedy tak siedziałam na trawie i wpatrywałam się w biegające konie, dostrzegła mnie instruktorka. Podeszła i poprosiła, bym pomogła jej przy koniach. Byłam trochę zszokowana, bo na koniach się praktycznie nie znałam. Owszem, miałam dużą wiedzę teoretyczną, wynikającą z lektur wielu książek i czasopism hippicznych, ale praktyki w zasadzie ZERO! Pani Kasia wzięła za uzdę kasztankę i ruszyła w kierunku stajni.
- Ty weź Mawro i chodź za mną – rzuciła jeszcze przez ramię i szybko oddaliła się z klaczą.
Tym razem mój mózg nie wysłał informacji: „paraliż”, ale: „szybko! Pani już poszła, a ty tu sterczysz!?” W zasadzie innego wyboru nie miałam. Popatrzyłam jeszcze na karego olbrzyma i odwiązałam lonżę. Starałam się być spokojna, bo konie potrafią wyczuć strach u człowieka i zrobić mu niezłego figla; poszłam stanowczym krokiem do stajni (zgodnie ze wskazówką mojego pierwszego „Poradnika Opiekuna Konia”).
No i co? Udało się! Pani odebrała ode mnie lonżę i wprowadziła zwierzę do boksu. Razem poszłyśmy do biednego wałaszka Koko, którego męczyły gzy i ślepaki. Ja, jako że często miałam do czynienia z tymi pasożytującymi na moich krówkach owadami, przyskoczyłam do niego w dwu susach i pozabijałam większość, a reszta uciekła.
- Przeklęte robactwo; Koko musi mieć jakąś słodszą krew, bo nigdy nie ma spokoju – powiedziała instruktorka i zabrała się do rozwiązywania postronku.
- Te zielone to małe piwo – zaczęłam trochę nieśmiało – gorsze są te duże brązowe, samice. One składają jaja pod skórą na nogach, potem wylęgają się larwy i wędrują przez cały organizm na grzbiet, gdzie się wylęgają.
Blondynka spojrzała na mnie z zaciekawieniem:
- A skąd to wiesz?
No i chcąc nie chcąc, opowiedziałam całą historię z moimi krowami, a potem zaczęłam gadać coś „trzy po trzy” - jak zawsze, gdy ktoś mnie zechce słuchać xp. W międzyczasie nakarmiłyśmy wszystkie konie, wyczyściłyśmy kucyki i tak zeszło całe popołudnie.
- Koniom potrzebny jest ruch, a jutro nie ma żadnych jazd. Przyjdź jutro rano to pojeździmy.
Reszta dnia nie była w tym momencie istotna, mimo iż działo się wiele ciekawych rzeczy. Pamiętałam tylko to, iż nie mogłam się doczekać OWEGO jutrzejszego ranka.

Nauczona tego, że zwierzęta rozpoczynają dzień o świcie, wstałam przed piątą; cichutko, by nie budzić współlokatorek i poszłam na łąki. Jak dobrze przewidziałam, pani Kasia zjawiła się przed stajnią tuż po mnie i nie mogła ukryć zdumienia. Przywitałyśmy się i poszłyśmy do siodlarni.
To była moja pierwsza lekcja obchodzenia się z koniem. Najpierw czyszczenie – z tym kłopotów nie miałam, bo czynności z mojego końskiego poradnika znałam na pamięć. Dalej instruktorka cierpliwie tłumaczyła mi, jak zakłada się siodło, jak uzdę z wytokiem, etc... Następne w punkcie było wsiadanie – tym razem miałam łatwiej, bo jechałam na Koko. Toteż wsiadłam sama. Pani wzięła Migotkę, a Mawro miał wolne, bo dostał jakiejś wysypki. Instruktorka zawsze mówiła o nim „alergik”. Ta jazda była trudniejsza – po pierwsze: jechaliśmy w teren, gdzie nie było barierek, więc trzeba było kontrolować obie strony konia (by nie odbijał w prawo i w lewo), a po drugie: jechałam pierwsza... Pani podążała w ślad za mną i co chwila udzielała rad. Nigdy bym nie pomyślała, że jeżdżąc konno, jeździec musi być skoncentrowany na tylu rzeczach na raz: wyprostowana sylwetka, stały kontakt łydki i kolana z końskim bokiem, rytmiczne uciskanie boku konia nogami, by nie zwalniał, do tego kontakt ręki z pyskiem i oddawanie, i zbieranie wodzy. Niektórym może się wydawać to śmieszne, ale dla mnie było to trudne. Pod koniec instruktorka powiedziała mi, że świetnie się trzymam w siodle i że mam „rękę” do koni; szkoda, bym to zmarnowała. Po pierwszej godzinie fachowej nauki jazdy nie ujęłabym tego w takie słowa...
W ciągu pozostałych dni miałam jeszcze dwie takie nieformalne lekcje. Nikt o tym nie wiedział, ponieważ jeździłyśmy wcześnie rano i wracałyśmy zawsze przed szóstą, a więc przed pobudką. W zasadzie dużo się w ciągu tego krótkiego czasu nauczyłam: właściwego dosiadu, operowania środkiem ciężkości, ruszania i hamowania, skręcania, przechodzenia ze stępa do kłusa i na odwrót. Oczywiści było mi dane doznać tego okropnego bólu mięśni nóg, ale po każdej lekcji stwierdzałam, iż to uczucie jest raczej miłe. Na pewno milsze niż zakwasy po biegach.

Pod koniec turnusu nadarzyła się jeszcze jedna okazja by pojeździć. Tym razem oficjalnie, z innymi uczestnikami koloni. Na Migotce znów jechała Marta, ale i tak nie udało jej się pokłusować, bo jechała z młodszymi od siebie dzieciaczkami. Kiedy ja miałam jechać – poszła. Było mi smutno, bo polubiłam ją i chciałam, by zobaczyła moje postępy. Znowu przypadł mi w udziale Koko. Mimo iż lubiłam Mawro, był dla mnie zbyt monumentalny. Deresz miał wesoły charakterek. Ciągle kiwał głową i (na złość Migotce) zatrzymywał się nagle (gdy p. Kasia spuściła go z oka); biedna klacz wpadała mu na zad, przy czym kopała Mawro, gdy ten wpadał na nią. Mi się to już nie zdarzało – pamiętałam bowiem, o systematycznym poganianiu konia. Konie musiały na siebie wpadać, bo padok był maleńki, więc nie było możliwości zachowania należytej odległości, wynoszącej jedną długość konia.

Te kolonie to był najcudowniejszy wakacyjny wyjazd w moim życiu. Oczywiście jazda konna nie była tu kluczowym elementem – miała być jedyną z atrakcji w myśl naszego motta: „Ruch rzeźbi umysł, serce i ciało”. Dla mnie był to MÓJ obóz konny i na razie jedyny. Szkoda tylko, że nie znam nazwiska mojej instruktorki, która na pożegnanie mi jeszcze powiedziała: „Dobrze by było, byś dalej uczyła się jeździć”.
Do domu wróciłam pełna nadziei, że rodzice zaczną mnie wozić na lekcje. Ale marzenia swoje, a życie swoje...

Ponieważ nie mam zdjęć dokumentujących mój pobyt w siodle, w galerii można znaleźć nasze zdjęcia grupowe, na których jestem ja (zaznaczona kółeczkiem).
Na zdjęciach również są moje pocztówki z końmi i inne widokówki oraz dyplom uczestnictwa w Obozie Parafiadowym. Jest też pocztówka, którą wysłałam do rodziców i pocztówka "parafiadowa", którą dostawaliśmy od organizatorów razem z innymi "gadżetami".
http://parafiada.pl/UserFiles/File/obozy/2007/wakacje/Borkow070716072007r.pdf (to jest link do strony, gdzie jest moje nazwisko i imię - napisane z błędem, ale błędy często się tam zdarzały; jak można przeczytać, mieliśmy w planie tylko jedną godzinę jazdy konnej – można powiedzieć, że miałam olbrzymie szczęście).
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Pattka 2013-04-29 11:52:53

    CZytałam jednym tchem. Mam bardzo podobną sytuację do ciebie- bo kto by chciał cię zawzić na jazdę, czekać i wracać? W tym roku jadę na prawdziwy obóz konny i mam nadzieję, że czegoś się nauczę ;)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    nancy 2012-08-28 18:18:08

    Czytam tekst już kolejny raz i nadal jestem pod wrażeniem:)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    alexandra93 2012-06-26 01:19:28

    moi rodzice nie pozwalaja mi na kontynuowanie jazdy konnej :( a jezdzilam przez 4 lata ;(

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama