Ostatnie wakacje spędziłam na obozie jeździeckim w Gutowie, stadninie mieszczącej się w województwie wielkopolskim. Turnus, na którym byłam, trwał prawie dwa tygodnie. Podczas pobytu w "SK Studniewski" (bo tak brzmi pełna nazwa stajni) przeżyłam wiele niezapomnianych chwil, zarówno w siodle, jak i na ziemi.
Z wielką niecierpliwością wyczekiwałam pierwszego dnia obozu, a kiedy wreszcie nadszedł, byłam bardzo pozytywnie nastawiona. Nigdy wcześniej nie spędziłam wakacji na obozie konnym, więc cieszyłam się, że tegoroczne lato będzie wyglądało inaczej niż zwykle. Do Gutowa wybrałam się wraz z przyjaciółką Olą.
Kiedy skierowałyśmy się do recepcji, pani przekazała nam, że będziemy mieszkać w pokoju także z dwoma innymi dziewczynami. Przywitałyśmy się więc ze swoimi współlokatorkami, zostawiłyśmy rzeczy w niedużym pokoju, który został nam przydzielony, i poszłyśmy zobaczyć stadninę. Niektóre konie przebywały w boksie, ale większość pasła się na padoku, ponieważ to był słoneczny, lipcowy dzień. Na terenie stadniny znajdowały się dwie stajnie, kilka pastwisk, hala, w której jeździliśmy w deszczowe dni, dwa place do jazdy i lonżownik. Ośrodek był naprawdę duży - w jego skład wchodził także park, pałacyk i stołówka, niedaleko której mieściła się restauracja "Jesionowy Dwór". Gdy chciałyśmy wrócić do pokoju, by rozpakować swoje rzeczy, miałyśmy problemy z orientacją - nie mogłyśmy go znaleźć! Już następnego dnia znałam wszystko na pamięć i myśl, że w Gutowie można się "zgubić" wydawała mi się niemożliwa!
Szczerze mówiąc, pokój nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia. Przede wszystkim był mały, meble trochę skrzypiały. Podobało mi się natomiast to, że każdy pokój ma swoją nazwę, zaczerpniętą od imion koni. Ja mieszkałam w "Luckym" - w rzeczywistości jest to bardzo spokojny, siwy wałach, na którym raz miałam okazję jeździć. Po rozpakowaniu walizek instruktorki ogłosiły zbiórkę. Wszyscy obozowicze zebrali się pod pałacykiem, a następnie każdy się przedstawiał, mówił, jakie są jego umiejętności jeździeckie i jak długo jeździ konno. Następnie musieliśmy wsiąść na konia na lonżowniku, żeby instruktorki mogły ocenić to, jak potrafimy jeździć konno i przypisać nas do odpowiedniej grupy: początkującej, średniozaawansowanej lub zaawansowanej. Poziom był naprawdę wysoki - wszyscy "średniacy" potrafili galopować i skakać, a jeźdźcy z grupy zaawansowanej skakali naprawdę gigantyczne przeszkody.
Później mieliśmy czas wolny, a wieczorem w hali zorganizowany został turniej badmingtona. Podobało mi się to, że w Gutowie nie ma żadnego przymusu - można było robić to, na co ma się ochotę. Uczestniczenie w różnych ciekawych zajęciach organizowanych po kolacji także nie było obowiązkowe.
Jazdy konne rozpoczynały się wcześnie rano, ponieważ później robiło się gorąco. Mieliśmy jazdy przed śniadaniem i po obiedzie. Sposób prowadzenia jazd bardzo mi się podobał. Instruktorka zwracała uwagę nie tylko na błędy, ale także na to, co robimy dobrze. Nie jeździliśmy w zastępie - każdy sam kierował koniem. Było dużo skoków, jazdy nie były monotonne i takie same, ponieważ instruktorka starała się je urozmaicać. Raz wjeżdżaliśmy na górki, innym razem wykonywaliśmy kadryla, jeździliśmy na oklep lub skakaliśmy przez kłodę. Niestety nie jeździliśmy w teren, ale i tak jazdy były bardzo ciekawe.
Mogliśmy dużo czasu spędzać z końmi, nie tylko na jeździe. Czas wolny był prawie non stop, więc trzeba było go jakoś wykorzystać. Każdy codziennie miał dyżury w stajni, a poza tym można było czyścić konie, jeśli instruktorka na to pozwalała. "Maskotką" stajni był gniady kuc szetlandzki o imieniu Wojtuś. Właścicielowi stajni służył jako "kosiarka" - często na noc był wypuszczany i mógł swobodnie chodzić sobie po terenie stadniny, podjadając trawę. W dzień, za zgodą pani instruktorki, brałyśmy go na halę lub wypasałyśmy go na trawniku. Kucyk nie chodził w jazdach - był bardziej taką "ozdobą" stajni. Na hali spuszczałyśmy go z uwiązu, żeby się wyszalał i wybrykał. Każdy koń chodził 4 godziny dziennie - po dwie godziny rano i dwie po południu. Były dwie zmiany, więc na jednego konia przypadała dwójka jeźdźców. Gdy było zimno i padał deszcz, jeździliśmy na hali.
Jak już wcześniej wspomniałam, codziennie wieczorem mieliśmy jakąś atrakcję. Drugiego dnia obozu urządziliśmy wspinaczkę. Ściana stajni była dość wysoka, pokrywały ją specjalne "kamyczki" ułatwiające wspinanie się, więc to po niej wchodziliśmy do góry, przypięci do liny asekuracyjnej. Trzeba przyznać, że pierwszym razem trochę się bałam, ale potem odważyłam się powtórzyć to jeszcze raz, bo przekonałam się, że to nic strasznego. Często po prostu oglądaliśmy filmy, graliśmy w siatkówkę lub po południu kąpaliśmy się w fontannie.
Innym razem braliśmy udział w pięcioboju. Najpierw podzieliliśmy się na grupy liczące mniej więcej 4 osoby, a następnie każda po kolei startowała. Musieliśmy przepłynąć jezioro pontonem (nie było głębokie), później pobiec z nim do miejsca, gdzie trzeba było złożyć ogłowie z odpiętymi częściami, potem mieliśmy za zadanie rzucać podkowami do kosza, wreszcie mieliśmy w workach przybiec na metę. Pięciobój należał chyba do najfajniejszych zajęć, ale bez wątpienia każdy obozowicz zgodzi się ze mną, że najbardziej ekscytującym przeżyciem w Gutowie były podchody nocne. Grupa "uciekających" wyruszyła o godzinie 22:30, zaś ja, razem z całą grupą "szukających" wyszliśmy ze stajni pół godziny później. Instruktorka szła na przodzie, trzymając latarkę, a pozostali z tyłu. Maszerowaliśmy kilka godzin przez ciemny las, po drodze wypełniając zadania pozostawione przez grupę "uciekających". Szukaliśmy strzałek narysowanych na ziemi i choć czasem mieliśmy wątpliwości, czy idziemy w dobrym kierunku, to jednak nie zgubiliśmy się, bo instruktorka dobrze znała te okolice. Wróciliśmy do ośrodka o trzeciej nad ranem (!), a musieliśmy jeszcze znaleźć drugą grupę, która schowała się na terenie stadniny. Sprawdziliśmy chyba każdy kątek, a okazało się, że "uciekający" schowali się pod murem.
Niezapomniany był także chrzest jeździecki, który miał miejsce pod koniec obozu. Byliśmy trochę zdziwieni, dlaczego instruktorka kazała przerwać nam oglądanie filmu i natychmiast stawić się w hali, aby ją posprzątać, ale nikt nie protestował. Trochę pomarudziliśmy, a jednak zrobiliśmy to, o co pani nas poprosiła. Nikt nie wyczuł podstępu - gdy zapaliliśmy światło, naszym oczom ukazały się trzy przeszkody, miejsce, gdzie pełno było błota, szyszki i pokrzywy rzucone na ziemię, a obok nich skrzynki, wiadra z wodą i gąbki. Kiedy pani krzyknęła: "No dobrze, zaczynamy! Proszę odłożyć ubrania, które szkoda ubrudzić, na bok...", nikt nie miał już żadnych wątpliwości, co go czeka... Dziewczyny, które rok temu były już w Gutowie, bezlitośnie poganiały nas bacikami, gdy na kolanach przechodziliśmy przez błoto i skakaliśmy przez przeszkody. Musieliśmy zjeść obrzydliwą mieszankę cuchnącą czosnkiem, później zostaliśmy oblani wodą z wiader i szorowani gąbkami służącymi do mycia koni, a na końcu zeskoczyliśmy ze skrzynki na pokrzywy i szyszki, głośno wołając: "Jestem dupa, a nie jeździec!".
Dzień przed wyjazdem do domu zorganizowaliśmy zawody. Najpierw zgodnie ustaliliśmy, że będziemy na placu jechać tor "crossowy". Mieliśmy wjeżdżać kłusem na górki, zrobić slalom wokół stojaków na przeszkody, przejechać przez rów i galopem najechać na kłodę. W rzeczywistości było to bardziej skomplikowane, ale łatwe do zapamiętania. Obawialiśmy się, że pogoda popsuje nasze plany, dlatego nauczyliśmy się także programu ujeżdżeniowego (w przypadku deszczu konkursy miały odbyć się na hali).
Niestety już od rana padał deszcz i było zimno. Musieliśmy więc jechać program L1. Poczułam się zawiedziona, podobnie jak inni uczestnicy obozu. Wszyscy ubrali się dzisiaj schludnie i elegancko, koniom zaplotliśmy grzywy. W Gutowie jeździłam na różnych koniach, ale najbardziej polubiłam wysoką, gniadą klacz - Izę. Jest ona bardzo spokojną kobyłką, czasami jednak troszkę się leniła. Zdecydowałam, że to na niej wystartuję. Mimo tego, że nie zajęłam żadnego miejsca na podium, byłam z siebie zadowolona. Nawet nie zauważyłam, kiedy minęły te dwa tygodnie spędzone w Gutowie. Dzień wyjazdu nadszedł szybciej, niż sądziłam. W Gutowie spędziłam czas z końmi, przeżyłam mnóstwo wspaniałych chwil. Na pewno nigdy tego nie zapomnę!
Jeśli wybierasz się do Gutowa...: - lepiej zabierz ze sobą kask (nie wiem, czy jest możliwość wypożyczenia, ponieważ wszyscy obozowicze mieli własne) i bacik (może się przydać). - zorganizuj sobie transport, bo dojazd jest na własną rękę. Dla przypomnienia: "SK Studniewski" znajduje się w województwie wielkopolskim, niedaleko Ostrowa Wielkopolskiego. - pamiętaj, że w każdej chwili możesz korzystać z usług restauracji "Jesionowy Dwór". Niedaleko mieści się także sklep spożywczy (osoby, które podczas obozu spadły z konia, mają obowiązek kupić czekoladę!) - weź ze sobą elegancką bluzkę na zawody (możesz także kupić sobie gumeczki do grzywy) - nie daj się podstępem zwabić do hali, bo czeka cię tam chrzest! :)
I jeszcze jedno: nastaw się pozytywnie, w końcu czekają cię wspaniałe dwa tygodnie! :)
Komentarze