Reklama

Obóz marzeń ..

09/05/2012 14:28
Nadszedł długo oczekiwany wyjazd na obóz konny do Stajni ,, Black Horse"". Turnus trwał 14 pięknych dni mojego życia. Dopiero dzień przed wyjazdem zaczęłam się pakować. Do walizki spakowałam oczywiście koszulę w kratę , kowbojki, kapelusz.. Wygodne dresy i koszulki do spania oraz strój kąpielowy. Nadszedł wieczór, z wrażenia, że jutro wyjeżdżam na mój upragniony obóz nie mogłam zasnąć. Po ciągnącej się nocy , nastał ranek. Wstałam podekscytowana.. Ubrałam się , nie miałam ochoty nawet nic jeść. Rodzice koło 8 zawieźli mnie na stację , gdzie wsiadłam w pociąg. Przejeżdżałam przez Wrocław , Świebodzice , Boguszów oraz kilka mniejszych wiosek. Po 3 godzinach drogi dotarłam na miejsce. Wsiadłam w autobus i dojechałam no malowniczej wioski- Sokolec. Na szczytach gór zobaczyłam stado pasących się koni. Dotarłam do agroturystyki gdzie spotkałam moją grupę, z którą miałam uczęszczać na jazdy. Zapoznałam Martę z którą od razu się zaprzyjaźniłam. Dochodziła godzina 16. Opiekunowie oznajmili nam ,że nadszedł czas na naszą przygodę w siodle. Szybko włożyłam na nogi kowbojki, na głowę założyłam mój skórzany kapelusz. Ruszyliśmy w stronę stajni. W padoku czekały już na nas koniki. Od razu moją uwagę przyciągnęła gniada ślązaczka z wielką latarnią na głowię. Na początek zostaliśmy ciepło przywitani przez Panią Instruktor. Pani Iza podzieliła nas na grupę początkującą oraz grupę zaawansowaną. Wraz z Martą trafiłyśmy do grupy zaawansowanej. Wtedy zaczęła się nasza westernowa przygoda. Do opieki na 14 dni dostałam klacz która tak bardzo mi się podobała. Nazywała się Łezka. Marta do opieki dostała kuca o imieniu Filipek. Zarzuciłam na grzbiet Łezki ciężkie westernowe siodło i okiełznałam ją w hakamore. Wskoczyłam na nią i ruszyłam do przodu stępem. Klaczka chodziła idealnie. Najmniejszy gest ręką a ona skręcała o 360 stopni. Byłam nią zachwycona! Podeszła do mnie Pani Iza i oznajmiła ,że Łezka jest koniem ,który bierze udział w zawodach westernowych. Poprosiła mnie obym przejechała do sąsiedniego padoku gdzie będę mogła na niej potrenować. Wjechaliśmy na tamten padok. Klacz podnosiła wysoko nogi , czułam , że jak jej popuszczę trochę wodzę to pójdzie od razu galopem. Pani Iza poprosiła również Martę aby do nas przyjechała. Obie zaczęłyśmy ostro trenować. Instruktorka wytłumaczyła nam jak się jeździ Barrel Racing. Postanowiłam spróbować.. Ustawiłam się, popuściłam Łezce wodzę , dodałam łydki i ruszyłyśmy galopem. Przy beczka klacz tak się wykładała , że przechylając się spokojnie mogłam dotknąć ręką pisaku. Bardzo mi się to podobało. Marta i jej podopieczny spokojnie mi dorównywali. Choć Filipek ma krótkie nóżki biegł równie szybko jak Łezka. Z dnia na dzień szło nam coraz lepiej.. Inni uczestnicy obozu również dobrze sobie radzili. Nigdy nie zapomnę tamtych galopów po łąkach i kąpieli z końmi w stawach. Pierwszy raz poczułam się jak w raju, gdy Łezka weszła spokojnie do stawu i zaczęła płynąć. Byłam w siódmym niebie. Czyste powietrze konie oraz obecność tam tych ludzi pozwoliła mi spojrzeć inaczej na świat. Czułam się spokojna i opanowana. Byłam w pełni szczęśliwa. Dni mijały szybko.. Wraz z Martą obcowaliśmy z końmi ,trenowaliśmy na swoich rumakach, jeździliśmy w tereny. W ostatni dzień obozu rozegrane zostały zawody i odbył się chrzest jeździecki. Wszyscy uczestnicy obozu przeszli chrzest jeździecki, który nie należał do łatwych. Na początku jazda na oklep z kubkiem wody co wywołało wiele śmiechu i radości. Później jedzenie owsa i picie wody z wiaderka. Mięliśmy również okazję rozłożyć ogłowię na części pierwsze i z powrotem je poskładać, hm.. nie było to łatwe ;D!. Następnie wszyscy ochrzczeni kowboje mogli ze sobą po rywalizować w westernowych zawodach. Na początku stratowały dzieciaki z grupy początkującej. Moje wrażenia były pozytywne. Maluchy siedmioletnie a tak dobrze radziły sobie z takimi wielkim zwierzętami. Cofały konie , slalom między tyczkami nie był dla nich problemem. Rywalizację w tej grupie wygrał dziesięcioletni chłopiec - Bartek. Koło godziny 16 rywalizować zaczęła grupa zaawansowana. My z Łezką na arenę miałyśmy wjechać ostanie. Niecierpliwiłam się.. Gdy nadeszła moja kolej liderką była Marta i jej kuc Filip. Wiedziałam, że ciężko będzie ich pokonać. Wjechałam na arenę. Łezka była zadziwiająco spokojna, gdy byłyśmy gotowe pomknęłyśmy jak burza. Na mecie finiszowaliśmy z czasem 16 sek. co pozwoliło objąć nam prowadzenie. Pod koniec zawodów pierwsze 10 miejsc zostało udekorowane wstęgami a ja otrzymałam ,,Puchar Kowboja Obozu 2010"" Byłam dumna z siebie i Łezki. Nadszedł ostatni wieczór obozu, ogarnął mnie smutek. Wiedziałam, że z rana będę musiała opuścić Łezkę i przyjaciół. Kilka dni a tak związałam się z tym miejscem. Weszłam do stajni i ostatni raz chciałam pożegnać się z Łezką. Przytulając się do niej popłynęły mi łzy. Ona przytuliła się głową do mnie i tak stałyśmy kilka chwil bez ruchu. Obiecałam jej ,że jeszcze tu wrócę i razem jeszcze wygramy niejedne zawody. Nastał ranek.. Wstałam smutna spakowałam się i ruszyłam w stronę przestanku. Na pastwiskach widziałam jeszcze Łezkę , która zarżała na pożegnanie...



Teraz na szczęście przeprowadziłam się wraz z rodzicami do pobliskiej wioski i gdy tylko mam chwilę zarzucam ciężkie westernowe siodło na gniadą klacz i pędzę łąką , Czuję ten wiatr we włosach , chłonę te powietrze całą sobą. Teraz kiedy zbliża się lato przypominają mi się te obozowe dni , ta wieź miedzy mną i łezką ..
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama