Żeby cieszyć się koniem nie trzeba wcale na nim jeździć. To przyszło mi do głowy całkiem niedawno. Po sobotniej jeździe poszłam już drugi raz odwiedzić Persa. Wiedziałam, że taki koń jest w naszej stajni już od jakiegoś czasu jednak zawsze pasł się gdzieś z boku i mało kto się nim zachwycał. Zupełnie inaczej niż półroczną Akacją. Akacja, córeczka Atarki zawsze od urodzenia miała wielu wielbicieli. Ta to łaziła wszędzie za mamą. Nawet, gdy jeździliśmy w teren biega za nami przez las. Miny grzybiarzy, gdy przed nosem przebiega im rozbrykany źrebak - bezcenne! Daje tyle uroku naszej stajni, że aż chce się wracać. Ja jednak wrócę do Persa. Jest on rocznym myszatym ogierkiem. Z racji, że robi się coraz chłodniej dostał wspaniałej, miłej jak futro zająca sierści, by nie zmarznąć w chłodne zimowe noce. Jego droga do nas była bardzo nietypowa. Gdy okazało się, że Karina ma ciąże urojoną pani Gracja i pan Kondrad postanowili znaleźć jej zastępcze dzieciątko. Już przecież raz przygarnęła nie swojego malucha! Jednak nie znaleźli oni odpowiedniego kandydata. Ale nie mogli oni zostawić na pastwę losu malutkiego rannego w szyję myszatego ogierka, mimo że już był za duży. Przyjechał do nas, ale nie został zaakceptowany przez Karinę. W poprzedni piątek zwróciłam na tego uroczego konika uwagę odprowadzając po jeździe Oazę na pastwisko. Los chciałby ten pasł się w pobliżu. Nie spiesząc się za bardzo głaskałam pozostałe konie aż w końcu podeszłam do Persa, dotknęłam jego szyi i zobaczyłam, że okropnie wyglądająca rana zagoiła się bez najmniejszego śladu. Tymczasem on z ciekawością obwąchiwał moja rękę. Jaki on wspaniały! Widać było po nim, że głaskanie bardzo mu się podoba. Wydawał się taki miło zaskoczony, że ktoś poświęca mu tyle uwagi. Jego radość spokój wkrótce udzielił się również mi. Niestety nie mogliśmy stać tak przez resztę dnia. Musiałam wracać do domu. Za tydzień, zaraz po jeździe, zaraz po jeździe znów pobiegłam na pastwisko przywitać się z nim. Wzięłam nawet aparat by zrobić mu kilka zdjęć. Gdy Pers mnie zobaczył od razu do mnie poszedł, a ja wtuliłam się w jego mięciutką sierść. Było mi tak dobrze. Pragnęłam nigdy od niego nie odchodzić. Pers ocierał się o mnie i prosił o więcej pieszczot. Jeszcze nigdy nie spotkałam konia, który by tak to lubił. Tym razem pozwolono nam zostać nieco dłużej, ale dla mnie to i tak za mało. Teraz już wiem gdzie pójdę po kolejnej jeździe. Nie mogę się już doczekać by zobaczyć tego przemiłego pieszczocha.
Komentarze