Nigdy nie zapomnę 29 kwietnia tego roku. Miałam tylko pojechać obejrzeć stajnię, poznać konie, dowiedzieć się gdzie co jest, popatrzeć jak inni jeżdżą, a skończyło się to tak, że wylądowałam na koniu... Szczerze, to jak jechałam do Deresza to miałam przeczucie, że wsiądę... Około godziny 17 zjawiłam się z tatą przed dworkiem. Weszliśmy. Skierowaliśmy się do biura, gdzie był Prezes. Dafne - ten koń miał mi towarzyszyć na jeździe. Wyprowadzam skarogniadą klacz z boksu. Idziemy przed stajnię. Wyczyściłam Dafne, kopytka wyczyściłam. Kiełznanie, siodłanie... No cóż przy tych prostych czynnościach musiałam zasięgnąć pomocy - siodło ciężkie, koń w kłębie ciut niższy ode mnie. No dobra. Pada komenda "Popręgi dociągnąć", chwilę później "Na koń". Pierwsza moja myśl: "Jak dawno na koniu nie siedziałam, tak jakoś wysoko". Dobra luzik. Jedziemy na padok. Pani Gosia jadąca wtedy na Koncerzu chyba mówi, że Dafne zawsze na końcu. Jak się później okazało klacz ta nie lubi jak jej ktoś w zadek wjeżdża. Na późniejszych jazdach byłam świadkiem jak strzeliła baranka z tegoż powodu. Wracając... Wjeżdżamy na padok. Stęp. Przepytanie z pomocy jeździeckich. Przygotowanie do kłusa. Kłus anglezowany. Oczywiście zła noga, ręce za wysoko - dostałam pasek na szyję Dafne. Kłus ćwiczebny. Stęp i ćwiczonka na rozluźnienie. Między innymi stójka, anglezowanie w stępie z rękami na biodrach, później na karku i kilka innych bardzo fajnych ćwiczeń. Gdy wszyscy galopowali ja sobie stałam pośrodku maneżu. Potem stęp. No dobra jazda dobiega końca. Wyjeżdżamy z padoku. Ustawiamy się prostopadle do ogrodzenia. "-Jazda skończona, dziękuję! - Dziękujemy!" Trzykrotne poklepanie koni po łopatce. "Dzisiaj zsiądziemy po ułańsku, a więc prawa noga ze strzemienia, pochylamy się mocno w przód, prawa noga nad zadem konia, lewa noga ze strzemienia i zeskakujemy" . Ja początkująca i głupia nie pomyślałam, że konik ten może być wrażliwy jak się go puknie w krzyż, tudzież nerki. Oczywiście za słabe pochylenie, przez co puknięcie konika w miejsce za siodłem (czyt. krzyż), ja już prawie po lewej stronie Dafne, jeszcze wiszę na niej, a ona fik-bryk, lecę, leżę, wstaję. Strzemiona podciągnęłam, popręg popuściłam. Konia rozsiodłałam, zdjęłam ogłowie. Prezes postanowił, że pójdziemy na trawę koło stajni z końmi, żeby się popasły. Dafne się pasie, ja się dopiero co otrzepuję po upadku. Głaszczę ją, klepię. Przychodzi pani Krysia ze swoim psem. Dafne się zerwała jak oparzona, spłoszyła się. Na szczęście szybko się uspokoiła i nie wyrwała mi uwiązu z ręki. Prowadzę ją do stajni. Idziemy sobie koło boksów. Po lewej stronie Pikador widząc idącą wcześniej Herę, albo Dafne - zaczął szaleć. Dafne - nie wiem co się z nią stało, czy się spłoszyła, czy także pożądała Pikadora zaczął rówież szaleć. No jakoś udało się ją do wejścia do boksu namówić. I po pierwszej jeździe w Dereszu. Z upływem tych kilku miesięcy takie śmieszne wydają się dla mnie te sytuacje. Wyobrażam sobie siebie jak worek ziemniaków anglezuję - na złą nogę w dodatku.
Komentarze