„Boki konia z obu stron są spadziste, co zagraża życiu człowieka” Początkujący
- Mam dość tego burdelu! Wszędzie walają się twoje rzeczy! Nic nie mogę przez ciebie znaleźć! – Krzyki mojej współlokatorki Diany wyrwały mnie z zamyślenia. - Jak można być taką bałaganiarą?! Zobacz tylko na ten chaos w szafie! – Wyprowadzona z równowagi koleżanka nie dawała mi spokoju.
Wyrwawszy się niechętnie z miłych wspomnień, moje myśli zaczęły krążyć wokół rzeczywistości. Jak można wściekać się o kilka niezłożonych ubrań, podczas gdy na podłodze, w pełnej okazałości, manifestując swoją obecność od dłuższego czasu brązowym gdzieniegdzie kolorem, leżała skórka od banana? Nie odezwałam się. Właściwie niewiele było w stanie mnie zdenerwować… O tych wakacjach marzyłam chyba całe życie. To zbyt długo, aby teraz przejmować się tak codziennymi i – moim bezwzględnie ostatecznym zdaniem w tym temacie – błahymi sprawami.
Gorący lipiec w jeszcze gorętszych Włoszech – piękne widoki, piaszczyste plaże, ciepły, falujący ocean, przyjemny klimat i bezwietrzne noce, których szkoda było marnować na sen… Kolorowe dyskoteki zachęcały, aby podczas kolejnej nocy zmrużyć oczy dopiero nad ranem. Grzechem byłoby nie korzystać z imprezowych atrakcji centrum miasta.
Ponownie wróciłam myślami kilka dni wstecz… Jeszcze niedawno sama byłam skłonna myśleć, że podobne sceny mają miejsce tylko w skrupulatnie wyreżyserowanych filmach, gdzie kamerzysta w skupieniu stara się uchwycić całe piękno i tak ustawionej, co do każdego szczegółu, scenerii.
Fale Oceanu Adriatyckiego jakby leniwe i jedynie popędzane delikatnym wiatrem, rozpływały się na nietkniętym jeszcze promieniami gorąca, chłodnym piasku. Niebo przybierało kolor różu, nikogo wokół nie było o tej porze. Nieopisanie piękne elementy tego pejzażu dawały wrażenie wolności oraz olbrzymiej, nieco nawet trwożącej przestrzeni. Atmosfera sprzyjała wyciszeniu i refleksji – niejednokrotnie lubiłam poddawać się temu stanowi. Nadchodził wschód słońca…
Ciszę, zakłócaną jedynie jednostajnym szumem oceanu, przerwało nagle bębnienie. W tej scenerii oraz nastroju, w który mnie wprowadziła, było ono tak przeszywające, że niemal czuło się je fizycznie. Moim oczom ukazał się widok jak z filmu, w którym dużą wagę przywiązuje się do ładnych zdjęć – galopowały wzdłuż brzegu trzy majestatyczne, dumne i eleganckie zwierzęta z jeźdźcami na grzbietach. Wyglądały niezwykle lekko, pomimo sporych gabarytów, a ich ruchy były pełne gracji.
Po dłuższej chwili zorientowałam się, że wierzchowce zatrzymano i przyjaźnie macha do mnie jeden z jeźdźców. Ku mojemu szczeremu zaskoczeniu był to chłopak poznany już przeze mnie wcześniej – Arthuro – pracował jako kelner w moim hotelu. Zauważył, że widok galopujących w piasku i niskich falach rumaków zrobił na mnie spore wrażenie. Jak po chwili się dowiedziałam, stały przede mną trzy potężne klacze – Bacco, Verve i Provocazione. Gdyby przetłumaczyć ich imiona na język polski byłyby to kolejno: Jagoda, Werwa, Prowokacja.
Arthuro zręcznie zsiadł z konia, po czym zostałam umieszczona w siodle – dosłownie, ponieważ obelgą byłoby nazwanie tego wyczynu wejściem. - Nie umiem jeździć! Nigdy nawet nie siedziałam na koniu! – Powiedziałam zlękniona łamanym angielskim.
Klacz, którą udało mi się „dosiąść”, była bardzo wysoka. Pomyślałam, że absolutnie kara maść – głęboka czerń niezakłócona nawet drobną gwiazdką, idealnie pasuje do jej imienia – Provocazione. Mój znajomy z hotelu prowadził nas wzdłuż brzegu, a jego towarzysze stępowali spokojnie.
Mimo, iż końmi interesowałam się od dziecka, nie było mi dane siedzieć na końskim grzbiecie, aż do tego wakacyjnego poranka. Chociaż prowadzona na wodzy, czułam się wspaniale – czułam się wolna. Ja stanęłam, ale świat dalej pędził. Przepiękny wschód słońca nad oceanem sprawiał, że wydarzenie to zdawało się być wręcz magiczne. Nie spodziewałam się zupełnie takiego zbiegu okoliczności, opuszczając samotnie hotel przed wchodem.
Nie pamiętam już co mi wtedy dokładnie grało w duszy… Przypominam sobie jednak swoje mocne postanowienie – muszę nauczyć się jeździć konno.
Komentarze