Samotny teren. Kto o tym nie marzy? Wyruszyć w las, tylko ty i koń. Jednak to nie takie proste, jak się wydaje. Na początek zrelacjonuję pierwszy samotny teren z moją klaczą - Mimi.
Mimi jest koniem ekstrawertycznym, pełnym energii, z milionem pomysłów na sekundę.
Przez pół roku musiałam pracować nad tym, by galopować na luźnej wodzy na ujeżdżalni. PÓŁ ROKU. Tak, długo. Kobyłka była zaszarpana, przez co kompletnie nie do opanowania przy delikatnej ręce.. Wcześniej jeździła na wędzidle, odkąd ją mam odstawiłyśmy wędzidło, najpierw chcę, by nabrała pewności i zaufania do ręki jeźdźca i do kontaktu z nią. W tej chwili jeździmy na hackamore skokowym z krótkimi czankami, obszytym futerkiem, by było jak najłagodniejsze. O dziwo - koń współpracuje idealnie. Teraz bez problemu galopujemy i skaczemy bez użycia wodzy i wiem, że w każdej chwili zatrzyma się od najmniejszego sygnału dosiadem.
Dodam, że wcześniej klacz chodziła w teren tylko 4 może 5 razy w roku. Poprzedni właściciele mówili mi, że jestem nienormalna, że jeżdżę na niej bez wędzidła. Że mnie zabije, że jest nie do opanowania. To tak jako kilka słów wstępu. Po co? Po to, żeby pokazać Wam, że nawet z takim koniem można jechać w samotny teren i galopować bez użycia wodzy po samym środeczku łąki.
Bardzo długo myślałam nad tym wyjazdem. Dla mnie była to poważna decyzja i musiałam mieć 100% pewność, że Mimi jest na to gotowa.
Przyjechałam do stajni w ciepłą, kwietniową sobotę. Nie miałam w planach jechać w ten samotny teren tego dnia. Poszłam po klacz na pastwisko, przywitała mnie delikatnym rżeniem i podeszła do mnie wciskając się pod rękę w poszukiwaniu czegoś smacznego. Objęłam ją za szyję, szepnęłam kilka miłych słów do ucha, pogłaskałam i założyłam kantar. Wyczyszczenie tego brudasa zawsze trochę mi zajmuje - jak nie uwalona od błota calusieńka, to mokra, obśliniona albo nie wiadomo co jeszcze :D Ale w końcu brudny koń to szczęśliwy koń :) Więc - wyczyściłam ją i pobawiłam się trochę z ziemi (jeżdżę na niej klasycznie, ale stosuje wiele elementów "naturala" do pracy z ziemi), później ją osiodłałam i wsiadłam.
Bardzo chętnie podstawiła się do wsiadania i popatrzyła jakby mówiąc "no chodź już!". Wsiadłam, rozgrzałam ją i poskakałyśmy trochę. Była zgrzana, szła z głową przy ziemi, czułam jak uwypuklił się jej grzbiet. Bardzo ładnie mi się rozluźniła. I wtedy naszła mnie myśl "jedziemy w teren. same.". Podjechałam do mojego chłopaka, który również jeździ konno i powiedziałam, że jedziemy w teren na około godzinę, że mam ze sobą telefon w razie czego. Następnie podjechałam do bramki, otworzyłam ją, wyjechałam i zamknęłam za sobą - dzielny kobył, bo otwierałam i zamykałam z siodła. :D Na początku nie wiedziała o co mi chodzi.
Przez pierwsze sto metrów od minięcia bramy szła zygzakiem, trochę się denerwowała. Co kilka kroków dawałam jej sięgnąć do trawy, to ją uspokoiło. Nie wiedziałam, którą trasą pojedziemy, jak już wcześniej pisałam, to nie było zaplanowane i tu z mojej strony nutka nieodpowiedzialności, no ale cóż.. Przejeżdżałyśmy obok wjazdu na łąkę, która jest przecudowna!
Tylko raz jechałam tamtędy z Mimi, więc stwierdziłam "czemu nie". Podjechałyśmy pod górkę na luźnej wodzy, nawet jej przez myśl nie przeszło, by przyspieszać bez pozwolenia. Myślałam, że będzie cała chodziła z podekscytowania, ponieważ po mojej prawej, na końcu łąki, po drugiej stronie ścieżki była stajnia. Ale po kilku krokach się rozluźniłam i dałam jej iść do przodu na luźnej wodzy. Nie zeszła ze ścieżki, jakby wiedziała, że jest za mnie odpowiedzialna. Potem przyszedł czas na kłus. Na początku nie nadążałam z anglezowaniem, tak szybko szła, potem się uspokoiła. Wybrałyśmy świetną trasę w lesie. W pewnym momencie wyjechałyśmy na prostą idealną do galopu. Stwierdziłam, że najpierw zakłusuję, żeby sprawdzić jej posłuszeństwo. Nie było przejawów "jeźdźmy szybciej!", więc dałam łydkę do galopu.
Zaczęła powoli, byłam z niej dumna! Na delikatnym kontakcie jechała galopem po prostej, sama w terenie! Dla mnie to ogromny sukces! Gdy prosta się kończyła przeszłyśmy do stępa. Potem jeszcze chwilę kłusik i dojechałyśmy do stajni. Przy bramie ją zawróciłam i na teren stajni wjechałam cofając. Bardzo fajne ćwiczonko :) Następnego dnia byłam w terenie ze znajomymi, wyjechaliśmy na łąkę, przed nami około 500 m prostej drogi.
Jechałam na prowadzeniu i ruszyłam galopem, nie zebranym, szybkim - bardzo szybkim. Wtedy puściłam wodze i rozłożyłam ręce na boki. Czułam, jakbym płyneła, to był pierwszy galop w terenie na rzuconej wodzy i to tak szybki. Wiedziałam, że to przez wczorajszą samotną wyprawę, ona zaufała mi wczoraj i jej nie zawiodłam, a ja zaufałam jej dziś i ona również mnie nie zawiodła. Podczas galopu bez wodzy za sobą usłyszałam żartobliwe "o boże, ona puściła wodze, zginiemy", jednak Mimi zwolniła od samego dosiadu. To przełom w naszej pracy. 100% zaufanie. Po tak długiej pracy, po tylu godzinach smutku, gdy coś szło nie tak, ale warto było. Naprawdę warto.
SAMOTNY TEREN - RADY:
1. To najważniejsze - poinformuj ludzi ze stajni, że jedziesz w teren, gdzie jedziesz i około któej wracasz - gdyby coś ci się stało te informacje mogą ci uratować życie.
2. Miej ze sobą telefon, w razie wypadku możesz poinformować innych, wezwać pomoc.
3. To chyba oczywiste - miej toczek.
4. Jedź, gdy jesteś pewien/pewna konia na którym jedziesz.
5. I ostatnie - zaufaj.
Jeżeli ktoś doczytał do końca, to gratuluję wytrwałości :D
Marta & Mimi :)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Uwierz, dojść do końca było bardzo łatwo! Świetny wpis, nie dość że przydatny to jeszcze pokazujący zaufanie między koniem a jezdzcem! Pozdrawiam serdecznie :)
Doczytałam do końca i podzielam treść autorki i dobre rady, gdy ma się zamiar wyjechać w teren. Pięknie napisane, szczególnie ten galop w terenie z rozłożonymi rękami na boki...... mmm... to jest przeżycie :))Sama często wyjeżdżam w teren, to wspaniałe chwile w dwójkę - ja i koń :)
ja też mam zamiar wybrac się z koniem kuzyna w samotny teren, ale to dopiero jak ogarnę ją pod siodłem, heh ;), może do połowy wakacji, albo do konca wakacji się uda ;)
cudowny wpis ! ciekawie napisany :) wyobrażam sobie jak musiałaś się anielsko czuć podczas tego galopu bez wodzy ! :D
spooko, fajnie ze sie udalo, ale nie jarajcie sie tym ludzie. zajmowalam sie koniem bitym, z ktorym nikt nie mogl sobie poradzic. mial 8 lat i nigdy w zyciu nie byl sam w terenie. bal sie, ale mi zaufal. bylam pierwsza i jedyna jak do tej pory osoba ktora mogla z nim cokolwiek zrobic. wiele osob ma takie przezycia ze swoimi konmi. nie ma sie czym jarac.
Bardzo miło się czyta ten artykuł :D Ale jak widac nie tylko ja to zauważyłam :) Gratuluję Waszego wyczynu :D Zaufałyscie sobie nawzajem, super! :) Podziwiam Was obie :)
Uwierz, dojść do końca było bardzo łatwo! Świetny wpis, nie dość że przydatny to jeszcze pokazujący zaufanie między koniem a jezdzcem! Pozdrawiam serdecznie :)
Doczytałam do końca i podzielam treść autorki i dobre rady, gdy ma się zamiar wyjechać w teren. Pięknie napisane, szczególnie ten galop w terenie z rozłożonymi rękami na boki...... mmm... to jest przeżycie :))Sama często wyjeżdżam w teren, to wspaniałe chwile w dwójkę - ja i koń :)
super wpis i ciekawie się czyta!