Jak co sobotę przyjechałam do stajni by pojeździć.Więc szybko wyczyściłam Dekara i wio z Karolą na menaż.Jazda byłą przyjemna, Dekar szedł ładnie wykonywał wszystkie moje polecenia.W tym czasie w stajni był mój tata, bo właściciel pojechał do sklepu, a instruktorka wzięła sobie wolne na dwa tygodnie.Był listopad więc w pokoju gościnnym było zimno i wtedy mój tata wpadł na pomysł by narąbać drewna, do pieca, za stajnią.My jeździłyśmy dalej ja nic takiego nie słyszałam żeby tata rąbał drewno.Nagle objechała tacie siekierka i zamiast w drewno przez przypadek uderzył w przyczepę metalową.Dekar gdy tylko to usłyszał porwał się z wolniutkiego stępa do galopu i wtedy on biegną przestraszony a ja zjechałam mu po szyi i wylądowałam przez nim, on nagle się zatrzymał.Gdy wstałam, nie chciał się ruszyć zaparł się kopytami o ziemię i stał jak wryty, lekko pociągnęłam go za wodze i staną mi dęba.Taki straszek z niego, gdy wreszcie udało mi się go namówić do pójścia zaprowadziłam go do stajni.Gdy skończyłam go czyścić do stajni wszedł tata i zapytał jak tam na jeździe.
Komentarze