To były sądne dni dla mnie. W pierwszy dzień ukradli mi telefon. i zabrakło mi jednej piątki do średniej potrzebnej na konia. Ale się nie załamuje jadę z siostrą pojeździć konno. Po kolei osiodłaliśmy sobie konie, ja oczywiście Banicję no i w drogę.
Pierwszy etap naszej trasy był wspaniały i bardzo dobrze mi szło. Instruktor mnie chwalił, że nie daję sobą dyrygować Banicji i tak przez pola i łąki pojechaliśmy do lasu. Instruktor uprzedzał, że konie się boją ambon myśliwskich i jak będziemy przejeżdżać to docisnąć łydki i skrócić wodze. Nie było potrzeby nie natknęliśmy się na ambonę i wszystko było okey ;).
Kiedy wyjechaliśmy z lasu na drogę obok lasu skupiłam się na zmianie nogi przy anglezowaniu. Banicja pędziła jak szalona ja się zagapiłam na nogi nie patrzyłam przed siebie i wyrosła ambona. Banicja odskoczyła w bok, a ja zdążyłam wyjąć tylko nogi ze strzemion i krzyknąć "Jezu!" no i łup na drogę. Koń dogonił instruktora a ja leże i się śmieje, że dałam się tak wyrolować. Podeszłam do Banicji wzięłam wodzę i wsiadłam na nią jak gdyby nigdy nic dalej na niej jeżdżę.
Nie mam do niej żalu, że spadłam bo to była moja wina i pod żadnym argumentem nie zrezygnuje z jazdy konnej. maryśka
Komentarze