Obóz odbył się w dniach 21.07 – 31.07 w ośrodku jeździeckim „Master” w Lubniewicach koło Gorzowa Wielkopolskiego. Ja z moim bratem i rodzicami wyjechaliśmy rano z domu we Wrocławiu gdzieś ok. 10. Dojazd, mieliśmy we własnym zakresie, ale ze Szczecina organizowany był przyjazd z biura podróży. Oczywiście mieliśmy wyjechać wcześniej, ale wszyscy wiedzą jak trudno jest się zebrać. Wkrótce wyjechaliśmy. Jechaliśmy już tam po raz drugi, więc znaliśmy trasę i z przejazdem nie było żadnego problemu.
W końcu dojechaliśmy, wysiedliśmy z samochodu i poszliśmy się zarejestrować. Nasze koleżanki przyjechały trochę wcześniej i już zarezerwowały Tipi dla całej czwórki, a mój brat poszedł do domku z poznanymi kolegami. W pierwszym dniu jazdy się nie odbywały, bo ludzie zjeżdżali o różnych godzinach. Noc upłynęła miło i spokojnie. Następnego dnia wstałyśmy rano o 600 na odpas, czyli najpierw pojenie, karmienie, ścielenie, a później czyszczenie i siodłanie koni. Miałyśmy chodzić codziennie na odpasy, ale niestety nie wszyscy potrafią żebrać się z łóżka o 600.Byłyśmy najstarsze z obozu, więc miałyśmy dużo wolnego czasu. Programu jako takiego z góry nie było ustalonego (może to i dobrze), a jazdy układane były na bieżąco i wszyscy byli zadowoleni. Ustalone były tylko godziny posiłków, o których bardzo często zapominałyśmy. Oprócz ludzi i oczywiście koni w stajni znajdowało się dużo kotów, struś i dwie kozy, które jakimś cudem kilka razy znalazły się u strusia.
Do porządku ustawiali je chłopacy z uwiązami. Po 22 mieliśmy już iść spać, ale niektórzy się jeszcze kąpali, albo chodziłyśmy do chłopaków. Raz koleżanka schowała się do szafy, lecz niestety jakiś miły chłopczyk z pokoju obok nakablował. Z innych atrakcji to chodziłyśmy do miasta na zakupy i na pobliskie jezioro. Skakaliśmy do wody z pomostów, a ratownicy krzyczeli do nas, żebyśmy nie wrzucali się do wody. Niektórzy nie mieli zamiaru się kąpać, więc nie zabrali strojów. Ale szybko z naszą pomocą i tak znaleźli się w wodzie. Bawiliśmy się również w podchody, ale niestety byliśmy za wolni i przegraliśmy, a ponadto jakiś starszy pan zbierający grzyby znalazł kartkę i wyciągną ją, aby potem nam ją przekazać. W rezultacie nie wiedzieliśmy, skąd ją wziął i straciliśmy zbyt dużo czasu na poszukiwania. Ogólnie większość czasu spędzałyśmy w stajni pomagając przy siodłaniu, karmieniu itp., lecz również pomagałyśmy na padoku przy wsiadaniu i dociąganiu popręgów.
Potem szłyśmy przy koniach początkujących jeźdźców i poprawialiśmy błędy. Czasami również szłyśmy ze spacerkami do lasu. Oczywiście oprócz tego jeździłyśmy też konno. Naszym zajęciem było również mycie koni, które zniecierpliwione bardzo się kręciły, po chwili byliśmy wszyscy mokrzy i w błocie. Przynajmniej było to orzeźwienie, w tym bardzo gorącym dniu. Najbardziej podoba mi się galop w pobliskim lesie, z racji tego, ze teren jest bardzo zróżnicowany – pełno tam pagórków, zjazdów podjazdów, jest także wąwóz oraz „hopki”. Żaden sprzęt nie był wymagany, toczki były na miejscu, ale i tak każdy z nas miał swoje „pełne wyposażenie” jak przystało na prawdziwych jeźdźców. Gdy przyszedł czas wyjazdu nie chciałam wracać, chętnie zostałabym jeszcze z jakieś dwa tygodnie. Wszyscy się do siebie przytulali, żegnali się i pytali: „jedziesz za rok”. Uważam, że to były najlepsze wakacje w moim życiu, ale być może w tym roku będzie jeszcze lepiej? Zobaczymy!
Komentarze