Reklama

Relacja z obozu jeździeckiego w Kolanie

06/05/2012 13:02
RELACJA Z OBOZU W KOLANIE

Cudowniejszego miejsca na obóz nie mogłam sobie wyobrazić. Cisza i spokój, najbliższa wioska oddalona o parę kilometrów. Wokół nas tylko konie, las i jezioro. Iście kaszubski krajobraz.
Kładę się w hamaku i podziwiam jego piękno. Przy stoliku koło mnie siedzi Paulina, moja przyjaciółka. Maluje zachód słońca.
- Może pójdziemy do koni? - proponuję. Paulina godzi się, lecz wtem podchodzi do nas Dżusta, jeden z naszych trenerów.
- A wy jeszcze nie w łóżkach? - pyta.
- Przecież dopiero 21.00! - oburza się Paulina.
- Wiem, ale jutro czeka nas wszystkich ciężki dzień. Rano przydzielimy wam konie, później będzie przegląd. Po pierwszej jeździe pokażemy wam cały ośrodek i pokażemy drogę do sklepu. Jeśli zdążymy, pójdziemy też nad jezioro. Potem obiad, no i druga jazda.
- A co po niej? - pytam, lecz jestem pewna, że nie będziemy narzekać na nudę.
- Pastowanie siodeł i uzd oraz pranie kocyków i czapraków. Po kolacji z kolei zagramy sobie w jojo.
- Jojo? Przegląd? - dziwi się Paulina. - A cóż to takiego?
- Później ci wyjaśnię – odpowiadam. Byłam już na tym obozie dwa lata temu, więc wiem, co i jak.
- Dżusta, my tylko pójdziemy do koni. Zaraz wrócimy, obiecuję!
- Dobrze, idźcie!- śmieje się Dżusta. - Tylko pamiętajcie, że o 21.30 cisza nocna. Jeśli nie będzie was w łóżkach, to...
- Będziemy, na pewno będziemy! - zapewniam i ciągnę Paulinę za rękę. Po chwili siedzimy już na trawie i karmimy fiordy marchewkami. Rozmawiamy o dzisiejszej „próbnej”jeździe – trenerzy chcieli zobaczyć, jak jeździmy. Mnie poszło nie najgorzej, mimo tego, że dostałam nerwowego konia, który „strzelał baranki”, kiedy siadała na nim jakaś mucha.
- Eh, mogłabym tu zostać na zawsze – mówię.
- Ja też. Tu jest jak w bajce! A tak w ogóle, to która godzina? - pyta Paulina. Zerkam na zegarek pewna, że minęło dopiero pięć minut.
- O, cholera! Paulina, już za piętnaście dziesiąta! - krzyczę. Po pięciu minutach leżymy już w łóżkach, dziękując Bogu za to, że Dżusta nie sprawdzała ciszy nocnej...

***
Pobudka jest o 7.00 rano, bo o 7.45 jest już przegląd. Polega on na tym, że najpierw czyścimy przydzielone nam konie. Przemywamy im chrapy i oczy, czeszemy grzywę, usuwamy brud z kopyt.
Później każdy z nas wyprowadza swojego konia na ujeżdżalnię. Przez jedno okrążenie koń stępuje, przez drugie kłusuje. Dzięki przeglądowi nasze rumaki są już gotowe do jazd, a trenerzy mogą sprawdzić, czy np. nie kuleją.
Po przeglądzie, o 8.30 mamy śniadanie. W małej, przytulnej stołówce czekają już na nas świeże bułeczki, ciepłe kiełbaski, a na wegetarian - jajecznica. Punktualnie o 9.30 zaczyna się pierwsza jazda. Na ujeżdżalni są tylko cztery osoby, na czworoboku obok kolejne cztery. Pozostałe osoby mają czas dla siebie – mogą iść do sklepu (a jest to dość długa wyprawa, ponieważ, jak już wspominałam, nasz ośrodek jest położony „ na odludziu”), pouczyć się teorii do Brązowej lub Srebrnej Odznaki Jeździeckiej, posprzątać w pokoju albo po prostu odpocząć.
Jazdy prowadzone są wyśmienicie. Trenerzy dokładnie nas obserwują, zauważą każdy błąd. U mnie trener dostrzega niespokojne ręce w kłusie ćwiczebnym. Ćwiczenie? Dostaję dwa plastikowe kubki wypełnione po brzegi z wodą.
- Zobaczymy, jak bardzo ruszasz rękoma przy jeździe. - mówi Tomek (nasi trenerzy i opiekunowie są młodzi, mają ok. 26 – 29 lat, a średnia wieku na obozie to 16 – 17 lat, dlatego zwracamy się do nich po imieniu. To znacznie ułatwia wspólną pracę :) ).
- Ale to niemożliwe! Nie da się nic nie wylać! - śmieję się i zaczynam kłusować. Po paru okrążeniach ja i mój koń jesteśmy cali mokrzy, a kubki są puste.
- Niemożliwe, mówisz? - uśmiecha się Tomek i dwa kubki pełne wody wręcza jeżdżącej koło mnie Oli. Dziewczyna jeździ bardzo dobrze, chce zdawać na SOJ. Obserwuję ją z podziwem. Swobodnie kłusuje, a z kubków prawie nic się nie wylewa. Już wiem, jaki jest mój cel – nauczyć się przez te dwa tygodnie panować na rękoma.
Dzisiaj zapowiada się bardzo fajny dzień. W pobliskiej wiosce, Szymbarku, organizowana jest coroczna impreza pod nazwą: „Scënanië kani”. Mamy w niej uczestniczyć! :) Po śniadaniu zostajemy „załadowani” do wozów konnych, gdyż to właśnie nimi mamy dojechać do Szymbarka. Jedzie się nimi cudownie! Niestety, nie obywa się bez przygód – w pewnym momencie zostajemy poproszeni o opuszczenie bryczek, ponieważ konie nie dają rady wciągnąć nas pod górkę. Na szczęście po parunastu minutach maszerowania znowu wsiadamy do wozów. Impreza jest rewelacyjna. Oglądamy wyścig powozów. Uczestnicy jak najszybciej muszą pokonać niewielki odcinek. Zwycięzcą zostaje pan Miecio, który zaprzągł... osiołka! Po zawodach z zachwytem przyglądamy się naszym obozowym trenerom, którzy dają wspaniały pokaz dżygitówki.
Dzień obfitował w niesamowite przeżycia, dlatego też nie chcemy iść spać o wyznaczonej porze. Hałasujemy, biegamy od pokoju do pokoju, urządzamy niegroźne walki na baty i palcaty. Nagle słyszymy czyjeś kroki. Rozbiegamy się i w ubraniach kładziemy do łóżek. Niestety, jest za późno. Słyszymy zdenerwowany głos Dżusty:
- Za pięć minut widzę wszystkich na ujeżdżalni! - krzyczy i schodzi na dół. My, roześmiani i ciekawi, jaka czeka na nas kara, posłusznie idziemy na ujeżdżalnię. Na niej czekają już na nas wszyscy trenerzy.
- Widzimy, że macie w sobie za dużo energii. I bardzo dobrze, bo musimy pozanosić wszystkie przeszkody. Proszę, połowa osób idzie na czworobok, połowa zostaje ze mną. Wszystkie drągi mają znaleźć się w magazynie - mówi Tomek, a my od razu zabieramy się do pracy. Jest ciemno, nic nie widzimy. Która może być godzina? Północ? A może pierwsza w nocy? W każdym razie zmęczenie daje nam się we znaki. Powoli i coraz mniej chętnie niesiemy przeszkody. Jesteśmy cali brudni, gdyż po południu padał deszcz i ujeżdżalnia zamieniła się w bagno. Wreszcie, po jakiejś godzinie pracy, wracamy w ciszy do pokojów. Każdy marzy tylko o położeniu się spać. Zdejmujemy ubłocone sztyblety i padamy na łóżka. Już zawsze będziemy przestrzegać ciszy nocnej...
Zaczyna się kolejny dzień. Od rana leje jak z cebra.
- A więc, co chcecie dzisiaj robić? O jeździe nawet nie wspominajcie. Strasznie pada, zniszczymy sprzęt - mówi Dżusta.
- No jak to co? - krzyczymy zgodnie. - Jeździć, oczywiście! My do jazdy siodeł nie potrzebujemy! - i od razu biegniemy na pastwisko po konie. Po chwili jeździmy już na ujeżdżalni. Co chwilę ktoś spadał. Bądź co bądź, kłus na oklep nie jest najłatwiejszą rzeczą ;) Najlepsi jeźdźcy zaczęli nawet skakać przez przeszkody, co wychodziło im wyśmienicie.
Po obiedzie gramy w piłkę na koniach. To najlepsza gra, w jaką kiedykolwiek grałam! Polega ona na tym, żeby po co najmniej trzech podaniach wbić gola przeciwnej drużynie. Jak widać, nawet w deszcz można świetnie się bawić :)
Następnego dnia jestem świadkiem czegoś niezwykłego – od razu po śniadaniu ustawiamy na ujeżdżalni prowizoryczny korytarz dla koni, składający się z jednej przeszkody. Każdy ma przyprowadzić konia, na którym jeździmy. Trenerzy chcą się zorientować, na co je stać. Ogromną niespodzianką okazuje się popis fiorda, na którym jeżdżę – ku naszemu zdumieniu, Merry skacze! (Już wyjaśniam – otóż na początku obozu dostałam konia imieniem Gatto, który okazał się bardzo nerwowy – bał się dosłownie wszystkiego! Miał też bardzo delikatny pysk, a ja, niestety, nie umiałam go utrzymać. Gdy tylko lekko pociągnęłam go za wodze, on od razu zaczynał galopować, wbiegał na inne konie, nie zwracał uwagi na przeszkody, po prostu biegł. Spadłam z niego dwa razy, dlatego też dostałam innego konia. Jako że trenerzy nie mieli innych koni, „wypożyczyliśmy” Merry z ośrodka, w którym spaliśmy i na terenie którego odbywały się jazdy. Był to fiord przeznaczony do hipoterapii. Jakże kochany! Tak więc, kiedy Merry przeskoczyła przeszkodę, każdy stanął jak wryty). Nigdy wcześniej nie widziałam skaczących koni. Bardo mi się to podoba. Robię zdjęcia każdemu koniowi.
Dwa dni przed końcem obozu jedziemy do Przywidzkiego Klubu Jeździeckiego „Zielona Brama” - parę osób chce zdać na odznakę. Udaje się to dwóm naszym koleżankom – Oli i Dagmarze, które stają się szczęśliwymi posiadaczkami Srebrnej Odznaki Jeździeckiej.
Nastał najsmutniejszy dzień obozu, dzień wyjazdu. Chodzimy po ośrodku, wspominając minione dwa tygodnie. Przechodzimy obok pola do gry w jojo (Uczestnik miał za zadanie dostać się na pole przeciwnej drużyny i krzyknąć: „Jojo!”. Było to bardzo trudne, gdyż przeciwnicy zacięcie bronili swojego terenu. A gdy ktoś został wypchnięty poza linię, odpadał z gry.).Ostatni raz spoglądamy też na obornik, przypominając sobie ciężką pracę służby stajennej – nasz turnus został podzielony na cztery grupy. Codziennie jedna grupa była tzw. służbą stajenną – wstawała ona o piątej rano, ponieważ o 5.30 musiała już zacząć karmić konie. Później czyściła boksy koni. Wywożenie gnoju nie było najprzyjemniejszą sprawą, ale to przy nim zawsze było najwięcej śmiechu. Jeszcze przed śniadaniem konie były najedzone i napite, a część z nich cieszyła się świeżą słomą. Wokół stajni wszystko musiało było zamiecione.
Po pierwszej jeździe służba nie mogła odpocząć – trzeba było wyczyścić boksy pozostałym koniom, zrobić porządek w kantarach i uwiązach, sprawdzić, czy wszystkie wędzidła zostały dokładnie umyte, posmarować maścią obtarcia u koni. Służba stajenna zawsze pracowała do późnych godzin, a wieczorem padała na łóżko i od razu zasypiała.
Obóz był cudowny. Nauczyłam się wielu rzeczy, między innymi czyszczenia i usuwania grud, smarowania kopyt dziegciem. Po raz pierwszy widziałam także podkuwanie koni.
Co każdy uczestnik obozu powinien zabrać ze sobą? Na pewno wygodny strój do jazdy konnej. Na moim turnusie każdy miał kask, bryczesy, sztylpy i sztyblety. Niektórzy mieli kamizelki ochronne, co też jest bardzo dobrym pomysłem. Co jeszcze? Strój kąpielowy (na wielu obozach wycieczki nad jezioro lub nad morze są nieodłącznym elementem), spray przeciwko komarom i kleszczom (przydaje się, gdy wyrusza się w teren), jakiś zeszyt (osobiście uwielbiam pisać relacje z obozów i wycieczek), aparat (trzeba jakoś uwiecznić te piękne chwile!), maść na stłuczenia i bandaże (nigdy nie wiadomo, co się stanie...), proszek do prania (Nie raz prałam bryczesy lub skarpetki. Nie oszukujmy się, jeżdżąc konno, co chwilę się brudzimy.), jakieś smakołyki dla koni (marchewka może zdziałać cuda :p ), a jeśli ktoś planuje zdać na odznakę jeździecką, to oczywiście powinien zabrać odpowiedni strój (czyli np. białe bryczesy, frak) i materiały, dzięki którym przygotujemy się do zdania teorii. Ja zabieram także książki związane z końmi i jazdą konną, ponieważ lubię sobie wieczorem poczytać.
Program obozu HorseWorks był bardzo urozmaicony. Ogólny plan dnia wyglądał następująco:
5.00– pobudka służby stajennej
5.30– karmienie, pojenie koni itd.
7.00– pobudka
7.45 – przegląd
8.30 – śniadanie
9.30– jazda dla grup I i II
10.30 - jazda dla grup III i IV
12.00 – zajęcia
13.30 – obiad
14.00 – cisza poobiednia
15.30 – jazda dla grup III i IV
16.30 – jazda dla grup I i II
18.30 – kolacja
19.00 – gry i zabawy lub wycieczka nad jezioro
20.00 – podsumowanie dnia, śpiewanki
21.00– cisza nocna
Zajęcia były ciekawe – uczyliśmy się teorii na BOJ i SOJ. Poznaliśmy dokładną budowę anatomiczną konia, przestudiowaliśmy nazwy poszczególnych części sprzętu jeździeckiego, np. siodła i uzdy. Jak już wspominałam, smarowaliśmy też kopyta dziegciem i pastowaliśmy niektóre elementy rzędu jeździeckiego . Po kolacji graliśmy w jojo i inne gry i zabawy integracyjne, przy których zawsze było mnóstwo śmiechu. Wieczorem, już wykąpani, schodziliśmy do stołówki, gdzie trenerzy podsumowywali cały dzień. Mówili każdemu z nas, nad czym musimy popracować. Oglądaliśmy też fascynujące filmy oraz dokumenty związane z jazdą konną. Następnie wyciągaliśmy nasze śpiewniki – Tomek grał na gitarze, a my głośno śpiewaliśmy utwory takie jak: „Gdzieście konie”, „Jechaliśmy albo szliśmy”, „Bułane i deresze”, „Osiodłamy, nie wsiądziemy”. Nasi trenerzy należą do Harcerskiej Grupy Rekonstrukcji Historycznej i są wielkimi patriotami, stąd też w śpiewnikach nie zabrakło utworów o tematyce wojennej, np. „Major Ponury”, „Stare miasto” czy „Ballada rajdowa”.
Organizatorzy obozu są młodymi, ambitnymi ludźmi, których łączy olbrzymia miłość do koni. W zeszłym roku udało im się otworzyć swoją własną stajnię pod Warszawą.
Link do strony internetowej: http://horseworks.pl/
Link do ich profilu na Facebook"u: https://www.facebook.com/StajniaHorseWorks
Link do ośrodka, w którym spaliśmy i na ternie którego mieliśmy jazdy: http://stadninakolano.pl/konie.html
Obóz miał miejsce w stadninie „Kolano”, znajdującej obok wioski Kolano, którą zamieszkuje tylko siedemdziesiąt osób. Położona jest ona w samym sercu Kaszub, niedaleko Szymbarku, w którym znajduje się słynny „dom do góry nogami”. Dojazd do „Kolana” jest bardzo prosty, wystarczy kierować się znakami lub, jeśli istnieje taka możliwość, wpisać współrzędne stadniny do GPS-a.
Udział w obozie konnym polecam każdemu. To wyjątkowy czas, obfitujący w liczne przeżycia. Dzięki niemu można przebywać z końmi non-stop, co pozwala je zrozumieć. Rzadko kiedy na takich obozach można narzekać na nudę. Nie zapomina się go nigdy, a przygody z nim związane wspomina się przez całe życie.


Julia Dróżdż, 16 lat
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Karmi 2012-05-20 09:47:42

    Oby! :D Dziękuję bardzo ;)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    zielonka 2012-05-19 15:38:32

    przeczytałam wszystkie wpisy na ten konkurs i według mnie to jest najlepsza praca! bo fajnie wszystko opisała i wgl i naprawde jakbym gdzieś chciała jechac to właśnie na ten obóz. wszystkiego mogłam sie dowiedzieć cały program obozu itp. WYGRASZ TO!!!! xD

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Karmi 2012-05-14 15:33:06

    Dziękuję za miłe słowa :)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama