Reklama

Skrawek mojego życia z końmi

19/01/2012 17:02
Od dziecka kochałam konie, a moim największym marzeniem było nauczenie się jazdy konnej i obcowanie z tymi zwierzakami. Kiedy poszłam do szkoły niewiele czasu po tym wydarzeniu, na polu pewnego gospodarstwa zobaczyłam konie, a z mijającym czasem było ich coraz więcej i były one coraz większe. Gdy zamieszkały na innym pastwisku, mój wzrok przyciągnęła srokata klaczka, stojąca zawsze na skarpie przy słupie.

Wreszcie jesienią 2005 roku dowiedziałam się od koleżanki, iż właścicielka koni prowadzi na nich jazdy… Porozmawiałam z koleżanką oraz moją mamą i 2 dni po moich 11 urodzinach wybrałam się na pierwszą, prawdziwą naukę jazdy konnej. Niezapomniane wspomnienia… Na początku próba przełamania wszystkich górek by dojechać do celu, następnie milsze wydarzenia – spotkanie Pani instruktor (zasypanie masą pytań), wybranie sprzętu i wreszcie ona - wielka kara klacz z gwiazdką na czole.

Harina, bo tak miała na imię 18 letnia kobyłka, ale w sercu miała przynajmniej 10 lat mniej. Później nastąpiła nauka czyszczenia, wsiadania i pierwsza jazda. Nie istnieją na świecie słowa, które są w stanie opisać moje uczucie i sytuację, jaka miała wtedy miejsce. Po wszystkim poznałam obecne tam konie (Harina, Hawana, Kira, Kasa, Kryspina i Alabama), oraz poznałam historię srokatej klaczy - Hawany, która tak bardzo zawładnęła wtedy moim sercem. Czekałam na kolejny czwartek, kolejne minuty starannej nauki, samodzielne kłusy…

Wtedy nadszedł 4 listopada, ostatnia moja jazda w tym roku, oraz dzień, kiedy po raz ostatni zobaczyłam Hawanę, konia, który wzbudził w moim sercu jeszcze większą miłość do koni. Była ciężko chora, lekarstwa już nic nie pomagały, przez co odeszła na niebieskie łąki następnego dnia. Wiosną znów z jeszcze większym zapałem rozpoczęłam swoją przygodę jeździecką. Właśnie wtedy poznałam Kryspinę… Dwulatkę, której imienia nigdy nie mogłam zapamiętać, mimo wiecznie przyczepionej kartki na lodówce z wypisanymi imionami koni i jej imieniem, napisanym wytłuszczonymi literami. Niedługo po świętach wielkanocnych dostałam ofertę bliższej współpracy z kopyciastymi, na którą z wielka radością odpowiedziałam twierdząco. Sisia od tamtego czasu została moją kompanką, oraz pierwszą zajeżdżoną przeze mnie klaczą, pod okiem Pani Instruktor.

W dalszym układaniu Kryspiny podczas mojej nieobecności pomagała mi pani eM. Pracowało się z nią świetnie, a później szło przez życie. Następnie urodziła się Hatma, córka Hariny, a potem przyszły wakacje, czyli spanie w siodlarni, nocne wędrówki koni sąsiada do naszych, ogniska, wieczorne jazdy i inne zabawy. Wyjeżdżałam z właścicielami koni na różne wycieczki oraz podróże… Wtedy nadszedł ten niechybny dzień, wydarzenie, którego nikt nie zapraszał do mojego życia. W drodze do koni doznałam poważnego wypadku, gdyż zostałam „potrącona” przez auto. W ciągu pierwszych dni, lekarze uważali, iż dziś nie powinnam opisywać tej historii, miała zakończyć się na podróży do koni… Jednak nie tylko koty mają siedem żywotów. Wykaraskałam się, lecz znów pojawiła się górka – mianowicie postawiono tezę, iż już nigdy w życiu nie będę mogła jeździć konno, a dla mnie konie były wszystkim, co mam. Oszukiwano mnie, że wsiądę na konia w październiku, abym walczyła, by wyzdrowieć i stanąć na nogi.

Ku zdziwieniu wielu lekarzy mój organizm bardzo szybko się zregenerował mimo licznych operacji po miesiącu wyszłam ze szpitala. Zapewne może to wydawać się niewiarygodne, ale karetka, która odwoziła mnie do domu, z którego po kilku dniach trafiłam na oddział rehabilitacji, zatrzymała się przy końskim pastwisku i wysunęli mnie na specjalnym łóżku bym mogła zobaczyć moje ukochane „Rącze konie” po tak długiej rozłące. Przede mną były jeszcze wizyty w szpitalach, miesiące rehabilitacji, miesiące bez jazdy konnej, rzadkie odwiedziny koni…, ale trzymała mnie wiara i nadzieja, że kiedyś nadejdzie dzień, iż wszystkie problemy znikną. Do dziś pamiętam chwile, gdy jeszcze jeździłam na wózku, a brat pokonywał ze mną wyboje, bym mogła poczęstować konie cukrem i przytulić je do mojego ciała, które bardziej przypominało wieszak, niż człowieka.

Gdy nadszedł czas mojej pierwszej wybłaganej u lekarza zgody na jazdę konną Pani instruktor potrenowała trochę Kryspolka, a potem podsadziła mnie na jej grzbiet. Te kilka sekund były dłuższe niż całe godziny jazd. Znów jak to wiosną w stajni urodził się źrebaki: Kaprys i Aragon, a w późniejszym czasie zakupiono kucyczkę ze źrebaczkiem. Nadszedł lipiec czas kuców i wreszcie zaczęłam powracać do normalnej jazdy oraz normalnych treningów. Jak się okazało miałam tylko 1,5 miesiąca by przypomnieć sobie dobrze kłus, galop oraz nauczyć się skakać do zawodów stajennych. Nasz „parkur” był jednym z najzabawniejszych, jakich kiedykolwiek widziałam, był wyjątkowy! Cavaletti, przeszkody, przeniesienie piłki z jednego stanowiska do drugiego, potem jajka na łyżeczce do drugiego… oczywiście wszystko bez schodzenia z konia. Przyznam się, iż wybrałam taką łyżeczkę, że nikt nie zrobił jajecznicy na piachu. Startowałam na bardzo dobrej klaczy - Harince i jej zawdzięczam najwyższą lokatę, jaką zajęłyśmy, bo ona pozwoliła mi się prowadzić przez nasz tor. Był to mój najszczęśliwszy dzień, mimo, że leciały mi łzy (ze szczęścia) i do przejazdu nie wierzyłam, iż ten dzień jest naprawdę.

Mijały lata, wszystko się zmieniało, a koni wciąż przybywało, ja miałam na koncie więcej umiejętności, przeżyć, dopracowanych koni, wspomnień, zdjęć, wzlotów i upadków;). Rok 2009 rozpoczął się dla mnie wielkim znakiem zapytania, który chwiał się, raz na moją korzyść raz na niekorzyść. W tym samym roku posiadaliśmy ogiera, który miał pozostawić u nas 5 wspaniałych źrebaczków. Ten sylwester podobnie jak poprzedni spędziłam w miłym koniarskim gronie. Obiecałam sobie, że ten rok będzie lepszy od poprzedniego, że ta ważna decyzja będzie dobra, lecz myliłam się. Prędko dowiedziałam się, że w wakacje moje życie zmieni się, nie będę już mieszkać tutaj, tylko przeprowadzę się do miasta leżącego na drugim końcu województwa, czyli jak dla mnie, koniary uzależnionej od TYCH kopyciaków, było to totalne załamanie świata i wyjazd na drugi koniec globu. Od wiosny do końca lata przyszło na świat 6 cudownych źrebaczków (w tym jeden zimnokrwisty). Urocze maluchy i choć tak bardzo je kochałam, bałam się spędzać z nimi dużo czasu, bałam się, że pokocham je tak mocno, iż nie będę w stanie opuścić tej miejscowości, zwłaszcza, że kilka maluchów czekał nowy dom.

W połowie sierpnia miałam już ostateczny zabieg na ścięgno, a gdy wróciłam na ostatnie dni do domu, spędzałam każdą możliwą sekundę z końmi. Marzyłam by córa od mojej ukochanej Kryspolki była moja, ale spoglądając jak to marzenie jest nieosiągalne łzy same płynęły mi po policzkach. Tak wiele osób na początku chciało kupić, Kryspinę, ale na szczęście ona została ze mną, a świadomość, że to maleństwo odejdzie od nas do innej właścicielki, kroiło mi serce na drobne kawałki. 30 Sierpnia wyjechałam, a wieczór tamtego dnia na zawsze zostanie czarno zapisany w mojej pamięci. Na przyjazd do koni musiałam czekać 1,5 miesiąca. Ciężko było, ale jakoś przetrwałam. Najpiękniejsza była świadomość, gdy dojechałam do miasta, które dzieliło mnie tylko 17 kilometrów od koni, a gdy w ciągu następnych 30 minut byłam na miejscu, czułam się już naprawdę jak w domu, bezpiecznie jak w domu. Starałam się regularnie odwiedzać koniki, choć zawsze było i jest mi za mało. Wciąż starałam się by Kapri należała do mnie, ale siła wyższa powodowała, że nic nie było pewne, aż do świąt…

27 grudnia 10r, po spędzonych świętach z rodziną, wybrakowanych od koni, pojechałam do nich, a dzień ten wynagrodził mi wszystko, co zaistniało złego w moim życiu, bo tego dnia dowiedziałam się, że Kapuera, jest moja! Mijające dni pozwoliły mi często przebywać wśród koni, mogłabym się długo rozpisywać na temat wspólnie spędzonych chwil, unikatowych chwil. Wakacji 2011 roku nie wspominam szczęśliwe… Mimo, iż mogłam się cieszyć niemalże każdego dnia przebywaniem wśród koni, to napotkał mnie dzień, w którym to straciłam wszystko, straciłam kawałek serca, który boli do dziś. Podążając o poranku, by oporządzić konie oraz podać lekarstwo Białce, która przewiała oko…

Mój drogi Kaprysku, byłam pewna, że to będzie nasz poranek, kiedy to przywitam się z Wami i dam po buziaku dla mojego każdego ukochanego skarbu. Myliłam się… O ile bym dała by odkupić ten dzień i zmienić historii bieg, by Twój duch został w twym sercu, lecz było już za późno, on galopował po błękicie nieba, a ja nie miałam szans Ci pomóc. Pamiętasz jak byłeś mały? Hi hi mała ruda istotka na czterech kopytkach lękająca się świata, jednakże warto było spędzić godziny na padoku zyskując Twoje zaufanie, bo jak już pokochałeś to raz, a na zawsze.
Jeden, jedyny raz byłeś chory, ojej, ale nam stracha napędziłeś.! Z tego wszystkiego zapomniałam wszystkiego, czego nauczyłam się do szkoły.

Misiek kochający spędzać czas z ludźmi wtulając się w nich, zwłaszcza jak ktoś Cię czesał – chodziłeś do skutku, aż wrócił do Ciebie i spędzał przy Tobie ten magiczny czas. Pamiętam każdą nasza chwilę nawet, gdy zimą, zdejmowałeś mi czapkę błagającym wzrokiem „podziel się, no proszę.!” – Zakładałam Ci ją na uszka, a Ty pozowałeś mi do zdjęć. Chociaż mróz szczypał w nos i uszy, to zabawa z Tobą była warta każdego nabawionego przeziębienia, była bezcenna. Ty zawsze rozpoznawałeś me odczucia i potrafiłeś sprawić by pochmurne niebo stało się słonecznym dniem.

Teraz, to wszystko się zmieniło, nie ma Ciebie i ja już nie jestem taka sama. Moje obcowanie wśród koni, które są dla mnie więcej warte niż wszystkie skarby tego świata uległo zniszczeniu. Życie wprowadziło wiele zmian na które nie miałam wpływu, lub był on znikomy. Brakuje mi sił, muszę zacząć wiele na nowo jednak wiem, że Kocham Cię Rudy Duchu i kocham Was moje Rącze konie…

Kapuera jest pierwszym źrebakiem od Kryspiny i gdy tylko się urodziła nie było wiadomo czy przeżyje, prosiłam Boga by pozwolił jej przeżyć i cieszyć się życiem… Dziś dziękuję mu za, to że dał jej życie. W moim życiu tak wiele się zmieniło i chociaż dziś nie jestem już dziewczyną z pieskiem i kotkiem mieszkającą w uroczej okolicy na wsi, a podróż do koni zajmuje mi od 3 do 6 godzin, to wiem, że nic mnie nie zmieni, zawsze w sercu będę tą samą dziewczyną… Choćby podróż miała trwać 10, a nawet i więcej godzin, to wiem, że jest to niczym w porównaniu do czasu, jaki mogę spędzić z końmi, bo one są bezcenne, a domu dla mojego serca nikt nie jest w stanie zmienić.
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    sarucha 10 2013-07-13 10:25:25

    Świetne!!! Aż się popłakałam!! Masz dar do pisania!! Życzę Ci udanych przygód z końmi.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    saruwa333 2012-02-06 16:18:02

    Jak czytałam twój wpis to w pewnym momencie się popłakałam. Pisz nadal chociażby dla mnie ale nie przestawaj;)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Canter 2012-02-02 17:35:27

    Wiele wrażeń :) Masz na sobie bogaty bagaż doświadczeń :) Brawo! I życzę kolejnych osiągnięć na niwie jeździeckiej :)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama