Reklama

Szafira - 120 cm i waleczne serce wojownika...

09/05/2013 13:09

Szafira - 120 cm w kłębie i wielkie serce wojownika… ,,Wychodzę na łąkę skąpaną w porannej rosie. Mokra trawa moczy moje bosy stopy, tak jak lubię, nie ma nic piękniejszego od bliskiego obcowania z Naturą. Wciągam głęboko rześkie, wiosenne powietrze i wesoło zawałuję na Nią. Jednak nie jest to potrzebne, zostałam zauważona już dawno. Od początku obserwowała mnie uważnie, czekając na znak. A teraz… Biegnie do mnie, rwie z całych sił, witając mnie donośnym rżeniem. Dumnie zadziera szlachetną główkę, mierząc wszystko dookoła wyniosłym, trochę dzikim wzrokiem. Co chwilę radośnie byka, wyrzucając wysoko ku niebu zadnie nogi i znów łączy się z ziemi, parskając radośnie. Co by powiedziały w takiej sytuacji moje jakże wszystkowiedzące ciotki? ,, Konie to niebezpieczne bestie, w dodatku śmierdzące, głupie i bezużyteczne, zobaczysz zrobią ci kiedyś krzywdę i po co w ogóle trzymać takiego darmozjada?’’ Ale ja się nie boję, zawsze powtarzam, że z końskiego grzbietu bliżej jest do nieba. Ufnie wyciągam rękę i głaszczę rozedrgane chrapy, otula mnie cudowna, końska woń - zapach wiatru i wolności. Spoglądam głęboko w błękitne oczy, odwracam się i idę, a cztery kopyta podążają tuż za mną, bez uwiązu, bez jakiekolwiek nakazu. Cień wschodzącego słońca ,,rzuca’’ na ruń odbicie dwóch postaci , podążających ramię w ramię od kilku stuleci, nierozłącznych istot… Człowieka i konia…

Chciałabym opisać Wam historię mojego pierwszego konia, klaczy walijskiej imieniem Szafira. Te 3.5 roku spędzonych razem na zawsze odmieniło moje dotychczasowe życie. Pozwólcie, że opowiem Wam w skrócie o dwóch latach zaciętej walki o każdy kolejny, być może ostatni oddech, otwórzcie się na niezwykłą historię niezwyciężonego pragnienia bytu zwierzęcia… W Szafirze zakochałam się od pierwszego wejrzenia, gdy tylko wyłoniła się za ścian przyczepy. Nie wyglądała zachęcająco. Miała brudną, posklejaną sierść (jeszcze zimową, bo przyjechała do nas w styczniu), skosmaconą grzywę i ogon, zaniedbane kopyta i kręgosłup na wierzchu. 

Reklama

Ostrożnie zaprowadziłam ją do stajni, strasznie się ślizgała, był straszny lód, nawet nie pomógł wysypany przez tatę piach. Nowy boks był bogacie udekorowany kokardami, pysznym sianem i marchwią zachęcił ją do rozgoszczenia się.. Po bliższym zapoznaniu zakasałam rękawy i do roboty!!! W ruch poszły szczotki, zgrzebła, grzebienie i kopystka. Wszystko przygotowane dużo wcześniej, oczekiwało na szybkie użycie. Sama bohaterka tego opowiadania stała cichutko i przeżuwała chrzęszczące sianko, czasami dotykała mnie i sprawdzała kątem oka, czy nie planuję wobec niej niczego złego. Przy czyszczeniu natrafiłam na okropne zaniedbanie ze strony poprzedniego właściciela, ciało kuca roiło się od kleszczy!!! Do pomocy musiałam zwerbować rodziców i z ich pomocą pozbyliśmy się wszystkich pasożytów, a było ich ponad 200!! Gdy następnego dnia wypuściłam ją na padok nikt nie poznawał tego biedaka z wczoraj. Co prawda nadal była chudziutka, ale przez tę jedną noc nabrała radości i życia. Na wybiegu dokazywała w najlepsze, a słońce odbijało się od jej nieskazitelnie białej sierści. Czasami wręcz stapiała się ze śniegiem! Dni, tygodnie i miesiące upływały na wzajemnym zapoznawaniu i zabawach. Szybko wyszło na jaw, że Szafira ma swój charakter, jest nieustępliwa i bardzo temperamentna. 

Nie znosiła dzieci, obcych, a w szczególności moich ciotek (w tym wypadku jej się wcale nie dziwię), nie pozwalała zbliżać się do siebie nieznajomym, od razu kładła uszy i gryzła . No pięknie, a miałam zamiar przeznaczyć ją pod siodło dla dzieci! Jednak do nas, mnie i moich rodziców (moich sióstr także nie tolerowała) odnosiła się z respektem i z szacunkiem. Pamiętam, że ugryzła mnie raz, gdy odepchnęłam rękę natrętnej ciotki, przez pomyłkę chwyciła wtedy moją. Na dłoni pozostał odcisk zębów i paskudny siniak, Szafirka, z niepewną miną zbliżyła się do mnie, żuła i zaczęła mnie delikatnie trącać. Żałowała. Razem z charakterem wyszedł na jaw jej talent do skoków, robiła to chętnie, znajdywała sobie różnego rodzaje przeszkody i skakała. Rok minął szybko, nadszedł styczeń, zainwestowałam w siodło i postanowiłam, że latem zacznę ją do niego przyswajać, a za dwa, zacznie się zajeżdżanie. Jednak moje plany popsuł okrutny los i choroba Szafirki. Razem z rocznicą jej kupna zachorowała na ochwat. Na początku nie wyglądało to na nic poważnego, a wiadomo pierwszy koń, brak większego doświadczenia. Na drugi dzień zwołaliśmy weta, ten dał, jak się okazało później, leki, które pogłębiły cały stan. Po paru dniach klacz umierała, z bólem wspominam tamte dni, trzy miesiące spędzone w ciągłej niepewności i strachu. Kolejni weterynarze, ściągani z daleka, niby specjaliści końscy, kręcili głowami i mówili, że nic już po niej. Jeden z nich przyjechał, wziął kasę za jakieś suplementy i przyjazd, pocmokał i stwierdził, że za trzy godziny będziemy mieli trupa. Załamaliśmy się, doglądaliśmy ją co 10 minut, bo co innego mogliśmy jeszcze zrobić? Z trudem przetrwała noc, a następnego dnia, gdy mama wlewała do wiadra wodę i zagadnęła ją, ot tak, czy chce pic, podniosła się na nogi i zarżała!! Gdy przyszłam ze szkoły, dowiedziałam się wszystkiego i wstąpiła we mnie nowa nadzieja. Ale najbardziej przerażało mnie to podejście weterynarzy do życia zwierzęcia, nawet nie starali się jej pomóc, choć nie wiem, zmierzyć temperaturę itp. Oni nie zrobili nawet tego!! Nie umieli poprawnie zdiagnozować choroby, twierdzili, że to zatrucie. Aż pobliski sąsiad, bardzo stary i w dodatku schorowany kowal na naszą prośbę oglądnął konia i stwierdził ochwat. Na leżąco werkowalismy jej kopyta, poddawała się temu biernie, choć ją mocno bolało, ani drgnęła, tylko patrzyła na nas tymi smutnymi oczami, w jedwabistej sierści ginęły srebrne łzy. Jej kopyta wręcz płonęły, chłodziliśmy je cały czas, trzymaliśmy przy niej warty, żeby nie czuła się samotnie. 

Reklama

Gdy po raz drugi podniosła się o własnych siłach tata powiedział, że nie będziemy czekać, wsiadł do auta i pojechał po naszego weta, leczącego, w krytycznych wypadkach, starymi dobrymi sposobami. Pierwszym zabiegiem było zmniejszenie ciśnienia (miała tak wielkie, że oczy wypierało jej na wierzch), tak więc zabrał się do upuszczania krwi, i tak codziennie, aż do skutku. Dla koniarza niewyobrażalną torturą i bólem jest taki widok, a co dopiero krew własnego rumaka na dłoniach. Nie zapomnę nigdy tego widoku, bielusieńka grzywa umazana czerwoną cieczą, tryskającą we wszystkie strony, miałam ją wszędzie, nie tylko na rękach. Lekarz doradził nam, w celu wyciągnięcia ropy z kopyt i zmniejszenia w nich temperatury, robić okłady z gliny. Okropnie cuchnęło, za to odpowiedzialna byłam ja i mama, tata nie może być obecny przy czymś takim, bo jest bardzo czuły na wonie. Miałam z tym zapachem niezbyt przyjemną sytuację w szkole, zawsze przed nią pędziłam do Szafki i zmieniałam opatrunki, oczywiście po tym się myłam, ale smrodu ropy nie da się tak łatwo pozbyć, wylewałam całe butelki perfum na dłonie, ale nic nie pomagało. A przemiła nauczycielka stwierdziła przy całej klasie, że śmierdzę i żebym częściej się myła. Miałam wielką ochotę jej coś odpowiedzieć, ale zacisnęłam tylko zęby, aby nie narobić kłopotów i myślami skierowałam się Szafirki. Nikt nie dawał jej większych szans na przeżycie, zawsze padała propozycja uśpienia i kupna drugiego konia, sprawnego. Ale ja nie chciałam, czułam się związana z tym małym kucem, który leżał u moich stóp i pokładał we mnie nadzieje, to mnie zawierzył i oddał w moje ręce własne życie. Nie chciałam jej zawieść, jeśli nie zależałoby jej na tym Świecie, nie walczyłaby tak, po prostu wiedziałam, że ona nie chce umierać. Teraz do naszych zabiegów dochodziły codzienne masaże, rozcieranie, wcieranie różnych smarowideł ( do rozgrzania jej ciała poszło kilkanaście butelek denaturatu), od ciągłego leżenia dostała odleżyn, musieliśmy zmieniać jej pozycje, możliwie jak najczęściej. 

Gdy sytuacja trochę się ustabilizowała, podnosiliśmy ją na pasach, tata zrobił wyciąg, żeby podtrzymywać ją jak najdłużej. Mięśnioochwat i zanik mięśni dosięgnęły ją w maju, całe szczęście ciepła pogoda pozwalała na wyprowadzenie ją na zewnątrz, była w stanie samodzielnie przejść parę kroków, potem się kładła i odpoczywała, do momentu, aż znów jej nie podnieśliśmy. Znów nam strasznie schudła, straciła apetyt. Tata z wetem wpadli na doskonały pomysł podania jej piwa, dzięki któremu znów nabrała chęci do jedzenia. I tak o to, na końcu maja, była w stanie przejść kilkanaście kroków. Zmiana pogody, zieleń, ciepło i przyjemny wietrzyk pomogły odzyskać jej radość. Zaczęła zrzucać kopyta, na początku sierpnia chodziła na kościach, a nowe puszki powoli narastały. Nie zapomnę wieczoru euforii, kiedy to, bez większych ambicji zaprowadziłam ją na podmokłą łąkę. Pomyślałam, że zaryzykuję, podbiegłam i zachęcająco cmoknęłam. I znów mogłam ujrzeć powiewający ogon, okalającą piękną główkę grzywę (bardzo rzadką, te wszystkie leki podziałały na nią jak chemioterapia i straciła większą część włosów, ale teraz znów ma gęste i bujne), rozdęte chrapy i ten cudowny, długo oczekiwany błysk w oczach, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odzyskały swój dawny blask. I chociaż galop ciągnął się tylko przez jakieś 30 metrów, to mojej radości nie było końca, jestem pewna, że mój krzyk usłyszała wtedy cała wioska. Niedawno, dzięki przyjaciółce, znalazłam kowala – cudotwórcę, który podjął się leczenia (pierwszy, którego prosiłam całkowicie mnie olał), na początku nie dawał większych szans na normalne chodzenie, powiedział, że gdybym jeszcze trochę pozwlekała, to koń wiosny by nie przeżył. Tak więc zaczęło się te prawdziwe, właściwe leczenie. 

Reklama

Szafirka chodzi dużo lepiej, nawet biega, jest lepiej, a kowal powiedział, że w lato będzie poruszała się normalnie, jak zdrowy koń. Jestem szczęśliwa, że ten koszmar dobiegł końca i mam nadzieję, że czekają nas tylko lepsze dni. Wiem, że dużo z Was powie tak samo jak tamci weterynarze, że się nie opłacało, po co wydawać tyle forsy na konia, który nie będzie mógł pracować. Ale ja zawsze, nie zależnie na słowa i osobę odpowiem, tak jak mówiłam już wielu: ,, Szafira jest moim sercem, a więc powiedzcie mi, jak mogę żyć bez serca?!’’ Zmieniła mnie, wniosła w moją egzystencję wiele dobrych zmian i będę wdzięczna jej za to po kres naszych dni, nigdy jej nie opuszczę, i nie zawiodę. Minione wydarzenia odcisnęły na nas trwałe piętno, więź, która wytworzyła się pomiędzy mną, a Szafirą, zacieśniła się jeszcze mocniej. Mam nadzieję, że ktoś przeczyta tę historię, starałam się opisać wszystko jak najlepiej. Oczywiście nie zdołam streścić, czegoś, co trwa przez 2.5 roku, aż do dzisiaj. Z tego miejsca chcę podziękować Panu Sz. – lekarzowi, który wyciągnął Szafirę spod kosy Śmierci i Panu P. – kowalowi, który urzeczywistnił sen o galopie przez przeciwności losu. Wiem, że opisywałam wszystko chaotycznie, wybaczcie, ale z każdym słowem wyłam jak bóbr i nie mogłam się powstrzymać. Dziękuję i wiedzcie, że Wasze konie Wam ufają, zawsze walczcie o ich życie i nigdy się nie poddawajcie…

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    horselove 2014-03-30 22:17:57

    Smutna wy tyle wytrwałyście gratulacje dla ciebie i Szafiry

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    zuzineks 2013-07-07 19:09:14

    Piękna historia :)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    sarucha 10 2013-06-02 12:26:22

    ŚWIETNA!!!! Aż się popłakałam!!!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo galopuje.pl




Reklama