Zacznę nietypowo-konie nigdy mnie nie interesowały.Nigdy nie ciągnęło mnie do jazdy, a jako mała dziewczynka wolałam bawić się z psem czy kotem, mimo że konie otaczały mnie zewsząd. Często odwiedzałam na wsi mojego wujka, który jest właścicielem stajni z kilkoma końmi. W ostatnie wakacje wszystko miało być tak samo.. ale nie było! Na szczęście. początek lipca, a zarazem wakacji, a ja miałam już za sobą wspaniały obóz. Lepiej być nie mogło. Jednak teraz wiem, że wtedy tak mi się tylko wydawało, bo najlepsze było jeszcze przede mną. Po powrocie znad morza, w domu czułam się okropnie. Na zewnątrz padało odkąd przyjechałam, więc całe dnie bezczynnie snułam się po domu.
Nawet nie wiem, kiedy, już siedziałam w samochodzie znowu z zapakowaną torbą obok siebie. Mama zaproponowała, żebyśmy pojechali do wujka, na wieś na weekend, a ja i tata zgodziliśmy się od razu. Kiedy mijaliśmy zielony znak z napisem "Zaborze", już wiedziałam, że to koniec snucia się, bo tam zawsze jest co robić. Odkąd pamiętam, lubiłam tam przyjeżdżać, bo wszystkie problemy, stres i pośpiech, zawsze zostawały w Krakowie, nie mając tam wstępu. Na miejscu przywitało nas standardowe rżenie dochodzące ze stajni.Cieszyłam się, że poznam w końcu bliżej partnerkę wujka - Kingę, bo do tej pory nie miałam okazji by więcej się o niej dowiedzieć i dłużej porozmawiać, podobała mi się też perspektywa opieki nad ich półrocznym synkiem- Adasiem, bo bardzo lubię zajmować się dziećmi. Mimo zmiany otoczenia, pogoda była dokładnie taka jak w Krakowie. Deszcz padał od rana do wieczora, więc faktycznie miałyśmy z Kingą sporo czasu, żeby się lepiej poznać. Okazało się, że wspólnym tematem są książki, bo ona tak samo jak ja lubi czytać. Poza tym, opowiadała mi o swojej największej pasji - koniach. Dla mnie ten temat był bardzo odległy, ale słuchałam cierpliwie, nie mając pojęcia, o czym ona właściwie mówi i starając się zapamiętywać pojedyncze słowa i terminy jak kantar, stacjonata czy andaluz. Bardzo się polubiłyśmy nawzajem, co przyczyniło się do tego, że postanowiłam zostać tam na dłużej. Pogoda zaczynała się poprawiać, więc więcej czasu spędzaliśmy na zewnątrz. Któregoś dnia wybrałyśmy się z Kingą na większe zakupy. Wracając do domu, zapytała mnie: -Klaudia, nie chciałabyś przejechać się konno? -O nie!Tylko się wygłupię, nigdy w życiu nie jeździłam.- odpowiedziałam wcale nie żałując swojej decyzji.
Po powrocie, poszłam do stajni przyjrzeć się tym zwierzętom, które pochłaniały tyle uwagi i były przez Kingę niewątpliwie darzone prawdziwym, choć niezrozumiałym dla mnie wtedy uczuciem. Najpierw podeszłam pod boks Prognozy, która teraz dzieliła go z źrebakiem - Efendim. Uśmiechnęłam się na widok Małego, który szalał w boksie, chwiejąc się na swoich długich, patykowatych nóżkach. Dalej, dwa stanowiska były zajęte przez klacze - Halszkę i Siwą, które wyróżniały się swoją urodą. Akurat był to dzień ich odpoczynku, bo co drugiego dnia miesiąca pracowały, ciągnąc dorożkę na krakowskim rynku. Obok Halszki stał Ignis - wałach, którego mój wujek ma odkąd pamiętam. Wydawali się być nierozłączni, tworząc razem zgrany duet. Na końcu stajni znajdował się boks, który wręcz przyciągał! Należy on do Sindi - srokatej klaczy o niesamowitym usposobieniu, która rozczula wszystkich samym swoim widokiem. Głaskając i bawiąc się z nią, poczułam, że znalazłam już to, po co tu przyszłam.
Następnego dnia Kinga ponowiła propozycję, zmieniając jej formę. -Dziś pojeździsz na Sindi. Nic nie nie martw, bo ja też kiedyś nigdy w życiu nie jeździłam. W siodlarni pokazała mi spodnie i buty, które miałam włożyć. Nie miałam pojęcia, dlaczego bryczesy wyglądają tak, a nie inaczej, a buty, które dla mnie wybrała tak ciężko się zakładało. Kask tez był nowością, ale jego obecność była dla mnie całkiem zrozumiała! Kinga wcisnęła mi do rąk dwie szczotki i kazała iść czyścić konia. Powiedziała, że w ten sposób się poznamy. Później obserwowałam siodłanie. Idąc już w stronę wybiegu, pojawiły się w końcu pierwsze emocje. O dziwo było to podekscytowanie. Oczywiście miałam kłopoty z wdrapaniem się na konia, ale gdy to się w końcu udało i wylądowałam miękko w siodle, poczułam się jakbym siedziała tak od zawsze. Kinga pokazała mi, jak chwycić wodze, a ja od razu to zrobiłam. Co zapamiętałam dokładnie i wspominam do dziś, trzymając wodze w odpowiedni sposób, po chwili już ruszyłam. To był jakby odruch- delikatnie docisnęłam łydkę. Nagle okazało się, że skręcanie i volty też nie stanowią dla mnie problemu. Zatrzymanie też wyszło pomyślnie. W stępie uczyłam się anglezować, by po chwili robić to już w kłusie. Wszystko poszło pomyślnie, więc Kinga była zadowolona, bo jeśli o mnie chodzi to było to coś więcej niż zadowolenie. Po jeździe rozebrałyśmy Sindi, a ja poszłam umyć wędzidło.Wypuściłyśmy wspólnie wszystkie konie na wybieg, po czym pobiegłam zadzwonić do mamy.
Okazało się, że Kinga dzwoniła do niej już wcześniej, żeby dowiedzieć się, czy moi rodzice się na to zgadzają. Mama wydawała się być tak zadowolona jak ja, życzyła mi powodzenia. Sama nie wiem, kiedy tego dnia nadszedł wieczór. Wyszłam przed dom z wielkim pucharem lodów, zaskoczona ciemnością, która panowała na zewnątrz.Byłam taka szczęśliwa, że łzy szczęścia same popłynęły. Nawet teraz, gdy wspominam te chwile nie mogę powstrzymać łez radości. Pomyślałam wtedy, że to jest to, czego szukałam przez 16 lat życia. Odnalazłam sens. Następnego dnia obudziłam się z bólem mięśni nóg. Kinga powiedziała wtedy "przywitaj się z zakwasami, bo wygląda na to, że trochę ci jeszcze potowarzyszą". Stwierdziła, że na zakwasy idealnym lekiem będzie kolejna dawka jazdy konnej. Nie czekając długo, poszłam się przebrać i przygotowywać Sindi. Gdy stałyśmy już gotowe, Kinga wyprowadziła ze stajni również Ignisa. Ucieszyłam się, że pojeździmy razem. -Dziś pojedziemy razem na spacer. Teren to najlepsza szkoła przetrwania. Przed wyjazdem, Kinga upomniała, że mam się trzymać za nią i absolutnie nie wyjeżdżać przed. Zgodziłam się i wyjechałyśmy. Najpierw długo jechałyśmy stępem asfaltową ulicą, aż do lasu. Prowadziła do niego polna dróżka, na której zakłusowałyśmy. Wjeżdżając do lasu, Kinga powiedziała, że mam prowadzić tak, by unikać gałęzi. Jeździłyśmy slalomem wokół drzew. W lesie było tak cicho i spokojnie, że mogłabym tam zostać. Trzeba było jednak ruszać dalej. Postanowiłyśmy jechać w stronę domu inną drogą. Przejechałyśmy przez główną ulicę, w stronę jakiegoś pola. Kinga powiedziała, że tamtędy dostaniemy się na taką dróżkę w górę, gdzie zagalopujemy. Gdy kończyła się ulica, zobaczyłam pole, którym miałyśmy jechać. Trzeba było zejść na nie nieco w dół po nierównym terenie. Zaczęłam analizować, jak ja to zrobię, kiedy Sindi zerwała się galopem. Wyprzedziłam Kingę, więc Sindi uznała to za wyścig.Biegła tak szybko, że oczami wyobraźni już widziałam jak spadam. Wodze wypadły mi z rąk, więc trzymałam ją tylko za grzywę, przycisnęłam mocno kolana do siodła i czekałam, bo nie miałam pojęcia jak zatrzymać ją bez wodzy. Kinga jechała koło mnie, albo trochę za. Widziałam, że robi to po to, by Sindi nie rozpędzała się bardziej. W końcu zobaczyłam ścianę drzew bardzo blisko mnie. Nie wiedziałam co się stanie. Kinga krzyczała za mną, ze mam odszukać wodze i postarać się ją przytrzymać. Nagle koń zaczął zwalniać sam, więc złapałam wodze w jedną rękę. W końcu się zatrzymała. Byłam w szoku. Pierwszym co usłyszałam od Kingi było : "Klaudia, jesteś najlepsza!". Cieszyłam się, że się utrzymałam, ale jednocześnie byłam zła, że dopuściłam do tego, żeby Sindi wyprzedziła Ignisa. Gdy już się uspokoiłyśmy i emocje nieco opadły, ruszyłyśmy dalej. Trzymałam się za Kingą, nie wyprzedzając nawet o centymetr. Do domu dojechałyśmy już stępem, bo nie byłam gotowa, żeby przyspieszyć. Mimo wszystko mój zapał nie ostygł. Potraktowałam to, co się stało jako nauczkę. Kolejnego dnia znowu siedziałam na koniu, bogatsza o nowe doświadczenia. Kilka dni później znowu wybrałyśmy się w teren, który okazał się sukcesem. Codziennie uczyłam się czegoś nowego, poznawałam konie i ich zwyczaje. Poiłam je, czyściłam i karmiłam smakołykami, z radością patrząc jak z dnia na dzień znam je coraz lepiej.
Zaraz po powrocie do domu, zapisałam się na pierwszą jazdę w stajni niedaleko mnie. Instruktor, na którego trafiłam, pomógł mi skorygować i poprawić to, co było nie tak, nauczył wielu nowych rzeczy, i teraz, gdy mija 10. miesiąc, odkąd jeżdżę konno mogę powiedzieć, że tamte wakacje obróciły moje życie o 180 stopni, zmieniając je na zawsze.
Jeździsz teraz w KJK Szary?