Wakacje.. czas beztroskich zabaw dla tych, którzy zakończyli rok szkolny. Był to rok 2010, ukończyłam wtedy szkołę podstawową, więc postanowiłam, że przed ciężką pracą w gimnazjum świetnie będę bawić się na wakacjach. Tak też się stało, spędziłam cudowne wakacje. Nie wyjeżdżałam nad morzę, czy w góry, jak robi większość uczniów w mojej szkole. Chciałam aby te wakacje były inne, żeby rok w rok nie jeździć w te same miejsca jak wcześniej zdarzało mi się to robić.
Lecz zacznijmy od początku. Ci, którzy mnie znają i czytają mojego bloga, wiedzą już, że mam swoją stajnie a co za tym idzie, własne konie. Wakacje to czas, kiedy słońce daje o sobie znać, postanowiłam więc aby nie skupiać się tylko na treningach, lecz także na przyjemności i zabawie. Koń przecież, też nie może żyć samymi treningami. Jako, że mieszkam w Dolinie Dolnej Wisły, to tereny mam nieziemskie. Mamy dosłownie wszystko, lasy, obszerne łąki, pola, jeziora... Tak więc przez większość czasu jeździliśmy w tereny, zwiedzając naszą piękną okolicę. Wszyscy byli zadowoleni z takiej formy jazdy, i konie, u my. Pewnego dnia przyjechała do nas trenerka z informacją, że organizuje rajd i czy chcielibyśmy jechać. Oczywiście zgodziliśmy się.
Niestety z przyczyn losowych nie udało mi się pojechać na moim koniu, trenerka odstąpiła mi swojego, bardzo młodego konia (miał chyba 4 lata, i tylko 2 razy był w terenie) na początku trochę się obawiałam, gdyż rok wcześniej na rajdzie, mój koń oraz koń trenerki mocno się pogryzły, młody ciągle do nas podbiegał co kończyło się.. niezbyt ciekawie. Lecz obawiałam się nadaremno, gdyż koń szedł idealnie, niczego się nie bał, z innymi końmi się nie kopał. Pierwszego dnia pojechaliśmy nad jezioro, kąpaliśmy się z końmi, było cudownie. Uwielbiam to. Następnie pojechaliśmy do pobliskiej stajni gdzie nocowaliśmy, bardzo mi się podobało. Zrobiliśmy ognisko, opowiadaliśmy różne ciekawe historie. Niestety gdy obudziłam się następnego dnia padał deszcz i była burza, musieliśmy wracać do domu. Cali mokrzy i brudni po kilku godzinach dojechaliśmy do stajni trenerki. Pojechaliśmy do domów. Lecz i tak miło wspominam tamte dni, galopy po ścierniskach ...
Tak minęła nam pierwsza połowa wakacji. Gdy mój koń był już w pełni sprawny, powoli wracaliśmy do formy. Gdy okres rekonwalescencji się zakończył, powoli zaczęliśmy jeździć w tereny aby nabrać kondycji. Po kilku tygodniach, byliśmy już w pełni sprawni. I tutaj pojawiła się kolejna niespodzianka, trenerka organizowała drugi rajd, tym razem mogłam już pojechać na Dragonie (gdyż tak właśnie nazywa się mój koń). Pogody lepszej wymarzyć sobie nie mogłam, świeciło słońce, temperatura też sprawiła nam niespodziankę gdyż nie było takiego upału jak przez większość wakacji. Pierwszego dnia jeździliśmy po okolicy i zbieraliśmy znajomych (na nasze rajdy jeżdżą tylko nasi znajomi, jest nas zawsze około 6-7) Gdy zebraliśmy już całą ekipę, pojechaliśmy do stajni trenerki gdzie rozsiodłaliśmy konie i poszliśmy coś zjeść. W miłym towarzystwie czas zawsze upływa szybciej więc zanim się zorientowaliśmy była już noc, podzieliliśmy się na 2 grupy, jedna zajmowała się końmi (głównie karmieniem) druga zaś rozpalaniem ogniska. Ja pomagałam przy ognisku, przyniosłam gałęzie oraz kiełbaski i chleb. Gdy już wszyscy wykonali swoje zadania, od razu zabraliśmy się za pieczenie.
Jak zwykle opowiadaliśmy historie, więc czas miło upływał. Decyzję, o pójściu spać podjęliśmy dopiero po północy. Spaliśmy na sianie, każdy znalazł sobie dogodne miejsce, lecz i tak rano wszyscy leżeli co najmniej metr niżej. Niestety przepadł tam też aparat koleżanki - Roksany. Znalazł się dopiero po kilku miesiącach. No ale wracając to tematu, zjedliśmy śniadanie (konie też). Po śniadaniu osiodłaliśmy konie i ruszyliśmy w drogę. Najpierw nad jezioro gdzie konie trochę odpoczęły. Potem trenerka przeciągała nas przez jakieś lasy, wąwozy. Dragon jako jeden z nielicznych koni nie bał się wejść do strumyku co bardzo mnie ucieszyło. Gdy wyjechaliśmy na łąki dużo galopowaliśmy, to bardzo fajne uczucie gdy wszyscy z dołu patrzą i podziwiają. Następnie odprowadziliśmy Roksanę do domu. Potem pojechaliśmy do sklepu, aby coś zjeść, konie zajadały się trawą a my coś przekąsiliśmy.
Po postoju, jednemu Panu podczas galopu odczepiły się sakwy i musiał po nie wracać, dużo śmiechu wtedy było. Lecz niestety po pewnym czasie musieliśmy wracać do domów. Tak więc spokojnie z siostrą dojechaliśmy do domu, a trenerką ze znajomą pojechały do swoich stajni. Po drodze dużo rozmawialiśmy siostrą, jak nam się podobało. Gdy już dojechaliśmy do domu, to pierwsze co zrobiłam po rozsiodłaniu koni to poszłam spać, byłam bardzo zmęczona, po takim ciężkim dniu. Uważam więc, że to były najlepsze wakacje, jakie tylko mogłam sobie wymarzyć, Spędziłam je w miłym gronie, mam również nadzieje, że tegoroczne będą tak samo fajne :)
Zazdroszczę! Nazwa ""wakacje moich marzeń"" jest idealna. Pozdrawiam