W zeszłym roku doświadczyłam czegoś niesamowitego. Był to ostatni dzień rajdu konnego. Nasza grupa liczyła 7 osób i 8 koni. Tego dnia na trasie mieliśmy spotkać się z inną grupą, która wcześniej jechała inna drogą, a od pewnego momentu nasze ścieżki się łączyły. Nie było określonego miejsca spotkania, po prostu szliśmy i wypatrywaliśmy koni, albo chociaż śladów kopyt, nasłuchiwaliśmy czy nie słychać przypadkiem jakiegoś rżenia. Nic.
W pewnym etapie trasy, nasze rumaki ożywiły się, podniosły głowy, zaczęły rżeć. Podejrzewaliśmy już dlaczego – wyczuły stado, niedługo się spotkamy. Szliśmy więc dalej, wypatrywaliśmy pilniej, nasłuchiwaliśmy mocniej. Znów nic. Konie niespokojne, my zdezorientowani. 10 minut, 15, 20 minut drogi, pół godziny. Czyżby konie się pomyliły? A może rżały z innego powodu? Brnęliśmy dalej.. 50 minut, ktoś zobaczył ślady kopyt, tak, wreszcie! Po około godzinie wędrówki zobaczyliśmy znajome zadki i znajomych ludzi.
Zaraz opowiedzieliśmy jak to nasze konie zaczęły rżeć, że pewnie wyczuły resztę. No, ale że aż na taką odległość. Byliśmy zafascynowani. Już po raz kolejny konie pokazały mi jak świetnie działają ich zmysły, na jak wielka odległość potrafią odszukać swoje stado.
Komentarze