Ostatnio na wyjazd w teren zabrałam też Malucha- Tristana. Rok temu, niedługo po przywiezieniu go, też próbowałam tej sztuczki, ale niestety skończyła się niepowodzeniem. Tristan biegł w zupełnie inną stronę niż ja z Rominą, wiercił się, wyrywał, a i ja jeszcze w siodle nie czułam się tak pewnie, prawie że z niego zostałam ściągnięta.
Teraz było zupełnie inaczej- ja w siodełku o wiele lepiej, a jak będę miała proste, to już w ogóle będzie super, a Tristan poprzez lonżowanie i pracę z ziemi jest bardziej ułożony, bardziej grzeczny, uważny. Nawet we trójkę galopowaliśmy! Ja wodze w jednej ręce, w drugiej uwiąz, a Tristan grzecznie leciał z boku. Tylko kondycja u niego nie ta i nie przesadzałam z tym bieganiem. No niestety, ostatnio trochę lonżę zapodzialiśmy… Bardzo się cieszę, że jest taki grzeczny, bo smutno mi było, gdy zostawał sam, głośno rżał i podbiegał do końca ogrodzenia, a my sobie jechałyśmy. Potem jeszcze w lesie go słyszałam, jak woła… Wydawał się bardzo smutny :-( Teraz częściej będę go brała z nami. A jest to i oszczędność czasu, bo za jednym zamachem mam dwa konie wybiegane :-)
Zresztą przyniósł mi szczęście! W niedzielę wsiadłam na Rominę i wzięłam go na ten pierwszy (po roku) wypad do lasu, a mąż zabrał wszystkie psy (mamy 3). Było trochę kłusa, trochę pospacerowaliśmy i w pewnym momencie, gdy akurat zatrzymałam konie po wgalopowaniu pod lekką górkę, słyszę i widzę kątem oka, że coś się przedziera przez las. Po chwili para jeleni, jeden po drugim (najpierw jeleń, a potem łania) przeskoczyła przez drogę, na której staliśmy- zaledwie kilka metrów przed końskimi nosami! No mi aż szczęka opadła! Po 2 latach jeżdżenia w teren w końcu zobaczyłam jelenie! I to nie gdzieś z daleka na polu, tylko praktycznie przed samym nosem! Kuba się śmiał, że bliżej, to jelenia można zobaczyć już tylko na polowaniu, jak leży… I że konie się nie spłoszyły, to w szoku byłam. Romina co prawda przyzwyczajona do leśnych duktów i saren wyskakujących czasami prawie spod kopyt, ale jeleń to już trochę inny kaliber. Na Tristanie też to jakoś większego wrażenia nie zrobiło. Albo były w takim samym szoku jak ja, albo wzięły je za konie, czy inne podobne sobie stworzenie…
Możecie się śmiać, ale wszystkie napotkane zwierzątka wywołują u mnie uśmiech na twarzy, za każdym razem cieszę się tak samo: „O! Sarenka!” , „O! Zajączek!” A wychowałam się w lesie, córka leśniczego i myśliwego… więc raczej na co dzień miałam z nimi do czynienia i nie jest to jakieś zdziwienie… To po prostu radość, że mogę być koło nich. Tak więc spotkanie jelenia w lesie było dla mnie czymś wspaniałym!
W poniedziałek znowu zabrałam Malucha na jazdę. Wyprawa była samą przyjemnością. Pogoda dopisała, zimno, ale słonecznie. Szedł grzecznie z boku, nawet galopy wychodziły nam całkiem zgrabnie, nie odciągał nigdzie na boki, chociaż muszę przyznać, że ze sterownością są na razie problemy. Przy skręcie w prawo jeszcze jakoś idzie, ale w lewo (a prowadzę go w lewej ręce) jest trochę gorzej. Romina nie bardzo chce na niego naciskać, a i ja nie chcę nic robić na siłę. Myślę, że z czasem się tego nauczymy. Tempo i tak robimy na komendy, tak jak przy lonżowaniu, więc i tu jakoś damy radę. Może podczas pracy z ziemi nauczę go reagować na hasło „w prawo” i „w lewo”? Hm… Kwestia do przemyślenia. A wszystkie te komendy i nauki na pewno zaprocentują w przyszłości przy pierwszych jazdach z siodłem. Dodatkowo jest to poprawa dosiadu dla mnie, bo mając wodze w jednej ręce muszę się bardziej skupić na „kierowaniu nogami”, czyli kłania się np. ustępowanie od łydki, zwracam wtedy większą uwagę na przenoszenie ciężaru ciała w odpowiednie miejsce. Tak więc, jeżeli chcecie poprawić dosiad i kontakt przez to z koniem, to polecam jazdę z wodzami w jednej ręce :-)
Kurcze uwielbiam twoje wpisy... Świetnie je redagujesz, i czyta sie to z wielką przyjemnością :D