Nasza wyprawa rozpoczeła się około godziny 19 powietrze zaczeło robić się żeśkie . Wyczochrałyśmy i osiodłałyśmy konie , podjełyśmy szybką decyzje -Jedziemy ! Marysia dosiadła Błękita ja oczywiście Maka . Udało mi się namówić ją na pierwszy teren po trzy letniej przerwie .Odbyła wcześniej kilka jazd (przypominających) na ujeżdżalni . Konie( wyjątkowo w terenie) kroczyły leniwie ,spokojnie .Nagle za krzaka wychyliła się jakaś postać po chwili znikneła za zaroślami .Konie w mig przeobraziły się w napięte i przerażone stworzenia staneły jak wryte napewno to był jakiś drapieżnik połykający konie w całości .Stały tak w napięciu gotowe do ucieczki kiedy za krzaka wyszedł pan zbierający czarny bez na magiczny zdrowotny eliksir .Konie powróciły do poprzedniego stanu umysłu myślenie wzieło górę nad instynktem . Spokojnie podążaliśmy dalej ,jedynie robale dawały się we znaki. Po przybyciu na miejsce , bez zastanowienia wbiegły do wody . Tafla wody bez poruszenia i cisza , kraina zachodzącego słońca . A po chwili my hulające na grzbietach rumaków i krople wody wzbijające się w powietrze . Dla takich chwil człowiek żyje .... Po wyjściu z wody , konie napięte i czujne , gotowe do ucieczki od bzyczących chmar robali.Po chwili szybkiego , lekkiego kłusu udaje nam się od nich uwolnić .A potem .....spokojny powrót do domu.
Komentarze